RSS
Facebook
Twitter

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Doktor Who. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Doktor Who. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 sierpnia 2013



"Planet Earth. This is where I was born. And this is where I died. The first nineteen years of my life nothing happened. Nothing at all, not ever. And then I met a man called the Doctor. A man who could change his face. And he took me away from home in his magical machine. He showed me the whole of time and space. I thought it would never end..."



Po wydarzeniach na statku Station Games, Rose Tyler (Billie Piper) postanawia towarzyszyć zmienionemu, a jednak nadal znajomemu Doktorowi (David Tennant) w trakcie podróży TARDISem, statkiem kosmicznym przemierzającym czas i przestrzeń pod postacią niebieskiej butki policyjnej. Dzięki nim, dziewczyna będzie mogła spotkać się ze starymi "znajomymi", poznać starą towarzyszkę Doktora, Madame de Pompadour lub legendarnego K-9, zobaczyć Cybermanów, obserwować z bliska bieg ze zniczem olimpijskim z Londynu 2012 czy stanąć oko w oko z Szatanem i demonami przeszłości. A przede wszystkim - znaleźć miłość i ją bezpowrotnie utracić.

To już chyba wchodzi mi się w nawyk - pisanie o poprzednim sezonie serialu, chociaż bieżący dobiega/dobiegł końca. Miesiąc po miesiącu. I obejrzenie całego sezonu w ciągu miesiąca.
Dziś, 7 sierpnia, kiedy zaczynam pisać ten post, jestem już po najlepiej ocenianym odcinku całego nowego Doktora Who. Przede mną dwu- i pół godzinny (3 odcinki! What the hell?!) finał sezonu z moim ukochanym Jackiem Harkness, w którym Martha... No cóż. Nie o tym dzisiaj. Dziś o moich, jakby to powiedzieli tumblrowcy, babies  - Dziesiątym Doktorze i Rose Tyler, czyli sezon 2." nowego" Doktora Who.

"My name is Rose Tyler and this is the story of Torchwood. The last story I'll ever tell. This is the story of how I died."


Moja opinia o poszczególnych odcinkach w skrócie:

00. The Christmas Invasion - pierwszy odcinek w nowym wcieleniu, a Doktor już znajduje sobie wrogów. Jeden z najdziwniejszych odcinków sezonu. Nie bardzo przypadł mi do gustu, ale to może dlatego, że to był mój pierwszy kontakt z Davidem Tennantem i Dziesiątym Doktorem.
01. New Earth - czyli pierwsze spotkanie z kotoludzkimi siostrami. Było kilka(naście) ciekawych scen, szczególnie podobała mi się ta, gdy lady Cassandra non stop zmieniała ciała, ale moim zdaniem, odcinek jakoś specjalnie nie powalał na kolana.
02. Tooth and Claw - pierwszy odcinek nowego sezonu, który mi się bardzo spodobał. Były wilkołaki, była królowa Wiktoria, było Torchwood (a Torchwood = Jack Harkness, więc... :D), było pasowanie na lorda i lady, były książki. I śmiech Doktora z Rose. Więcej mi do szczęścia nie potrzeba :).
03. School Reunion - epizod przypominał mi nieco jeden z odcinków "Tajemniczych opowieści Moville'a", które oglądałam w dzieciństwie. Ani K-9 (uwielbiam te roboty z lat 80. :D), ani Sarah Jane nie przypadali mi do gustu. Jedynie chyba obecność Mickey'go i jego porównywanie do robotycznego psa ratuje odcinek.
04. The Girl in Fireplace - cuuuuuuuuuuuudo! Jeden z najlepszych odcinków Doktora. Z resztą, nie powinnam się dziwić - scenariusz: Steven Moffat :3
05./06. Rise of the Cybermen & The Age of Steel - Ach ci starzy blaszani wrogowie Doktora... :). Poza tym jest Peter, jest dwóch Mickey'ów, jest ich babcia, nie ma Jackie, są inne wymiary - dla mnie bomba :). Btw... Bardzo ładne wprowadzenie do finału.
07. The Idiot's Lantern - i właśnie dlatego nie należy oglądać telewizji! Odcinek troszkę dziwny, ale Doktor i Rose... Ach... Ciekawy :).
08./09. The Impossible Planet & The Satan Pit - baaaaaaardzo mi się podobał. Po pierwsze - statki kosmiczne i krańce wszechświata? Moje klimaty :D. Po drugie: Doktor i Rose. Przede wszystkim Rose.
10. Love & Monsters - dla wielu najgorszy odcinek. W całym serialu. Mi się bardzo podobał. Miło obejrzeć coś jedynie pośrednio związane z Doktorem, jednocześnie nie porzucając serialu. Jestem na tak.
11. Fear me - dla mnie geniusz, choć i w tym przypadku słyszałam, że odcinek jeden z gorszych. Urzekł mnie HORROR i demony przeszłości w jasnych, ciepłych barwach scenerii. I niezwykle wystraszył Londyn w 2012. Bo choć był z przyszłości (odcinek z... 2006?), był... bardzo nasz.
12./13. Army of Ghosts & Doomsday - najgorsze i jednocześnie najlepsze odcinki Doktora ever. Dobre, bo są dobre. Szczególnie Doomsday, ale... JAK RUSSELL T. DAVIES MÓGŁ TO ZROBIĆ?! Nigdy mu tego nie wybaczę... Never. Like ever.

A teraz troszkę bardziej szczegółowo :) :

Czyli kilka spostrzeżeń odnoście serialu.

Po pierwsze - Doktor


W poprzednim sezonie mieliśmy do czynienia z Christopherem Ecclestonem w roli Dziewiątego Doktora. Wspomniałam wtedy, że do... specyfiki zarówno głównej postaci jak i aktora musieliśmy przed dłuższy czas się przyzwyczajać, jednak i tak ostatecznie wszyscy pokochaliśmy Dziewiątego i Chrisa. Z kolei kiedy zaczynałam drugi sezon, w którym pojawił się David Tennant z nowym wcieleniem, miałam wrażenie, że ten proces przebiegł szybciej, co za tym idzie również... Gwałtowniej. Od pierwszego (a właściwie od zerowego) odcinka zostaliśmy wrzuceni na głęboką wodę w postaci szaleństwa, dziwactwa, inteligencji, specyfiki i impulsywności głównego bohatera*. Dzięki temu musieliśmy szybko się przyzwyczaić do takiego charakteru Doktora, abyśmy już przy trzecim-czwartym odcinku czuli się, jakby wcześniej nie było żadnego innego.

*i Davida? W końcu ten człowiek też nie jest do końca normalny... :D

Po drugie - Rose Tyler

Przy poprzednim moim poście o serialu przy temacie towarzyszy Doktora, celowo odsunęłam na bok postać Rose. Z kilku powodów. Primo: nie chciałam wydłużać niemiłosiernie posta. Secundo: Musiałam napisać o Jacku, a przecież Jack nie może dzielić się miejscem z kimkolwiek. Tertio: podczas pisania tamtego wpisu byłam już po 2. sezonie, więc wiedziałam, że lepiej poświęcić Rose trochę więcej miejsca, niż marne trzy linijki.
Szczerze powiedziawszy... Rose na początku nie za bardzo przypadła mi do gustu. Dziewiętnastoletnie blond dziecię prowadzące sklep odzieżowy w centrum Londynu? Porzucające wspaniałego chłopaka (Mickey! :D) dla faceta, którego ledwie zna? Narażająca na niebezpieczeństwo bliskich dla kogoś, kto jej się nawet nie przedstawił. Osoba, która ledwo ogarnia otaczający ją świat, żyjąca z dnia na dzień bez konkretnego celu, MA ZOSTAĆ TOWARZYSZKĄ DOKTORA?! Guys, na prawdę?
Szybko jednak nadeszło "The Unquiet Dead", nieco później "Father's Day", dwuodcinkowe "The Empty Child" no i finał pierwszego sezonu. We wszystkich tych opowieściach Rose udowodniła, że bardzo szybko potrafi się przyzwyczaić do wciąż zmieniającej się wokół rzeczywistości, a rola towarzyszki w podróży Doktora jest jej wręcz przeznaczona.
I w sumie nie tylko w podróży.

Im dłużej o niej myślę, pisząc ten post, tym gorzej znoszę zakończenie finału drugiego sezonu i gorzej reaguję na kolejne takty tematu z Doomsday. Jeśli nie chcecie skończyć ze złamanym sercem, tak jak ja, nie oglądajcie ostatnich odcinków


Po trzecie - roboty

Jestem strasznie rozdarta w tej kwestii.
Z jednej strony to rozczulające, że twórcy "nowego" Doktora tak bardzo trzymają się kanonu.
Z drugiej - niby czemu mieliby się nie trzymać? Przecież to wciąż ten sam "Doctor Who" z 1963r. Doktor bez Daleków, Cybermanów i... K9 nie byłby taki sam.
Z trzeciej - rozbrajające są momenty, w których efekty specjalnie sięgają zenitu (tak a`propos, bardzo dobre. Znacznie lepsze niż w 1. sezonie) i nagle na scenę wchodzi taki Dalek albo Cyberman. Oczywiście, są ładnie odpicowani, twórcy robili co mogli, by ich dopasować do współczesnego Doktora, ale... Byli oni imponujący 50 lat temu, gdy powstawali. Dzisiaj już niekoniecznie...
Nie mówię, że to bez sensu, że twórcy Doktora z 2005 roku postanowili powrócić do starych wrogów rasy Władców Czasu. Bez sensu byłby ten serial, gdyby ich nie było. Po prostu chciałam nieco wylać swoje żale na ten temat i pokazać, jak bardzo Doktor zmienił się przez te 50 lat.

Dalek (lewo) i Cyberman (prawo)
Nie będę powtarzać z ostatniego wpisu, dla kogo jest ten serial - i tak już zbyt często powoływałam się na niego w tym poście ;). Poza tym - niewiele się w tej materii zmieniło.
Mam tylko jedną małą prośbę dla tych, którzy postanowili rzucić oglądanie Doktora Who po pierwszym sezonie - proszę, spróbujcie wrócić do tego serialu i obejrzeć chociaż kilka pierwszych odcinków drugiego sezonu. Może a nóż widelec, wam się jednak spodoba? A jeśli nie... No cóż. Zrozumiem, nie wasze klimaty. Ale podziękuję, że chociaż spróbowaliście.




czwartek, 30 maja 2013

Rose Tyler (Billie Piper), młoda ekspedientka w londyńskim domu towarowym, wiedzie monotonne i całkowicie przeciętne życie. Aż do nocy, której to sklepowe manekiny budzą się i próbują ją zabić. Jej życie ratuje dziwna osoba, nazywająca siebie Doktorem (Christopher Eccleston). Rose zostaje wciągnięta w gorączkową bitwę o zatrzymanie obcych przed inwazją na Ziemię i zniszczeniem ludzkości. Dowiaduje się, że jej nowy przyjaciel jest dziwniejszy nawet niż myślała, tak naprawdę Doktor jest obcym, podróżnikiem nazywanym Władcą Czasu, prawdopodobnie ostatnim ze swej rasy, który przemierza czas i przestrzeń w swoim TARDISie, walcząc ze złem gdziekolwiek je znajdzie. Jeśli będzie z nim podróżowała, będzie świadkiem śmierci Ziemi za 5 milionów lat, spotka Charlesa Dickensa (Simon Callow) w przeszłości i napotka formy życia i najeźdźców dziwniejszych niż kiedykolwiek myślała, że to możliwe. Tylko jedna rzecz jest pewna: to będzie wycieczka jej życia...

Nie raz i nie dwa (no dobra. Dwa) mówiłam wam, że nie lubię oglądać seriali. To znaczy... Do seriali jako takich nic nie mam, po prostu z reguły żal mi było czasu przesiedzianego przed ekranem komputera (powiedziała ta, która zaczyna świrować, gdy przez dwa dni nie wejdzie na internet...). Jednak jakiś czas temu w mojej głowie coś kliknęło, jakby ktoś odblokował zamek, i teraz nie widzę większego problemu w spędzeniu całego dnia oglądając coś na komputerze. Ot, na przykład, Doktora Who 2 maja 2013, zaraz po pierwszej przejażdżce rowerowej w tej... wiosny? Lata? Jesieni? Z resztą... nieważne.

No dobrze. Może to też nie do końca tak. Bo, powiedzmy, Glee nigdy bym nie oglądała przez cały dzień. Kłamczuch tym bardziej. Dresdena raczej też nie, mimo, że go kocham. Z HIMYM i Scrubs też byłoby ciężko. A jednak ten dzień, ów pamiętny 2 maja, który ochrzciłam moim osobistym Dniem Doktora Who, poświęciłam na obejrzenie 240 minut tego wspaniałego serialu, co jest niewątpliwie moim dotychczasowym rekordem (well... Skoro nie oglądam seriali, to raczej nie było mi trudno ustanowić jakiegokolwiek rekordu). Więc cóż mnie tak urzekło, że postanowiłam złamać swoje dogmaty książkoholika?

Po pierwsze - podróże w czasie, rzecz jasna. Swego czasu rzucałam się na każdą książkę związaną z tą tematyką, więc nic dziwnego, że obecność ów wątku jest dla mnie niezwykle interesująca w tym serialu.
Po drugie (które, z resztą, jest ściśle związane z pierwszym wyliczeniem)  - sci-fi. Kiedyś rzucałam się na podróże w czasie, obecnie mam fioła na punkcie szeroko pojętego kultowego science fiction. Bardzo liczyłam na Doktora w tej kwestii, i się nie przeliczyłam. Wcale a wcale :).


Po trzecie (aż dziwnie, że tak daleko. Przecież to najważniejszy element tego serialu!) - Doktor. Trzeba przyznać, że Christopher Eccleston jest specyficznym aktorem - charakterystyczne ruchy i mimika sprawiają, że z początku nie czujemy się zbyt... bezpiecznie, oglądając  impulsywnego człowieka, który potrafi znaleźć się w każdym miejscu na ziemi, w dowolnym okresie historycznym, tym bardziej, że z początku Doktor wcale nie wydaje się jakoś specjalne sympatycznym facetem. Z odcinka na odcinek jednak jego powłoka topnieje, dzięki czemu możemy zaprzyjaźnić się z miłym, wesołym, zabawnym i rozgadanym Doktorem. Muszę przyznać, że choć na początku było mi trudno przyzwyczaić się do takiego bohatera, później nie raz łezka w oku się zakręciła, gdy Doktor stawał w obliczu śmiertelnego zagrożenia.


Po czwarte - towarzysze Doktora. Wiem, że niektórzy mieliby ochotę powiedzieć: "Rose?! A co w niej jest niby takiego nadzwyczajnego?!", jednak tych czytelników pragnę jak najszybciej wyprowadzić z błędu. Rose faktycznie nie jest jakoś specjalnie interesująca. Nie na początku sezonu. W ogóle Rose bardziej zaczęłam lubić w 2 sezonie "Doktora" , więc o niej będzie później (co nie znaczy, że wcześniej też nie była dobra). Towarzyszem Doktora, który absolutnie podbił moje serce w pierwszym sezonie, jest Jack Harkness (John Barrowman) - no bo kto nie może polubić tego wiernego, odważnego i charyzmatycznego oszusta? Nikt, proszę państwa, nikt :).

Dla kogo jest ten serial? Z chęcią powiedziałabym, że dla wszystkich, ale to dość... obszerna grupa ;). Myślę, że "Doktor Who" to serial przede wszystkim dla osób, które lubią science-fiction, podróże w czasie i w kosmosie. Jest to pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy interesują się kulturą brytyjską, bo serial na stałe się do niej wpisał. Jeżeli nie przepadasz za mentalnością "Mody na sukces" i lubisz bohaterów, których emocje nie są zmienne jak chorągiewka na wietrze, czym prędzej powinnaś/powinieneś zacząć go oglądać. Jeśli lubisz subtelny humor, to także serial dla ciebie. Jeżeli lubisz kształtowanie i interweniowanie w historię świata - "Doktor Who" jest dla ciebie pozycją idealną.

"-What is your name?
- I'm the Doctor.
- Doctor... Who?
- Exactly!"



wtorek, 30 kwietnia 2013

Jestem złym człowiekiem ^^. Nigdy mnie jakoś specjalnie nie jarało pisanie metek w kwadratowych nawiasach, ale jakiś czas przeszłam mentalnie na ciemną stronę mocy (czyt. postanowiłam wrzucać na bloga coś, co moja kochana siostrzyczka zwykła nazywać "ziemniakowym zapychaczem"), więc postanowiłam wrzucić post z czymś na co czekam z niecierpliwością. Poza tym jakiś czas temu obiecałam, że moja działalność blogowa się trochę rozszerzy (tj. nie będę pisać tylko recek i stosików), tak więc upiekłam dwie pieczenie na jednym ogniu ^^.
Zaczynajmy więc zabawę! :3

Po pierwsze - czekam na...
5 MAJA!
Czyli urodziny "Oczami Jenny"! Boru liściasty! Jak ten czas szybko leci. Ledwo co wrzucałam pierwszy stosik, a już upłynęły dwa lata! Nie wiem czy konkurs będzie, bo w ogóle jeszcze nie gadałam z wydawcami o nagrodach (a myślę, moje własne zbiory nie są dla was zbyt interesujące. A jeśli są, to pewnie w przypadkach książek, których nie oddam za nic w świecie :D), mam za to inny urodzinowy prezencik. Nic specjalnego, bo połowa blogerów już je ma, ale i tak jaram się na samą myśl o tym :3.

Po drugie - czekam na...
NASTĘPUJĄCE KSIĄŻKI:
czyli garstka zapowiedzi :)


Gesa Schwartz - Pieczęć Ognia

Paryż, czasy współczesne. Grim jest gargulcem, jednym ze strażników, których zadaniem jest ukrywanie przed ludźmi istnienia istot z innego świata. Z całą mocą nie znosi swojego nowego (dwieście lat to niezbyt wiele dla kamiennej rzeźby) miejsca pracy - zalewanej deszczem fasady budynku. Ale robota jest robotą i Grim, choć najchętniej zostawiłby Francję daleko za sobą, twardo stoi na straży Kodeksu, pilnując, by drobne utarczki demonów i wampirów nie wywlekły na światło dzienne tajemnic ich egzystencji. Pewnego dnia Grim spotyka jednak Mię, córkę nielekko psychicznego malarza-samobójcy. Mia obdarzona jest pewnym szczególnym darem - widzi to, czego nie widzą inni. Gdy w ręce tych dwojga wpada dziwny, pokryty tajemniczym pismem pergamin, staje się jasne, że czasy pokoju między mieszkańcami tego i innego świata właśnie dobiegły końca...


Joel Shepherd - Sasha

"Próba krwi i stali" utrzymana jest w duchu realizmu - intryga jest wielowarstwowa, a bohaterowie osiągają swoje cele w walce, a nie za sprawą magicznych zdolności.
Lanayin jest krajem podziałów. Z jednej strony hołdujący dawnym zasadom wyznawcy starego kodeksu Goeren-yai, z drugiej Varenthane, nowowiercy, politycy i szlachetnie urodzeni, którzy chcą odciąć się od korzeni. Gdy jeden z lordów zabija sąsiada, nie trzeba wiele, by odwieczny spór rozgorzał na nowo i pogrążył całe Lanayin w chaosie wojny.
Sashandra była kiedyś księżniczką Lenayin, wybrała jednak życie u boku Goeren-yai i naukę tradycyjnej sztuki walki, svaalverd. Jednak nawet mistrzostwo miecza nie zmienia jednego - Sasha jest córką króla i musi być gotowa, by stawić czoła nie tylko armiom, ale również intrygom, od których aż kipi dwór.


Andreas Eschbach - Black out

Sieć. Wspaniałe miejsce, lekarstwo na samotność, remedium na lęki. Co stałoby się, gdybyśmy mogli dzielić odczucia, emocje, wiedzę? Czy oznaczałoby to pokój i harmonię? A może rojowisko stałoby się bronią zdolną doprowadzić do zagłady ludzkości? "Black Out" to znakomity thriller wielokrotnie nagradzanego niemieckiego pisarza Andreasa Eschbacha, opowieść o postępie, hipersieci i niebezpieczeństwie utraty tożsamości.
Pustynne tereny Nevady. Christopher Kidd ucieka. Towarzyszy mu rodzeństwo, które na zapomnianych przez Boga i ludzi terenach poszukuje ukrywającego się przed organizacjami rządowymi ojca. Dla Serenity i Kyle'a, Christopher jest tylko zręcznym hakerem, który może wyczyścić komputerowe rejestry FBI i zwrócić wolność ich rodzinie. Ale prawda jest o wiele bardziej skomplikowana. W czasie niesławnego ataku, chłopak wszedł w posiadanie informacji, które nie zostały przeznaczone do wiadomości publicznej. Genialny wybryk sprawił, że z utalentowanego dzieciaka, Christopher stał się celem numer jeden potężnej organizacji...


Michael Grant - Faza szósta: Światło

Szósta i ostatnia część słynnej serii Gone - znakomitego postapokaliptycznego horroru.

Od chwili, gdy wszyscy dorośli zniknęli z Perdido Beach, minął już prawie rok. Pozbawieni kontroli i opieki młodzi ludzie przeżyli głód, zarazę, bezpardonową walkę o władzę. Przetrwali. Przynajmniej część z nich. Powrót do normalności był ich marzeniem.Teraz to marzenie może się ziścić i nagle zewnętrzny świat napawa mieszkańców ETAPu lękiem. W obrębie bariery wydarzyło się wiele rzeczy, które nie znajdą usprawiedliwienia w nieświadomym niczego społeczeństwie. Śmierć, okrucieństwo, błędne decyzje, złe wybory... Co czeka na tych, którzy złamali wszystkie prawa rządzące w normalnym społeczeństwie? Może ETAP jest jedynym miejscem, w którym mogą czuć się bezpieczni?

Andrzej Pilipiuk - Wampir z MO

Wszystko, co nasze oddam za kaszę…

Jest plan, ale trzeba naruszyć prywatne zasoby srajtaśmy i podłożyć trupa w milicyjnym mundurze!
Paskudny grudniowy poranek na Pradze. Wzmacniane stalą buciory, tarcze z grubego plastiku, pały, hełmy z przyłbicami.
Amerykanie, jak zwykle, winni są obecności stonki ziemniaczanej i doprowadzenia żuczków do śmierci z zimna.
Harcerz jako wilkołak? Ależ owszem, czemu nie jemu też należy się?!


Do zobaczenia w kostnicy!


Kady Cross - Dziewczyna w stalowym gorsecie

Skrzyżowanie epoki wiktoriańskiej z X-Menami

Szesnastoletnia Finley Jayne nie ma nikogo i niczego za wyjątkiem pewnej rzeczy, która znajduje się w jej wnętrzu.

Ciemna strona bohaterki sprawia, że jest ona zdolna zabić. W dodatku bardzo mocnym ciosem. Tylko jeden człowiek widzi magiczną aurę otaczającą dziewczynę.

Powieść osadzona w XIX wiecznej Anglii, która przenosi czytelnika w świat pełen przygód.




John Green - Papierowe miasta

Quentin Jacobsen – dla przyjaciół Q – od zawsze jest zakochany we wspaniałej koleżance, zbuntowanej Margo Roth Spiegelman. W dzieciństwie przeżyli razem coś niesamowitego, teraz chodzą do tego samego liceum.

Pewnego wieczoru w przewidywalne, nudne życie chłopaka wkracza Margo w stroju nindży i wciąga go w niezły bałagan. Po czym znika. Quentin wyrusza na poszukiwanie dziewczyny, która go fascynuje, idąc tropem skomplikowanych wskazówek, jakie zostawiła tylko dla niego. Żeby ją odnaleźć, musi pokonać setki kilometrów. Po drodze przekonuje się na własnej skórze, że ludzie są w rzeczywistości zupełnie inni, niż sądzimy.

Wszystkie opisy i okładki ze stron wydawców

Dużo fantastyki... Jak, z resztą, zawsze u mnie :). A wy? Na co czekacie z książkowych zapowiedzi? :)


Po trzecie - czekam na...
CZAS, NA ODROBIENIE ZALEGŁOŚCI SERIALOWYCH
Pamiętacie jak w wakacje mówiłam, że oglądaniem seriali jakoś z reguły nigdy się nie interesowałam, bo czym zaczęłam oglądać 5 na raz? No cóż... Po jakimś czasie mi przeszło, po czym wróciło do mnie jakoś ostatnio. Obecnie na tapecie Doktor Who (nie, nie oglądam od początku. Zdecydowałam się na wersję z 2005 roku. Primo - bo nie mogłam znaleźć starszych wersji. Secundo - bo za dużo miałabym do nadrabiania! :D), chciałabym wrócić do Glee (Darren! *___*), skończyć w końcu Dresdena, nadrobić ostatnie 2 sezony HIMYM, ogarnąć całą Futuramę, obejrzeć trzy sezony Sherlocka... Oj, trochę się tego nazbierało :)

A skoro już o Dresdenach...
Po czwarte - czekam na...
DRESDENA!
Od miesiąca pilnie śledzę pewien wątek, by dowiedzieć się, czy mogę liczyć na kontynuacje przygód jedynego maga-detektywa w całym Chicago. Byłam cała w skowronkach, gdy dowiedziałam się, że w tym roku mają wyjść jeszcze co najmniej dwa Dresdeny, i załamałam się, gdy okazało się, że "Dresden to delikatna sprawa i problem leży gdzie indziej. Wydajemy go, jak mamy przekłady. Jak ich nie ma, kolejne tomy się nie ukazują." Nie pozostaje mi więc nic innego jak trzymać kciuki za pana Cholewę i jego tłumaczenia.

Po piąte - czekam na...
NADROBIENIE ZALEGŁOŚCI PÓŁKOWYCH,
bo na półeczkach zalega cała masa dobrych książek, które tylko czekają, aż Jen się za nie weźmie :D. Część oczywiście pożyczona, bo po co miałabym się przejmować tym, że ktoś chce odzyskać swoje książki...
Pełna lista TU.
Przede wszystkim nie mogę się doczekać Sapka, Lema, Dicka, Gier, Raduchowską, Bułhakowa i oczywiście Butchera (Harry Dresden ♥).

Po szóste (i na dzisiaj ostatnie) - czekam na...
NAWRÓT WENY
Brakuje mi pisania recek i mojego mini-projektu (tytułu nie podam, bo jeszcze ktoś podradnie czy cuś), a ostatnimi czasy nie mogę nic z siebie wydusić. Mam nadzieję, że tym postem przełamię swoją złą passę, jak Lewandowski w meczu z San Marino (taki tam sucharek :]).

A wy? Na co czekacie? Na co wyglądanie ze zniecierpliwieniem? Na myśl o jakim wydarzeniu zachowujecie się jak dzieci czekające na gwiazdkę? :D

Tymczasem życzę wszystkim miłego długiego weekendu, a maturzystom dobrych wyników na egzaminie dojrzałości :).

tak na zakończenie jeszcze piosenka, która od kilku dni chodzi mi po głowie