RSS
Facebook
Twitter

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą High fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą High fantasy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 listopada 2013

Jesteś pewny, że wiesz co czytasz?

Zastanawialiście się kiedyś tak dogłębnie co czytacie? Tak naprawdę konkretnie? Które elementy powieści kochacie, a od których zaczyna was boleć głowa?

Od jakiegoś półtora roku byłam przekonana, że tak. Sądziłam, że wyrosłam już w dużej mierze z książek młodzieżowych; że wolę sięgnąć po starego dobrego Dicka czy Lema, niż nowy bestseller czekający na ekranizację; prędzej do mnie pasuje "Gra o Tron" czy "Wiedźmin" niż kolejna babskie romansidło; że polscy autorzy są warci czytania i znaczenie bardziej odpowiada mi wschodnioeuropejskie fantasy niż zachodnie nie wiadomo co. Krótko mówiąc, byłam przekonana, że czytam lepsze, inteligentniejsze, bardziej wymagające książki od moich rówieśników.

Całkiem niedawno wydarzyło się coś, co nieco naruszyło moją pewność siebie związaną z ulubionymi tytułami, bo które sięgam często i polecam wszystkim.
Kilka dni temu odbyłam z dobrym kolegą z klasy rozmowę, która w pewnym momencie zeszła na temat czytelnictwa, a konkretnie czytelnictwa kolegi, bo kolega chce zacząć czytać. A że już cała klasa wie, że prowadzę bloga książkowego (w tym momencie pragnę pozdrowić koleżanki, które "niechcący" wygadały się na godzinie wychowawczej), kolega - nazwijmy go M. - po pomoc przyszedł do mnie (no dobra. to też nie do końca tak. w klasie jest jeszcze kilka osób o hipotetycznie podobnym guście do M., ale ja po prostu byłam pod ręką. i to przeze mnie w ogóle doszliśmy do kwestii książek. więc jakby obowiązek spadł na mnie).
Sądziłam, że zadanie nie będzie zbyt trudne - na podstawie rozmów o filmach i serialach (ach, te nasze poniedziałkowe przedinformatyczne rozmowy <3) oraz paru pytań o wcześniej przeczytane pozycje, wynikało, że gust raczej podobny do mojego, więc będę mogła pożyczyć swoje książki, by później zamęczać M. rozmowami na temat moich perełek (tu bardzo pasowała by emotka z facebooka kryjąca się pod znakami " 3:) ". tylko nieco bardziej złowieszcza *evil laugh*). Tak więc zaczęłam rozglądać się po pokoju, w poszukiwaniu odpowiednich tytułów. Oczywiście trzeba było odsiać trudniejsze i bardziej wymagające tytuły. Było ich przytłaczająco mało. Z racji, że to jednak facet, trzeba było odsunąć na bok również babskie fantasy, którego miałam zaskakująco dużo. Wyłączając ze zbioru pozycje młodzieżowe... No cóż. Z 140 tytułów, zostało jakieś 50, które wchodzą w skład ok. 9 serii + kilka wolnych książek. W tym momencie na pomoc przyszli Dada, Maciek i Ilajla, za co całej trójce serdecznie dziękuję.

W tym momencie zaczęłam się zastanawiać czy aby na pewno czytam tak dobre i wymagające książki, jak myślałam. Usiadłam więc na moim łóżku, przybrałam pozę a'la "Myśl, Puchatku, myśl" i... myślałam. A w trakcie tych rozmyślań wpadłam na pomysł, by to moje doświadczenie zawrzeć w słowach i się nim z wami podzielić na blogu (wpływ mogła też mieć książka  "Ludzie to idioci!", w której autor stara się wskazać odpowiednią drogę do zmian w życiu czytelników i poprowadzić ich do sukcesu (recenzja soon). Poddałam się temu, a że OJ wpisałam na listę rzeczy dla mnie ważnych, czas odkurzyć bloga i upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.) W trakcie przygotowań wpadłam na pomysł zdjęcia, które mogłabym dodać do wpisu, a stąd było już bardzo blisko, do tego, co za chwilę wam zaprezentuję.

Na moim własnym przykładzie uświadomiłam sobie, że osób zdeklarowanych tylko i wyłącznie na jeden gatunek książkowy nie jest tak dużo, jak można by się spodziewać. Wiadomo, że każdy ma jakiś tam swój ulubiony, ale nie ogranicza się tylko do niego. Cała zabawia polegać więc będzie na zrobieniu zdjęcia książek, reprezentujących mniej więcej twój gust. NIE BÓJMY SIĘ POKAZAĆ CO CZYTAMY! Miło by było, gdybyś i Ty, potencjalny uczestniku zabawy, widniał na tym zdjęciu. W końcu są to książki opisujące właśnie Ciebie! Nie mniej jednak, jeśli nie masz ochoty udostępniać swojej twarzy w internetach, nie będę mieć nic przeciwko.

Przepis na Twoje zdjęcie:
1. Wstań z tego, na czym właśnie siedzisz
2. Rozejrzyj się po swoim pokoju/domu/mieszkaniu/biblioteczce w poszukiwaniu książek, które lubisz bardzo, lubisz tak zwyczajnie i takich, które czytasz od czasu do czasu
3. Wybierz te, które najbardziej pasują do akcji (nie ma konkretnych kryteriów. jedna książka może opisywać kilka kategorii na raz, ale również jeden gatunek może być rozdrobniony do tego stopnia, że opisywać go będzie kilka książek, bo każda ma coś, czego nie ma ta druga. tylko od Ciebie zależy, co chcesz pokazać)
4. Zgromadź je w jednym miejscu
5. Zrób zdjęcie (możesz również poprosić innych o pomoc, kiedy sam będziesz ustawiać się do zdjęcia)
6. Stwórz nowy post na blogu, w który wkleisz zdjęcie
7. Opisz książki, które się na nim znajdują (tytuł, autor, powód dlaczego właśnie ta książka). Może mieć to formę listy, tekstu ciągłego, komentarzy na zdjęciu - co tylko sobie wymarzysz.
8. Wyzwij kolejnych blogerów! Opublikuj. I ciesz się rezultatami.

A o to moje zdjęcie:


Może uporządkujmy je trochę gatunkowo: "Zwiadowcy" Johna Flanagana są przykładem młodzieżowego fantasy, u mnie reprezentują po prostu moje umiłowanie to książek osadzonych w czymś w podobie naszego Średniowiecza. "Przekraczając granice" Oksany Pankiejewej to hybryda wielowątkowego fantasy z udziałem elfów, magów, paladynów itp, obyczaju i science fiction. Ponadto reprezentuje literaturę wschodnioeuropejskich pisarek. "Zawód: Wiedźma" Olgi Gromyko również znalazło się ze względu na płeć i pochodzenie autora, ale także jest przykładem fantasy opartego na mitologii słowiańskiej. "Czarodzicielstwo" Terry'ego Pratchetta jako humorystyczne prześmiewcze fantasy. "Front burzowy" Jima Butchera znalazł się na zdjęciu nie tylko z powodu etykietki "urban fantasy", ale również mojej miłości do dżentelmenów ratujących świat i kryminału. "Błękit szafiru" Kerstin Gier to lekkie, odprężając młodzieżowe paranormal romance, które lubię czytać od czasu do czasu. Ach! No i oczywiście podróże w czasie! "BZRK" Michaela Granta to przykład sci-fi opisującego niedaleką przeszłość. Na zdjęciu także ze względu na cybernetykę. Szaleńców. Nowy Jork. I autora. "Wurt" Jeffa Noona to również przyszłość - tym razem bliżej niezdefiniowana. Psychodeliczna, narkotyczna opowieść oparta na klasycznych motywach. Zmuszająca do myślenia. Obecność "Wurta" daje wyraz mojej fascynacji brytyjskimi twórcami i uwielbieniu serii wydawniczej "Uczta wyobraźni". "Rozgwiazda" Petera Wattsa reprezentuje moje umiłowanie do powieści, gdzie anty- i aspołeczni bohaterowie odizolowani są razem od reszty świata (innym przykładem jest m.in. "GONE" Granta). Lub też moją miłość do sci-fi posiadającego dość ciemną i mroczną aurę. A na koniec "Cyberiada" Stanisława Lema. Bo Lem. Bo science fiction. Bo polskie. Bo roboty.

Jako, że podejrzewam, że wyjdzie z tego coś w rodzaju tych wszystkich blogowych wyzwań i łańcuszków, takie akcje nie mogą obyć się bez nominowania kolejnych blogerów. W takim przypadku imiennie nominuję Sihhinne, Nadeine i Maćka, a nieimiennie wszystkich, którzy mają ochotę pokazać światu swój gust literacki :).

Mam nadzieję, że zasady są jasne. Jeżeli nie, chętnie odpowiem na pytania.
Enjoy!

sobota, 9 marca 2013


Wiele się zmieniło od czasu śmierci księcia Andovana, chociaż minęło tak mało czasu… Kamala postanawia po raz kolejny poprosić swojego starego nauczyciela Ethanusa o pomoc, mimo że wie, iż to oznacza złamanie Prawa. Rhys wybiera się w ciężką i niebezpieczną podróż, by upewnić się, że Gniew Bogów został nienaruszony. Siderea także wybiera się w podróż – pragnie odnaleźć sposób na to, by uniezależnić się od zimnych i podstępnych Magistrów, którzy zostawili ją w momencie największej słabości. Również Gwynofar nie zamierza bezczynnie siedzieć – zostawia świeżo ukoronowanego syna w stolicy Wielkiego Królestwa, by samej ruszyć do rodzinnych krain i zapobiec atakowi przerażających Duszożerców. Na północ wybiera się również Colivar, nieświadomy tego, z kim przyjdzie mu pracować. Koniec Drugiej Ery Królów zbliża się wielkimi krokami. Naprzeciw sobie staną bogowie i Duszożercy. Kto wygra? I jak będzie wyglądać świat, gdy kurz bitwy opadnie?

„Skrzydła gniewu” autorstwa C.S. Friedman to druga część Cyklu o Magistrach, zapoczątkowanego „Ucztą dusz”, którą pierwszy raz na księgarskich półkach mogliśmy ujrzeć w kwietniu 2012 r. Główną bohaterką Cyklu jest Kamala, młoda czarownica, która zapragnęła poznać tajemnicę nieśmiertelności i nieograniczonej mocy Magistrów. Ze względu na burzliwą przeszłość, zmuszona jest ukrywać się przed nimi, ponieważ kara za popełnione zbrodnie jest zbyt wysoka. W tym samym czasie w północnych krainach potomkowie siedmiu legendarnych Protektorów, ludzi, w żyłach których krąży lyr, czują, że Gniew Bogów – magiczna bariera, która oddziela Duszożerców (stwory podobne do smoków, żywiące się ludzkimi duszami) słabnie, wypuszczając na wolność stada bestii, które mogą doprowadzić do końca świata, jaki znają ludzie Drugiej Ery Królów.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Smutna historia o miłości, rodzinie, władzy, życiu i… Śmierci. Taaak… Przede wszystkim o Śmierci.

Kamala doskonale wie, czego pragnie – po ciężkim haniebnym dzieciństwie, dziewczyna pragnie udowodnić, że jest kimś więcej niż tylko kolejną młodocianą ladacznicą na ulicach Gansangu. Jest kimś, kto ma moc. Nie dla niej jednak kariera podrzędnej wiedźmy. O nie. Kamala pragnie poznać sekret magów i zostać pierwszą kobietą-Magistrem, cieszącą się nieśmiertelnością.
W tym samym czasie w królestwie Coldorry książę Andovan zachorował na śmiertelną chorobę jaką jest Wyniszczenie. I choć Magistrowie z całego świata przybywają na dwór króla Dantona, wiedzą, że na tą chorobę nie ma lekarstwa. Książę został konsortem jednego z nich, jego ogień duszy gaśnie coraz szybciej i nikt nie może na to poradzić. Andovan nie potrafi jednak pogodzić się z nudną śmiercią w łóżku, dlatego wyrusza na poszukiwanie swojego zabójcy.

Zanim zaczęłam czytać pierwszą część cyklu o Magistrach, sądziłam, że w tej książce spotkam się krajem rządzonym przez sprawiedliwego, ale słabego króla, krwawymi rytuałami, okrutnymi „duszożernymi” magami, z młodą kobietą, która zechce poznać ich tajemnice i tabunem ludzi, którzy za wszelką cenę będą chcieli zabić tych, którzy żywią się ich duszami. Kto wie – może nawet spodziewałam się pewnego rodzaju horroru. I choć bardzo podobała mi się moja wizja tej książki, po skończeniu lektury byłam zachwycona tym, że autorka zaserwowała mi coś zupełnie innego.
W książce pierwszym co rzuca się w oczy jest wielowątkowa fabuła. Dzięki temu możemy śledzić przygody pięciu zupełnie innych bohaterów – Kamali, Andovana, Gwynofar, Colivara i Królowej Wiedźmy – jednocześnie. Możemy przeczytać o pewnych wydarzeniach z różnych perspektyw, wejść do umysłu każdej z postaci i sami ocenić czy postępuje ona słusznie.
Jednym z moim ulubionych wątków w „Uczcie Dusz” był ten poświęcony Talesinowi i Liannie. Ta dwójka młodych ludzi jest doskonałym przykładem miłości mimo wszystko, w której, choć oboje zabijają się nawzajem, dalej trwają przy sobie, ponieważ jedno jest gotowe umrzeć dla drugiego (i vice versa).

 „Nie będzie bohaterem, ale pomoże w powołaniu bohatera do istnienia. Jego siła nigdy nie zostanie zmierzona, ale będzie sprawdzał siłę innych. Będzie służył śmierci,  choć nie będzie tego świadom, zmieni los świata, nie wiedząc o tym, i zainspiruje ofiarę bez zrozumienia jej sensu.”


Cała recenzja na

czwartek, 29 marca 2012

Gdzieś między tym, a tamtym światem...



W oślepiającym blasku trzech fioletowych słońc troje wędrowców – stara Meksykanka, zautomatyzowany samochód terenowy i brontozaur – od setek lat brnie przez pustynię. Nie wiedzą, czy pustynia gdzieś się kończy, a jeśli nawet tak, to co znajdą na jej krańcu. Czasem napotykają idealnie zachowane, ale całkiem bezludne miasta. Nigdy nie spada ani kropla deszczu. Najgorsze jednak jest to, że nie pamiętają nic ze swojego życia przed pustynią – tylko nocą, w snach, przypominając sobie strzępy dawnych przeżyć.
Noc sprowadza jednak szaleństwo burz piaskowych, które zamieniają ich ciałami, w jakiejś metafizycznej odmianie zabawy w komórki do wynajęcia. Dysfunkcyjni i zdezorientowani, wielokrotnie zabijają się nawzajem, nigdy jednak nie udaje im się umrzeć. Gdzie są? I jak mogą stamtąd uciec?


Pamiętacie (wielu pewnie nadal to przeżywa) jakie to uczucie, kiedy brakuje pół punktu do wyższej oceny? Albo gdy bawi się w ciuciubabkę i przez długi czas nie możesz nikogo znaleźć? Jest się wtedy nieco zdesperowanym  i smutnym. Czuje się wtedy głupim. Żałuje się, że zrobiło się czegoś więcej, kroku dalej. Gani się w myślach: "Dlaczego nie wpadłem na o wcześniej?!" Czytając "Trojkę" Stepena Chapmana, tak się właśnie czujemy.
"Trójki, pomyślał Alex, Potrzebuję więcej trójek. Zwierzę, roślina, minerał.(...)Naomi zwróciła pysk w stronę matki.
O co chodzi ojcu? - spytała.
Mnie pytasz? - odparowała Eva. Skąd ja mam, kurna, wiedzieć? Sama go zapytaj, ptasi móżdżku.
Dobrze, matko, 
Dobrze, matko, pomyślała Naomi.
Złapała wkurwa, wtrącił Alex.
Jak zwykle, odpowiedziała w myślach Naomi. Należałoby ją uśpić.
Bezboleśnie?
Bezboleśnie? - zainteresował się Alex. Czy po torturach?"
To co stworzył Chapman można porównać do wielkiej siatki - pojedyncze ogniwo nie znaczy tak na dobrą sprawę nic, ale połączone z całą resztą, tworzy coś, z czego ciężko się wydostać. Choć z początku wydaje nam się, że każda postać, każde wydarzenie, każde miejsce zostało wrzucone do książki całkiem przypadkowo i bez dłuższego zastanowienia, pod koniec opowieści dowiadujemy się, że autor utkał dla nas siatkę perfekcyjną - z której nie da się wybrnąć, choć zostało już wyjaśnione, a wszystko zaczęło do siebie pasować, jak elementy układanki.

Najważniejszym elementem w książce są bohaterowie. Wykreowani idealnie, fantazyjnie, choć są tak niedoskonali, szarzy, bezbronni, zmęczeni. Tak niewyobrażalnie rzeczywiści, choć żyją w surrealistycznym świecie.
To właśnie oni są narratorami "Trojki". Eva, Alex i Naomi opowiadają czytelnikowi i sobie nawzajem historię ich życia, nim pojawili się na tej nieskończonej pustyni z trzema słońcami nad głowami. Narracja przeskakuje z Alexa na Evę, później na Naomi, by na ostatku pozytywka Labirynta zabrała głos. Z początku liczne przeskoki irytują czytelnika, jednak po pewnym czasie, można się do nich przyzwyczaić.
Najbardziej spodobała mi Naomi. Jej historia jest tak długa, pokrętna i nieprawdopodobna, że pod koniec książki zaczynamy się zastanawiać, która opowieść byłą tą prawdziwą.

Coś, co mnie zachwyciło, czytając Trojkę, to cytaty, sentencje, krótkie pieśni i wierszyki przed każdym z rozdziałów, wprowadzające czytelnika w odpowiedni nastrój i, niczym syreny, szepczące: Przeczytaj nas. Pomyśl. Przełóż nasz sens na rozdział. Zagłęb się w nas... Tak daleko, że głębiej nie można. A wtedy już nie będzie drogi powrotnej.
Kuszeni przez ozdobniki, zaczynamy się nad nimi zastanawiać, by pod koniec książki czuć, o czym wspominałam na początku recenzji.

Jednym z minusów książki jest to, że bardzo ciężko się ją czyta. Wątpię, by chodziło tu o trudną treść czy leniwą fabułę. Wątpię, by chodziło o specyficzność bohaterów.
Może to wina tłumacza i jego ciężkiego pióra? Przecież czasami czytam 300 stron dziennie, a przy lekturze "Trojki" miałam dość po 3-4 stronach.
A może po prostu tak głębokiej i specyficznej książce nie wypada być lekką i przyjemną lekturą?

"Trojka" S. Chapmana z pewnością nie jest książką lekką, miłą i przyjemną, a już z pewnością nie nadającą się do wieczornej lektury w łóżku. Jest opowieścią oryginalną, ciekawą, intrygującą i niezwykle wciągającą, jednak wciągającą niebezpiecznie i po przeczytaniu czytelnik może poczuć się przytłoczony szarą rzeczywistością.
Nie mniej serdecznie polecam wszystkim, którzy chcą na chwilę odpocząć od wszędobylskich komercyjnych masówek.
"Zdradzę ci tajemnicę. Dokładnie wiedziałam, co robię. Wszystko zaplanowałam. Wiedziałam, że tak się nie robi, ale co innego mi pozostało? Byłam przemarznięta. Byłam umierająca. Byłam samotna.Wybacz mi, tato. Wybacz mój pradawny grzech. Wybacz, że byłam zmarznięta. Wybacz, że byłam głodna.Wybacz, że cię potrzebowałam."
Autor: Stepan Chapman
Tytuł: Trojka
Seria: Uczta wyobraźni
Tłumacz: Wojciech Szypuła
Liczba stron: 236
Wydawnictwo: MAG
Data wydania: 8 kwietnia 2011

"Trojkę" Stepana Chapmana dostałam od wydawnictwa MAG. Serdecznie dziękuję ;).
-----------------------------------------------------------
Po raz kolejny :)
Param, param! Mam dwa ogłoszenia
Pierwsze - pod koniec kwietnia będę świętować podwójne urodziny - bloga i swoje własne. Postanowiłam więc mały konkursik z tej okazji. Problem polega na tym, że nie wiem co mogłoby być nagrodą, więc chciałabym was poprosić, byście głosowali w ankiecie na początku bloga. Można zaznaczyć kilka odpowiedzi ;).
Drugie ogłoszenie to takie, że wkrótce powinna pojawić się nowa strona, na którą rzucę książki, które z chęcią wymienię (w ostateczności sprzedam), więc warto być czujnym ;).
A! I mogę w pewnym momencie "ómrzeć", bo zbliżają się egzaminy i wypadałoby się pouczyć ;).

wtorek, 28 lutego 2012


UWAGA, NIE CZYTAĆ PO ZMROKU!

Błotne Stawy,
28.02.372r. Nowego Czasu

Kochana babciu Jagodo!

                Nie uwierzysz w czego ostatnio weszłam w posiadanie! Stary dziennik oprawiony w czarną skórę o wdzięcznym tytule „Zemsta czarownicy”. Tak, tak, babciu! W swoich rękach trzymam jeden z dzienników naszego kochanego stracharza Thomasa J. Warda! Wiesz co to znaczy, prawda babciu? Wiesz, że to już tylko kwesta czasu, aż uda nam się go dorwać.

                Pierwszy z dzienników mieści w sobie wszystkie wspomnienia związane z naszą drogą Mateczką Malkin. „Zemsta czarownicy” zaczyna się jednak miesiąc wcześniej, kiedy to do domu państwa Ward przybywa Stracharz. Tom jest w końcu siódmym synem, a tylko jeden, pierworodny, może odziedziczyć farmę. Korzystając z okazji, że i jego ojciec był siódmym synem, rodzice postanawiając wysłać go na termin do Stracharza. Kiedy chłopak pomyślnie przechodzi próbę w Horshaw – w Zaułku Wodnym numer 13 – udaje się do domku nieopodal Chipenden, by pobierać nauki od starego Gregory’ego. No wiesz, babciu – botanika, unieszkodliwianie widm i boginów, zwalczanie wiedźm, łacina… I wszystko byłoby dobrze (dla kogo dobrze, dla tego dobrze), gdyby na horyzoncie nie pojawiła się ta mała wredna Alice. Ech, babciu – jakże łatwiej by mi było gdybyś mi jednak powiedziała czy ona jest w końcu dobra czy zła…

                Wiesz, babciu… Zawsze kiedy w twoim domu poruszaliśmy temat stracharzy, byłam zaskoczona tym, z jakim szacunkiem o nich mówicie z mamą. Przecież stracharze do mordercy, łowcy czarownic. Przesiadowcy naszej rodziny. Powinniśmy ich przeklinać, rzucać na nich zaklęcia i wykorzystywać do własnych celów – tak zawsze myślałam (przez co nigdy nie mogłam się włączyć do waszej rozmowy, choć nie powinnyście mieć do mnie o to pretensji – nigdy nie miałyście nic przeciwko, gdy spluwałam im pod nogi!). Kiedy jednak przeczytałam pierwszy dziennik, zrozumiałam, że wiedza jaką posiadają oraz siła i odwaga, z którą walczą, jest niesamowita i godna pozazdroszczenia. Niewielu ludzi jest zdolnych mieć cierpliwość do wykopania i przygotowania idealnego dołu dla bogina czy wiedźmy. Niewielu ludzi jest w stanie odróżnić snu od jawy w obliczu niebezpieczeństwa… Niewielu jest w stanie postawić się nam – wiedźmom. Teraz już wiem, o co wam chodziło – nie podobało wam się to, co z nami robił, tak jak i mi, jednak doceniałyście ich umiejętności.

                Ostatnimi czasy wiele podróżuję po kraju mojego ojca. Właśnie tam, w jednym z miasteczek spotkałam przesympatycznego pana Joe’ego, dzięki któremu mogłam przeczytać zapiski Toma. Okazało się, że i on w pewien sposób poluje na Warda. Może nie tak jak ja, ale grunt, że miał to czego potrzebowałam. Z chęcią oddał mi dziennik, mówiąc, że jemu i tak lepiej czytałoby się w innym języku. Nie wyglądał na takiego, któremu zależałoby na niepowodzeniu mojej misji (tym bardziej, że nie wyjaśniłam mu na czym polega), więc z wdzięcznością przyjęłam książkę. Wciąż po głowie chodzą mi jego ostatnie słowa: „Nie czytaj po zmroku!”. I wiesz co, babciu? Powinnam go posłuchać. Choć Tom miał ledwie 13 lat, gdy spisał „Zemstę czarownicy”, potrafił tak fenomenalnie i przerażająco opisać swoją walkę z Mateczką Malkin, że w połączeniu z moją wyobraźnią, zafundował mi taki horror, że nocą nie mogłam zasnąć.

                Pamiętasz, babciu, Nadię? Tę dziewczynę, która nie odstępuje mnie na krok? Kiedy wróciłam z Wyspy, Nadia od razu się na mnie rzuciła, mówiąc, że tęskniła, bo beze mnie jej się tak strasznie nudziła. Miło było słyszeć, że ktoś za mną tęsknił, ale dobrze wiesz, jaka ona jest. Nie wiem co mnie podkusiło, ale postanowiłam jej pożyczyć „Zemstę czarownicy”, by mieć kilka dni względnego spokoju. Żebyś ty widziała jej minę! Już przy samym widoku książki uznała mnie za boga, ale nawet sobie nie wyobrażasz jak się zachowywała, gdy oddawała mi dziennik następnego dnia! Zapamiętałam fragment monologu:
„Jenny! Nie wiem skąd wytrzasnęłaś tę książkę, ale koniecznie musisz załatwić kolejne! To było takie cudowne! Ci ludzie! Ci bogini! Te wiedźmy! Oni byli tacy niezwykli! Ich przygody były cudowne! Te tereny, na których żyją są takie niezwykłe! A sposób pisania tego chłopca – cudo! Nie jest zarozumiała jak większość – myślą, że potrafią pisać, to są nie wiadomo kim. A te potwory? Ach! Przez całą noc nie mogłam zmrużyć oka! Och, Jenny! Tak bardzo chciałabym ich spotkać!”
Ech, żeby tylko ona wiedziała, że stracharze to nasi wrogowie! Z pewnością wcale by ta książka tak nie podobała.

                Joe mi obiecał, że gdy następnym razem się spotkamy (a spotkamy się na pewno!), odda mi kolejny dziennik, który uda mu się znaleźć. Myślę, że następny list do ciebie napiszę dopiero po tym spotkaniu. W końcu muszę skupić się na swojej misji – może i Tom jest siódmym synem siódmego syna, ale ja jestem pierwszą córką pierwszej córki, o której mowa była w Proroctwie! I nie spocznę, póki się z nim nie rozliczę!

Pozdrawiam i całuję,
twoja Jennifer
PS
Nie, babciu. Bardzo lubię swoje imię i nie zamierzam go zmieniać. I nie interesuje mnie fakt, że słowiańskiej wiedźmie nie wypada mieć wnuczki o angielskim imieniu. Pretensje proszę kierować albo do mamy, albo do samej siebie – trzeba było się uprzeć przy tej twojej Oldze! J.

PPS
Pamiętasz babciu tę „wizję” jakiej doznała moja kuzynka Maria - pytia od siedmiu boleści? Tę, w której objawił jej się świat po dwóch wojnach, które ogarnęły każdy zakątek Ziemi? Tę, w której bez problemów można było rozmawiać z osobami, których się w życiu nie widziało i to w dodatku na odległość? Tę, w której ludzie zamiast na koniach, podróżują metalowymi wozami o czterech kołach, w których płyną czarne wody? Ten przerażający świat mi się śnił. W śnie tym pan Joe, o którym wspominałam, sprawił, że większość ludzi mogła przeczytać dzienniki Toma, a ja byłam jedną z tych osób. I wiesz co, babciu? Te dzienniki tak strasznie strasznie mi się podobały! I zachwyty Nadii wydawały się niczym przy moich. J.

Autor: Joseph Delaney
Tytuł: Zemsta Czarownicy
Seria: Kroniki Wardstone
Tłumacz: Paulina Braiter
Ilustracje: David Wyatt
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: listopad 2007

"Zemstę Czarownicy" Joseph'a Delaney dostałam od Wydawnictwa Jaguar :3. Ślicznie dziękuję ;).

niedziela, 6 listopada 2011

 Klasyka literatury fantasy...

Ursuli Le Guin nie trzeba przedstawiać miłośnikom fantastyki. Ta 82-letnia mieszkanka Portland w stanie Oregon (USA) jest lubiana i poważana przez czytelników na całym świecie. Przygody Geda i innych mieszkańców Ziemiomorza czy Reconnona i reszty świata Ekumena jest znana wielu czytelnikom, którzy nie boją się przyznać, że są fanami autorki. Jej książki znajdują się nie tylko w kanonie literatury fantasy, ale można się z nimi spotkać również na ławkach szkolnych klas.

Nie od zawsze było wiadomo, że Duny ma magiczne zdolności. Gdyby ktoś powiedział jego rodzinie, że ten wysoki, zapalczywy, krzykliwy, hardy i pełen gniewu chłopak zostanie wspaniałym magiem, od razu zostałby wyśmiany. A jednak w młodzieńcu ukazały się zdolności, dzięki którym zaczął się kształcić – najpierw u ciotki, następnie u Ogiona Milczącego, gdzie zostało mu nadane dorosłe imię Ged i przezwisko Krogulec, by na ostatku trafić do szkoły magii na wyspie Roke. Jednak przez nieuwagę i nierozsądek młodzieńca, ze świata umarłych na ziemię przychodzi Cień, z którym Ged będzie musiał się mierzyć przez długi czas.

Jak na moje dotychczasowe doświadczenie, przeczytałam wiele książek, w których zawarta była magia. Magowie posługiwali się różdżkami, rzucali zaklęcia, pobierali energię z otaczającej ich materii czy z siebie samych, sięgali po Pieśń, jednakże niezależnie od tego skąd czerpali moc, zawsze ich postać była owiana tajemnicą, strachem, kojarzeni byli z elitarnymi zgromadzeniami. Dla zwykłych ludzi byli kimś niezwykłym. Le Guin postanowiła jednak spojrzeć na całą tę sprawę z nieco innej perspektywy. Magia w Ziemiomorzu była tak realistyczna, jak tylko mogła być. Autorka określiła jej podstawy, opisała ją, podzieliła magów na kategorie. Dzięki temu „zawód” maga nie jest dla mieszkańców Ziemiomorza czymś strasznym, a całkiem naturalnym. Owszem – nieco bardziej niezwykłym, ale w żadnym stopniu nie wiąże się to z mieszkaniem na pustkowiu, na tajemniczych wyspach i zadawaniu się z wszelakimi możliwymi potworami. Dodatkowo dzięki temu, że przekazują reszcie społeczeństwa tradycję i kulturę, a także pieśni oraz legendy, są jego ważnym elementem, co sprawia, że są jeszcze bardziej naturalni. To właśnie dlatego powieść Ursuli Le Guin jest taka niesamowita.

Cała recenzja na

sobota, 29 października 2011

W innej rzeczywistości...

"Niech się przypomni stara pieśń,
Pieśń naszej ziemi matki.
Gdzie rozrywają serce jej,
Sępy , szakale i wrony,
I nikt nie wyda w sprawie jej,

Jednego słowa obrony."
"Pieśń Ziemi" - Krysta10


Gair nie powinien żyć. Nie za to kim jest. A jest czarodziejem, który nie dość, że żyje w Świętym Mieście, to jeszcze jest bogobojnym nowicjuszem Zakonu Suvaeon. A przecież Księga Eador jasno mówi: „Nie dozwolisz żyć czarownikowi.” Gruby sznur już dawno powinien zawisnąć na jego szyi. Jego ciało od dawna powinno być pochłonięte przez płomienie. A jednak młodzieniec żyje i ma się całkiem dobrze. Ansel – preceptor Zakonu – daruje mu karę śmierci, żąda jednak opuszczenia parafii oraz naznacza ekskomuniką i piętnem. Od tej pory chłopakiem opiekuje się Alderan i zabiera go na Zachodnie Wyspy, gdzie całe jego życie stanie na głowie.

Gdy skończyłam ”Pieśni Ziemi”, ze smutkiem spojrzałam na okładkę i stwierdziłam, że we współczesnych czasach, dobra reklama może już tylko skrzywdzić książkę. „ Jedna z najlepszych powieści fantasy 2011” kłuje w oczy pod tytułem. „Mhm, mhm. Oczywiście. Jak zawsze.” pomyślałam, choć i tak zdecydowałam się na przeczytanie powieści. Przysłowie „Nie oceniaj książki po okładce” – nadal aktualne. Ale zacznijmy od początku.

„Pieśni ziemi” zostały napisane prostym, dostępnym dla każdego językiem. Pomimo małej ilości dialogów (w porównaniu z 3-4 stronowym tekstem ciągłym), w książce rzadko spotykamy się z rozciągłymi i nużącymi opisami otaczającej bohaterów przyrody. Fabuła wciąga bez reszty, przez co historię się po prostu pochłania. Nie licząc pierwszych 80 stron, przez które ciężko mi było przebrnąć (ze względu na to, że nie chciałam na książkę patrzeć pod względem kolejnej pracy, a pod względem rozrywki), książkę przeczytałam w nieco zapracowany weekend.

Cała recenzja na

Autor: Elspeth Cooper
Tytuł: Pieśni ziemi
Seria: The Wild Hunt
Tłumacz: Przemysław Bieliński
Liczba stron: 398
Wydawnictwo: Amber
Data wydania: 2 sierpnia 2011

piątek, 7 października 2011

Paweł Matuszek - Kamienna Ćma

Sen o naszym świecie. Lekcja o samym sobie...

O książce: Pustkowie. Granica. Wieża. To wszystko co zna i pamięta Beddeos. Żadnych wspomnień. Żadnych skojarzeń. Żadnych twarzy. Żadnych miejsc. Mężczyzna nie ma bladego pojęcia, jak trafił do Wieży i co było wcześniej. Nawet Tyfon – robot, który towarzyszy mu w bezcelowej egzystencji – mimo, że wie wszystko, nie zna odpowiedzi na pytania Beddeosa. W jaki sposób więc tam trafił? I dlaczego? Mężczyzna postanawia wyruszyć do miejsca, którego nie pamięta, nie rozumie i które nie istnieje by poznać siebie – jaki był, jest i będzie.

"Idź za głosem Kamiennej Ćmy" 

Ilekroć przypominam sobie w głowie "Kamienną Ćmę", uśmiecham się pod nosem. Już na samym początku pragnę powiedzieć, że jest to lektura fascynująca, intrygująca, ale diabelnie trudna. Nic więc dziwnego, że z jednej strony chciałam jak najszybciej napisać tę recenzję, a z drugiej - odkładać ją w nieskończoność. No, ale może zacznijmy od początku.

Na rynku książkowym, jak pewnie już sami zdążyliście zauważyć, króluje literatura amerykańska, angielska i australijska. Rzadziej niemiecka. Jeszcze rzadziej francuska, hiszpańska czy portugalska. O słowiańskiej, czyli również i polskiej, nie wspominając (a jak na złość to właśnie w tej słowiańskiej się zakochałam). Nic więc dziwnego, że zachwycałam się nad każdym słowem, które zostało napisane bezpośrednio przez autora książki, a nie przez tłumacza. Dzięki temu możemy prawdziwie powiedzieć, jaki styl pisania ma autor książki. A skoro już o tym mówimy...

Już jakiś czas temu zauważyłam, że ta książka jest (przynajmniej dla mnie) pełna sprzeczności. Język jest prosty, ale ciężki; historia jest łatwa, ale skomplikowana; bohater jest ciekawy, ale irytujący; książka jest krótka, ale długa; łatwa, ale trudna; różnicowana, ale jednolita. Stale jakieś ale, ale nie można niczego zarzucić :).

Z tego powodu chciałabym odpuścić sobie kwestie techniczne, a od razu skupić się na fabule i tym, co chciał nam przekazać Paweł Matuszek.
Głównym bohaterem powieści jest Beddeos - człowiek, który został zesłany do Wieży w ramach kary. Tam nie pamięta niczego - jak się do Wieży dostał, czemu i czy w ogóle było coś wcześniej. Kiedy jednak budzi się z transu, okazuje się, że współczesne władze skutecznie ukryły miejsce, w którym mężczyzna pamiętał, mówiąc o nich jak o bajkach. "Dlaczego kamień leży tam, gdzie leży?" - ulubiona bajka córki głównego bohatera - opowiada o "wszechwiedzącym" robocie Tyfonie i Wieży, którą zamieszkuje. "Jego Wieży" - mówił Beddeos. W końcu udaje mu się namówić rodzinę i przyjaciół do ucieczki z "utopi", ponieważ gdzieś dalej istnieje inny - prawdziwy - świat. Mniej-więcej od tego miejsca zaczyna się druga część historii, akcja znów zaczyna nabierać tempa. Beddeos zaczyna podróżować, poznawać siebie i otaczającą go rzeczywistość oraz odkrywać to, czego nie da się ogarnąć ciałem i rozumem. Zaczyna się "jazda bez trzymanki". Autor pokazuje nam rzeczy, których prosty człowiek nie może zrozumieć od razu, które trzeba poznawać i powtarzać na okrągło, których zbyt długo się uczymy i o których zbyt szybko zapominamy.
Trudno mi mówić o czymś, czego sama w pełni nie pojmuję. Żeby w pełni wszystko zrozumieć, trzeba po prostu książkę przeczytać, a później co rusz wracać do niej i powtarzać sobie wszystko jak niesfornemu uczniowi. Osobiście sądzę jednak, że będzie do jedna z najmilej wspominanych lekcji na całe życie.

"Tak, kochanie, świat jest inny, niż się wydaje z tej śmierdzącej dziury pełnej czarnego gówna. Nie twierdzę, że bezpieczny. Ale nie mamy wyjścia. Nie możemy tu zostać."

Oczami Jenny: Mimo niemożliwie wielu opinii na temat "Kamiennej Ćmy" i ostrzeżeń co do wyglądu, kiedy wyjęłam książkę z paczki, pierwsze co pomyślałam: "O matko! Jak książka dla dzieci!". Bo i faktycznie - na dziecinną WYGLĄDA. Książka ma dość nietypowe wymiary (w przeciwieństwie do tego co napisało wydawnictwo - 16,6x22,6. Dla porównania: Pożeracz snów - 14,5x20,5; Pomiędzy - 13,5x20 [cm]), okładka jest prosta i wyrazista, czcionka duża i zróżnicowana (wypowiedzi Tyfona, Pilsh Durqa, baktaka i Inabulsa Knalba były napisane inną czcionką, odpowiadającą ich osobowościom), a w środku czekała na nas ilustrowana bajka pt. "Dlaczego kamień leży tam, gdzie leży?". Książka ta jednak nie ma nic wspólnego z opowiastką dla dzieci czy młodzieży. Sprawy jakie porusza są trudne dla ludzi dorosłych, a co dopiero młodych dopiero poznających świat.

Autor: Paweł Matuszek
Tytuł: Kamienna Ćma
Ilustracje: Irek Konior
Liczba stron: 256
Wydawnictwo: MAG
Data wydania: 8 lipca 2011

Polecam:
Wydawnictwo MAG
Czat z autorem

"Kamienną Ćmę" autorstwa Pawła Matuszka dostałam od wydawnictwa MAG. Dziękuję ślicznie :)

sobota, 7 maja 2011

Na pierwszy ogień wzięłam oczywiście "Zwiadowców", którzy powinni mieć u mnie ołtarzyk :).

O serii: Honor, odwaga, wierność, przyjaźń, miłość. Wartości te nie są nam obce w serii "Zwiadowców" autorstwa Johna Flanagana.
Will wraz z mistrzem Haltem i przyjaciółmi - Horace'm i Gilanem - nie mają chwili wytchnienia. Co chwila Araluenowi - państwu pod rządami dobrego króla Duncana - i krajom na starym kontynencie grozi niebezpieczeństwo. Z Gór Deszczu i Nocy nadchodzi Morgarath, z północy Scottowie, z zachodu Skandianie, z południa - mieszkańcy Arydii. Na wschodzie natomiast, w Hibernii - krajowi bliskiemu Haltowi - rozprzestrzeniają się wyznawcy niebezpiecznej religii, która zaczyna zagrażać ojczyźnie bohaterów. Mimo nieustających przygód nadal mają czas na życie prywatne, co z reguły kończy się... Bardzo dobrze :).

O książce: 15-letni Will - sierota na zamku Redmont - od zawsze marzy, by stać się rycerzem. Niestety, jego marzenia są nie do zrealizowania. Niski, skromnej postury inteligentny chłopaczyna, który woli uciekać, skrywać się, chodzić po drzewach i atakować z ukrycia, nie jest odpowiednio przygotowany do roli zacnego rycerza. Nie to co Horace - wysoki, umięśniony i nieco przy głupawy rówieśnik oraz największa zmora Willa. Chłopak jednak nie traci nadziei i z niecierpliwością oczekuje na Dzień Wyboru organizowany przez barona Aralda na zamku Redmont, w którym każda sierota, która ukończyła 15 lat ma szansę zostać czeladnikiem jednego z Mistrzów Sztuk. Niestety - kiedy przyjaciele mają szansę pobierać nauki u tych mistrzów, u których chcieli, Will zrozumiał, że nie nadaje się do niczego i czeka do praca na polu. W tym momencie na scenę wkracza tajemniczy Halt i proponuje chłopakowi przystanie do zwiadowców - ludzi owianych legendą, którzy, jak wieść niesie, parają się czarną magią, potrafią stawać się niewidzialni. Chłopak uznaje, że gorzej już być nie może, więc przystaje na propozycję zwiadowcy. I w tym momencie zaczyna się zabawa :). 
Pobieranie nauk, pierwsza jazda konno, pierwszy Zlot Korpusu Zwiadowców, walka z kalkarami, trudny wybór i mianowanie na ucznia to tylko część wydarzeń, która spotyka młodego zwiadowcę w pierwszej części serii.

Zabawy przy czytaniu jest co niemiara. Po ironicznych tekstach Halta, Gilana i Starego Boba nie sposób się nie uśmiechnąć, jeśli nie wybuchnąć śmiechem. Poza tym akcja książki podzielona jest na dwóch bohaterów, więc możemy obserwować zarówno naukę Willa ze swoim mistrzem, jak i poczynania Horace'a, który gnębiony jest przez trójkę starszych "kolegów". Dzięki temu mamy szansę polubić mięśniaka nim zaprzyjaźni się z młodym zwiadowcą.
"Ruiny Gorlanu", jak i kontynuacje, zdecydowanie skierowane są ku młodzieży. Lekki język, nienużące opisy, ciekawa fabuła, zwroty akcji i liczne niespodzianki sprawiają, że młodzi nie mogą oderwać się od książki, choć i dorośli bez problemu mogą zagłębić się w historię Willa i przyjaciół. Zagłębienie się w nieco podrasowany wizerunek średniowiecznej Anglii sprawia, że możemy zapomnieć o otaczającym nas świecie na kilka miły godzin, dając wytchnienie zszarganym nerwom.
Po lekturze "Zwiadowców" w życiu kilku (a może jednak wielu) młodych czytelników powinno się co nieco zmienić. Zaczynamy rozumieć, że każdy jest do czegoś stworzony i każdy ma swój cel w życiu, a przy okazji poznajemy drugi koniec kija - to, że marzenia się spełniają nie oznacza, że po ich spełnieniu możemy odejść w spokoju, tylko, że czeka nas jeszcze cięższa praca, której finał może być lepszy od spełnienia marzeń.


Oczami Jenny: "Ruiny Gorlanu" są swoistym wprowadzeniem, prologiem do całej serii. Takiej atmosfery, którą znajdujemy w pierwszej księdze cyklu, nie możemy znaleźć w żadnej kolejnej części (co oczywiście nie oznacza, że kolejne części są gorsze). Kiedy sięgniemy po nią raz, nie oderwiemy się od niej, póki nie przeczytamy ponownie całej historii. A kiedy się ją skończy pragnie się sięgnąć po kolejną.

Autor: John Flanagan
Tytuł: Księga 1. Ruiny Gorlanu
Seria: Zwiadowcy
Tłumacz: Stanisław Kroszczyński
Liczba stron: 319
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 25 marca 2009

Polecam:
Wydawnictwo Jaguar
Forum Zwiadowcy
Zwiadowcy - Oficjalna Polska Strona
Zwiadowcy na facebooku