RSS
Facebook
Twitter

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 listopada 2013

Larry Winget, autor bestsellerów z listy New York Timesa, pokazuje jak sabotujemy swój sukces i proponuje proste rozwiązania, aby to zmienić!

Wszyscy mówią, że chcieliby odnieść sukces. Mieć więcej pieniędzy, lepszą pracę czy być zdrowszym. Niestety tylko niektórzy rzeczywiście robią coś, aby to osiągnąć. Większość chciałaby mieć wspaniałe dzieci, ale nie znajduje czasu aby z nimi porozmawiać. Inni kupują niepotrzebne rzeczy, aby potem martwić się, że brakuje im pieniędzy.
Larry Winget, autor bestsellera Zamknij się, przestań narzekać i zacznij żyć, pokazuje jak pożegnać się ze złymi nawykami które hamują nas na drodze do lepszego życia. Sukces nie jest łatwy do osiągnięcia, ale każdy może zmienić swoje życie, zasady są proste. Trzeba tylko wyeliminować „czynnik głupoty” i zacząć działać.

Kiedy pierwszy raz wzięłam "Ludzi..." do ręki i przeczytałam ich tytuł, uznałam, że będzie to idealna książka do zrozumienia czemu ludzie są taaaakimi idiotami oraz czemu wokół mnie ostatnio kręci się tylu kretynów i jak się ich pozbyć. Szybko jednak okazało się, że natura jest nieco inna, chociaż mój problem też da się rozwiązać dzięki niej.

Książki Larry'ego Wingeta można czytać na dwójnasób: Możesz brać całą książkę całkowicie na poważnie, licząc na to, że twoje życie odmieni się po przeczytaniu, w tym przypadku, "...idiotów!...", albo w formie ciekawości, co tam ciekawego nasz ulubiony Larry napisał oraz z głęboko ukrytą nadzieją na odnalezienie zdania, które uczyni Cię miliarderem/lepszym człowiekiem/celebrytą (nie oszukujmy się. nikt nie sięga po poradniki życiowe, bo nie ma już co czytać. nawet jeśli są to poradniki Larry'ego Wingeta. a może szczególnie, gdy . W drugim przypadku lektura "Ludzi..." zajmie wam kilka godzin, w pierwszym - co najmniej kilkanaście dni. I tylko od Was, drodzy czytelnicy, zależy, którą drogę obierzecie.

Jeżeli liczycie na to, że Larry Winget swoimi książkami widocznie odmieni wasze życie... Całkiem prawdopodobne, że się nie przeliczycie, jeżeli tylko naprawdę będziecie tego chcieli. Jeśli macie nadzieję, że Larry objawi wam dawno utajnioną prawdę jak osiągnąć sukces, zarabiać krocie, schudnąć, być dobrym mężem/żoną, wychować dzieci na mądre i odpowiedzialne istoty i inne, rzekomo, ważne w życiu człowieka rzeczy - grubo się mylicie. A mimo to ludzie uważają Larry'ego za geniusza. Dlaczego?

Dedykacja:
"Dla idiotów na całym świecie.
Bez nich byłbym bezrobotny"

Winget jest genialny w swojej prostocie. Sam przyznaje, że w swoich książkach nie porusza nowych niezwykłych rozwiązań, które "gwarantują" sukces. Autor wprost mówi nam, że rozwiązanie naszych problemów jest banalne - wystarczy myśleć rozsądnie. Chcesz mieć sympatyczne dzieci? Spędzaj z nimi więcej czasu. Chcesz mieć lepszą pracę? Dokształć się i jej poszukaj. Chcesz schudnąć? Jedz mniej, ruszaj się więcej. Chcesz mieć więcej pieniędzy? Przestań je wydawać na rzeczy, których w życiu byś nie kupił, a wydajesz, bo kosztują 40% mniej. CZŁOWIEKU, NADAL MUSISZ WYDAĆ 60% CENY!
Wszystko wydaje się takie proste, prawda? Więc czemu ludzie wciąż żyją marnie i wpadają w coraz większe tarapaty finansowe? Bo są idiotami. Wszyscy ludzie to idioci. Larry Winget to udowadnia. I, wbrew pozorom, że Larry jest dupkiem, skoro zarabia na głupocie ludzi duże pieniądze, Winget chce wam pomóc. Tyle, że wy też musicie tego chcieć.

Genialność autora objawia się również w sposobie w jaki uczy i motywuje do działań swoich czytelników. Ale tu już szczegółów nie będę zdradzać :). Żeby się o tym przekonać, musicie sami sięgnąć po "Ludzi..." :).

Larry Winget jest bardzo dobrym nauczycielem.
Ale tylko od Ciebie zależy czy będziesz dobrym uczniem.

"Ludzie to idioci! Czyli jak rujnujemy sobie życie na własne życzenie i jak to zmienić" Larry'ego Wingeta to genialna pozycja. Prosty, dobrze czytający się, zabawny, pełny życiowych anegdotek poradnik życiowy jak nie zrobić z siebie idioty może nie jest idealną lekturą do podusi, ale z całą pewnością dobrą dla ludzi, którzy chcą zmienić coś w swoim życiu, nawet dla tych, którzy sądzą, że nic już nie da się zmienić. NA NIC NIE JEST NIGDY ZA PÓŹNO! I Larry Winget ci to udowodni! Zaraz po tym, jak udowodni ci, jak wielkim idiotą jesteś. Serdecznie polecam! :)

Autor: Larry Winget
Tytuł: LUDZIE TO IDIOCI! Czyli jak rujnujemy sobie życie na własne życzenie i jak to zmienić
Tłumacz: Leszek Mokrzycki
Liczba stron: 223
Wydawnictwo: Druga Strona
Data wydania: 23 października 2013

wtorek, 6 sierpnia 2013


Kelsey nie pozwoli na to, by jeden błąd zrujnował jej życie. Owszem, wyleciała z poprzedniej szkoły, a jej dawni przyjaciele zamilkli, ale to jeszcze nie koniec świata. Teraz, w nowym liceum, dziewczyna koncentruje się przede wszystkim na nauce i stara się nie powtarzać dawnych błędów.
Isaaca wyrzucono z tylu szkół, że on sam nie potrafi ich policzyć. Jako syn senatora jest pod wnikliwą obserwacją. Concordia High to jego ostatnia szansa – jeśli i tu zawiedzie, wyląduje w placówce z internatem.
Już przy pierwszym spotkaniu Kelley i Isaac wywierają na sobie ogromne wrażenie. Ona ma go za utytułowanego dupka. On traktuje ją jak zadzierającą nosa snobkę. Ale mija trochę czasu i niechęć przeradza się w fascynację. Problem w tym, że świat nie jest doskonały. Kelley i Isaac mają swoje sekrety i choć są w sobie naprawdę zakochani, jest coś, co może zrujnować ich związek – prawda.

Chociaż pisząc recenzję "Pauli..." mówiłam, że po obyczaje sięgam równie chętnie jak po fantastykę, nie da się ukryć, że mimo wszystko jestem zagorzałą fanką tego drugiego gatunku. Moje przekonanie, że obyczaj też dobra książka wzięło się stąd, że raczej stawiam na rodzime autorki, które są szerzej znane polskim czytelniczkom, a wiadomo - co polskie to dobre ;). Od tamtego czasu jednak troszkę się zmieniło ponieważ... jakby to powiedzieć... "Piosenki dla Pauli" skutecznie odstraszyły mnie od zagranicznych obyczajów. Jednakże po kilku(nastu) tygodniach rozmyślań postanowiłam zaryzykować i zaopatrzyć się w dwa, wówczas nowe, obyczajowe pozycje od Jaguara - "Nie mogę powiedzieć ci prawdy" i "Dziewczyna, która chciała zbyt wiele". Dzisiaj postanowiłam się wypowiedzieć na temat pierwszej pozycji, pióra Lauren Barnholdt, autorki, którą część polskich czytelników już zna (z pozycji, po które wolałam nie sięgać. Tym większe były moje obawy związane z lekturą jej najnowszej powieści), a z którą ja spotykam się po raz pierwszy.

*stop*
...

*pięć minut później*
...

*dwanaście minut później*
...

*dwadzieścia minut później, tuż po karmieniu kota*

Przeglądając swój egzemplarz "...prawdy" w poszukiwaniu natchnienia lub choćby zalążka pomysłu* na tę recenzję**, do głowy wpadła mi jedna jedyna myśl. "Dobre złego początki". Bohaterowie książki - Kelsey i Isaac - przekonali się o tym aż za dobrze.
Bo czym jest kilka niewinnych kłamstewek, służących wyłącznie do delikatnego wykorektorowania swojej historii? Takich dosłownie malutkich - czemu zmieniło się szkołę, która to już z kolei, jacy są rodzice czy ilu/ile miało się byłych...Przecież nikt nie będzie sprawdzał takich drobnostek... No i na tym właśnie polega wic życia, że los potrafi okrutnie sobie z nas zażartować, dzięki czemu przez ów kilka drobnych kłamstewek możemy zostać wylani ze szkoły z wielkim hukiem!

Takie przynajmniej miało być założenie. Bohaterowie z każdym kolejnym kłamstwem mieli brnąć przez bagno, by w pewnym momencie uznać, że niemożliwy jest już powrót, że "nie można powiedzieć (już) prawdy". Tymczasem... Finał, oczywiście, był wybuchowy i przez większość książki w żaden sposób nie mogłam się domyśleć, co takiego mogło doprowadzić do sytuacji, w której obojgu bohaterom groziło wydalenie ze szkoły. Nie mogłam, bo kłamstewek, ukrywających tytułową Prawdę było tylko, co kot napłakał, a może i mniej. Pod tym względem na książce totalnie się zawiodłam. Ale, ale! zniechęcony już zapewne lekturą "...prawdy" czytelniku - to jeszcze nie koniec dzisiejszego wpisu.

Nie ma róży bez kolców. To prawda - "Nie mogę powiedzieć ci prawdy" posiada parę wad (m.in. to, że stanowczo jest zbyt krótka!), ale nie powinniśmy zapominać również o zaletach, których przecież nie zabrakło.

Teoretycznie. I właściwie w tym przypadku praktyka niewiele się różni od teorii, tylko... Czy przewiduje ona, że czytelnik po kilku miesiącach od zakończenia lektury o nich zapomina?
Trochę wstyd się przyznać, ale tak właśnie jest. Pamiętam, że książka wcale nie była taka zła, poniekąd nawet przyjemna i w pewnych aspektach interesująca, ale... Gdybyście poprosili mnie o konkretne przykłady, za nic bym sobie żadnego nie przypomniała. I nie - przewertowanie książki po raz tysięczny nic nie da.

Jak więc, jak można zauważyć, "Nie mogę powiedzieć ci prawdy" nie zapada jakoś szczególnie w pamięć, nie skłania do głębszych przemyśleń, nie sprawia, że nie możemy się od niej oderwać. Jest za to pozycją idealną do poduszki po ciężkim dniu w szkole w przerwie między jedną a drugą lekturą.
Jeśli chodzi o moje osobiste odczucia względem książek podobnych do "Nie mogę powiedzieć ci prawdy" - było miło przeczytać coś całkiem innego niż do tej pory, ale również nie czuję, żeby takie "odskoki" zdarzały się częściej. Jeżeli zaś chodzi o tę konkretną pozycję od Lauren Barnholdt - nie mam jakoś specjalnie poczucia, że zmarnowałam czas na tę książkę. Ale również nie wydaje mi się, bym częściej po książki tej autorki.

* zmagania z napisaniem recenzji znajdziecie TU
** a czemu w cudzysłowu - odsyłam TU

Autor: Lauren Barnholdt
Tytuł: Nie mogę powiedzieć ci prawdy
Seria: [Grzbiet w kolorze (seria wydawnicza wyd. Jaguar)]
Tłumacz: Natalia Mętrak
Liczba stron: 323
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: październik 2012

Za możliwość zrecenzowania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Jaguar :).

czwartek, 4 lipca 2013

Mam bardzo, ale to bardzo złe przeczucia.
Nie powinnam tego wrzucać. Czuję to.
No ale cóż - słowo się na facebooku rzekło, więc video- trza wrzucić do sieci.

Nie rzucajcie pomidorami, pliiis :)






Autor: Dan Wells
Tytuł: Nie jestem seryjnym mordercą
Seria: Nie jestem seryjnym mordercą
Tłumacz: Maria Makuch
Liczba stron: 254
Wydawnictwo: Znak emotikon
Data wydania: 9 stycznia 2012

piątek, 19 kwietnia 2013

Michael Grant - BZRK #1 - BZRK


„-Powiedz mi coś, Noah! Co ważniejsze: wolność czy szczęście?
-Nie możesz być szczęśliwy, jeśli nie jesteś wolny – odparł Noah.”

Noah był zwykłym nastolatkiem – przynajmniej na tyle zwykłym, na ile pozwala na to brat w psychiatryku, który wcześniej walczył na froncie. Sadie była normalną dziewczyną – o ile normalną można nazwać dziewczynę, w której mózgu  rośnie tętniak, a małe bioty budują wokół niego siateczkę, by mogła pożyć nieco dłużej niż pozwoliłaby na to choroba. Michael także był całkiem zdrowym… A nie. Michael nigdy nie był zdrowy, normalny czy zwykły. Ale to bez znaczenia. Już ich nie ma. Nie ma Sadie, Noaha, Micheala… Teraz jest już tylko Plath, Keats, Vincent. Jest też Ofelia, Wilkes, Niżyński, Renfield i Lear. Wszyscy oni i wielu innych należą do BZRK – organizacji, która bardziej ceni sobie wolność niż piątą klepkę. I zrobią wszystko, by osiągnąć swój cel – nawet za cenę rozumu.

Michaela Granta – człowieka, który dał nam wszystkim GONE, zna wielu młodych polskich czytelników fantastyki. Jego opowieść o dzieciakach uwięzionych pod kopułą bezpowrotnie zakorzeniły się w nie tylko w sercach, ale i umysłach ludzi – bo po lekturze tych książek, nie można tak po prostu, odłożyć ich na półkę i żyć dalej, jakby nic się nie stało. Nie. GONE wczepia się ostrymi mackami w rozum i serce i nie pozwoli zapomnieć o sobie już nigdy – pół biedy, jeśli za to właśnie je kochamy. Znacznie gorzej jeśli to właśnie przez to z niechęcią sięgamy po kolejne części.
I tu właśnie pojawia się pytanie – czy pomimo tego, że GONE było straszne/okropne/obrzydliwe/przerażające/etc, warto sięgnąć po BZRK? (Przy założeniu, że miłośnicy tego pierwszego, na to drugie rzucą się bez zastanawiania)

„Pukanie. Do drzwi.
Wiedziała, że to on. Nie chciała go widzieć. Ale nie mogła powiedzieć ‘nie’. Jak można powiedzieć ‘nie’ komuś, kto cały dzień łaził po fałdach twojego mózgu?”

Cała recenzja na...

środa, 27 marca 2013

 I nawet śmierć ich nie rozłączy...

"Nawet w ciemności potrafiłam dostrzec niewielką kolekcję jedynych przedmiotów, które do mnie należały: moich książek. Sięgające pasa sterty książek wypełniały niemal każdy centymetr tego małego pokoju. Znajdowałam te książki w antykwariatach,  na wyprzedażach, na targach w bibliotece. Każda z nich została przeczytana kilka razy, a potem z czułością ułożona na szczycie sterty."

Amelia wie tylko jedno: nie żyje. Jedyne co pamięta za życia, to moment, kiedy tonęła. Kiedy wodorosty zaplątały się w jej nogi i nie puściły; kiedy słodka woda rzeki wlewała się do jej płuc, nie pozwalając oddychać. Trudno, żeby o tym nie pamiętała - codziennie ma ten sam koszmar, po którym budzi się na cmentarzu na swoim grobie. Wszystko się jednak zmienia, kiedy podczas jej koszmaru, do rzeki wpada młodzieniec. I choć doskonale wie, że nie potrafi, Amelia próbuje mu pomóc, by nie podzielił jej losu.

Od początku miałam dobre przeczucia co do tej książki. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam zapowiedź "Hereafter" na stronie wydawnictwa na długo przed jej premierą, zakochałam się na zabój i każdy dzień czekania na jakiekolwiek wiadomości na temat tej książki, był dla mnie straszny. Nic dziwnego, że gdy tylko na blogu wydawnictwa pojawił się wpis odnoszący się do twórczości Tary Hudson, uczepiłam się go rękami, nogami i zębami. I chociaż moja miłość do książki, gdy otrzymała polski tytuł, "Pomiędzy" trafiło do mnie chwilę przed premierą*. Jak miały się moje emocje po jej przeczytaniu?

Moja miłość zdecydowanie powróciła, chociaż w zupełnie innej formie. To nie było jedynie zakochanie się okładką. Historia Amelii i Joshuy uwiodła mnie całkowicie, chociaż początek historii wydawał mi się dość ciężki. Po kilku stronach jednak akcja przyśpiesza, staje się lżejsza, do tego stopnia, że aż ciężko odłożyć książkę na bok. Można się przy niej pośmiać i wystraszyć. Zmartwić się i ucieszyć. Z reguły nie za bardzo podobają mi się książki z gatunku paranormal romance, jednak "Pomiędzy" to mój ukochany wyjątek.
Polecam przede wszystkim miłośniczkom tego gatunku. A kto za nim nie przepada... Może warto spróbować? Mi się spodobało, może wam również :).

*Tak. Wiem wrzesień 2011, a marzec 2013 to szmat czasu. To jest najdłużej pisana przeze mnie "recka" ever.

Autor: Tara Hudson
Tytuł: Pomiędzy
Seria: (Hereafter)
Tłumacz: Natalia Mętrak
Liczba stron: 344
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 21 września 2011

"Pomiędzy" autorstwa Tary Hudson dostałam od wydawnictwa Jaguar. Ślicznie dziękuję!



---------------------------
Jestem z siebie dumna. To już 4 treściwy post w miesiącu. Bez zabaw, bez stosików, bez żadnych zapychaczy. Jestem pod wrażeniem :D
(tak, wiem, dla niektórych to nic dziwnego, ale przejrzyjcie sobie moje archiwum. To wiele wyjaśni :D)

sobota, 23 marca 2013


Empireum, ogromny statek kosmiczny, jest jedynym światem, jaki znają Waverly i Kieran. Tutaj się urodzili. Tutaj dorastają. Należą do grupy wybranych, której celem jest odnalezienie i zaludnienie Nowej Ziemi. Obydwoje znają swoje role - on zostanie w przyszłości kapitanem jednostki, ona będzie stała u jego boku. Dzieci ich dzieci będą dorastać na nieznanej planecie... Przygotowani na zagrożenia z kosmosu, przyszli koloniści nie wzięli pod uwagę jednej możliwości - zdrady.
Gdy Nowy Horyzont, statek-bliźniak, nieoczekiwanie atakuje, zaskoczeni agresją ze strony sprzymierzeńców mieszkańcy Empireum nie potrafią się bronić. Dorośli zostają zlikwidowani. Młode kobiety porwane. Na statku pozostają tylko niedoświadczeni chłopcy. Na początku ocalałymi rządzi lęk. Potem zaczyna się walka o władzę.
Nowy Horyzont nie zaatakował bez powodu. Waverly odkrywa, że ukochana przez mieszkańców statku przywódczyni ma wobec niej oraz innych porwanych bardzo konkretne plany - plany, w których dziewczyna nie ma zamiaru wziąć udziału.*

Szczerze mówiąc, długo się zastanawiałam, jak zacząć tę recenzję. W jakie słowa ją ubrać. O czym wspomnieć, a co lepiej przemilczeć. W jakim świetle przedstawić książkę. Spędzało mi to sen z powiek (szczególnie na lekcjach) i nie dawało spokoju, ilekroć zarzucam próby pisania (jakiejkolwiek, szczerze powiedziawszy, bo na chwilę obecną trochę recek mi się zwaliło na głowę) recenzji. Po przeszło dwóch tygodniach intensywnego (na ile pozwalał mój wykończony szkołą mózg) myślenia, w piątkowy wieczór w nadeszło olśnienie. Nie będę kłamać, nie będę niczego maskować, wygarnę książce wszystkie wady i podkreślę wszelkie zalety, jakie tylko zauważyłam i na które nie szkoda mi marnować czasu. Później jednak nadeszły rozmowy o książce z innymi recenzentkami, sprawdziany, kartkówki i bitwy o laptopa, mój Reviewer Dream się skończył, więc postanowiłam zamieścić w recenzji tylko to, co napisałam już wcześniej oraz tylko to o czym mam siły pisać. A co wy, moi Czytelnicy, z tym zrobicie, to już jest nie moja sprawa - jam tylko wypełniam obowiązki zmory wydawców, tj. recenzenta. W dodatku aktualnie leniwego i totalnie subiektywnego.

sobota, 9 marca 2013


Wiele się zmieniło od czasu śmierci księcia Andovana, chociaż minęło tak mało czasu… Kamala postanawia po raz kolejny poprosić swojego starego nauczyciela Ethanusa o pomoc, mimo że wie, iż to oznacza złamanie Prawa. Rhys wybiera się w ciężką i niebezpieczną podróż, by upewnić się, że Gniew Bogów został nienaruszony. Siderea także wybiera się w podróż – pragnie odnaleźć sposób na to, by uniezależnić się od zimnych i podstępnych Magistrów, którzy zostawili ją w momencie największej słabości. Również Gwynofar nie zamierza bezczynnie siedzieć – zostawia świeżo ukoronowanego syna w stolicy Wielkiego Królestwa, by samej ruszyć do rodzinnych krain i zapobiec atakowi przerażających Duszożerców. Na północ wybiera się również Colivar, nieświadomy tego, z kim przyjdzie mu pracować. Koniec Drugiej Ery Królów zbliża się wielkimi krokami. Naprzeciw sobie staną bogowie i Duszożercy. Kto wygra? I jak będzie wyglądać świat, gdy kurz bitwy opadnie?

„Skrzydła gniewu” autorstwa C.S. Friedman to druga część Cyklu o Magistrach, zapoczątkowanego „Ucztą dusz”, którą pierwszy raz na księgarskich półkach mogliśmy ujrzeć w kwietniu 2012 r. Główną bohaterką Cyklu jest Kamala, młoda czarownica, która zapragnęła poznać tajemnicę nieśmiertelności i nieograniczonej mocy Magistrów. Ze względu na burzliwą przeszłość, zmuszona jest ukrywać się przed nimi, ponieważ kara za popełnione zbrodnie jest zbyt wysoka. W tym samym czasie w północnych krainach potomkowie siedmiu legendarnych Protektorów, ludzi, w żyłach których krąży lyr, czują, że Gniew Bogów – magiczna bariera, która oddziela Duszożerców (stwory podobne do smoków, żywiące się ludzkimi duszami) słabnie, wypuszczając na wolność stada bestii, które mogą doprowadzić do końca świata, jaki znają ludzie Drugiej Ery Królów.

piątek, 23 listopada 2012


Chaos rodzi więcej chaosu

Nie od dziś wiadomo, że śmierci boi się każdy, ale czy każdy potrafi kochać tak mocno drugiego człowieka, aby przezwyciężyć strach i poświęć swe życie dla ukochanej osoby? Czasami po prostu trzeba wybrać między czymś prostym, a czymś słusznym. Nigdy nie śmiałam myśleć, że to właśnie Ethan Wate stanie przed takim wyborem. Zapewne każdy z nas spodziewał się, że Lena zostanie kiedyś zmuszona do swego rodzaju wyboru między ukochanym a światem paranormalnym. Ale czytając wszystkie części tejże powieści, nigdy nie wierzyłam w to, że droga bohaterów wykreowanych przez Kami Garcia oraz Margaret Sthol będzie drogą łatwą, prostą, bez żadnych zakrętów. Nie spodziewając się tego, co zastałam na końcu książki, było to dla mnie wstrząsające zaskoczenie.

Melancholijny nastrój połączony z mnóstwem zagadek oraz mrocznym klimatem małego miasteczka Gatlin, jak i pełne miłości celtowanie dwójki bohaterów to wszystko, co tworzy trzecią część Pięknych Istot. Momenty, których żaden czytelnik się nie spodziewał oraz wyjaśnienie niecierpiących zwłoki rzeczy, a to wszystko w gotyckiej oprawie. Nie potrafię nawet ubrać w słowa mojego smutku, który towarzyszył mi, w momencie, kiedy przeczytałam ostatnie słowo w książce: „Lena”. I mogłabym nawet dać sobie ręką uciąć, że znaczenie imienia głównej bohaterki doskonale ją opisuje. Bardzo pobudliwe osoby, które wrażliwie są na wszystko, co stanowi urok życia, mają wrodzony zmysł poezji, piękna, elegancji, czują się doskonale w swoim własnym świecie – idealna Lena Duchannes, wprowadzająca nas w świat zamyślenia, gdzie problemem nie jest klasówka z angielskiego u pani English, a nadchodząca Apokalipsa. Zapewne nie trudno się domyślić, że ostatnimi czasy jest to hit wśród pisarzy, malarzy, reklam przeróżnych sklepów. Garcia i Sthol również pokusiły się o wątek związany z Apokalipsą zapowiedzianą przez Majów, a potwierdzoną przez współczesnych naukowców. Jak skwitowały swoją tezę autorki? W sposób korzystny dla nas i niekorzystny dla Leny, Linka, bądź Ammy.

piątek, 2 listopada 2012

Kendare Blake - O Annie - Anna we krwi


„Zwłaszcza nie dałbym wiary Carmel, która nosi na nodze dokładnie taki ślad po ugryzieniu, jakie znaleziono na ciałach ofiar najbardziej przerażających morderstw ostatnich lat. Nigdy jednak nie przestanie mnie zadziwiać, w co chcą wierzyć ludzie.
Niedźwiedź. Jasne. Niedźwiedź ugryzł Carmel w nogę, a mną rzucił o drzewo, kiedy heroicznie próbowałem go od niej odciągnąć. Bronił jej też Morfan. I Thomas. Nikt poza dziewczyną nie został pokąsany ani poraniony pazurami, a mama wyszła z tego kompletnie bez szwanku. Ale hej, takie rzeczy się zdarzają.”

Z której strony by nie spojrzeć, Cas (a właściwie Tezeusz Cassio Lowood) nie jest zwyczajnym nastolatkiem. Mając lat naście, nie ma dziewczyny, nie szuka przyjaciół, a szkołę, którą zmienia co parę miesięcy, uważa co najwyżej za niewielką pomoc przy wykonywaniu swojej pracy, by o pójściu na uniwersytet nawet nie myśleć. Ale czego innego można spodziewać się po chłopaku, którego matka jest czarownicą, ojciec za życia zabijał umarłych, zaś kot wyczuwa martwe istoty? W dodatku sam Cas postanawia pójść w ślady ojca i bez asekuracji ze strony innych, biega po świecie z niezwykłym sztyletem – Atheme – w poszukiwaniu zabłąkanych i niebezpiecznych dusz, które z jakichś powodów musiały pozostać na Ziemi… Całkowicie oryginalny młodzieniec!

Najnowszy cel Casa znajduje się w małym kanadyjskim miasteczku Thunder Bay – w miasteczku, w którym na każdym rogu ulicy możesz spotkać ducha. Chłopak jednak przyjeżdża tu tylko z jednego powodu. Powodu, który zabił 27 osób w ciągu pół wieku. A tym powodem jest Anna. Anna Karlov. Anna we Krwi.

Być może z powodu tego, że zawsze trafiałam na potworny chłam i nigdy nie dane mi było sięgnąć po mistrzów gatunku, zawsze uważałam, że z czytaniem horrorów jest jak z oglądaniem filmu 3D w kinie przez człowieka bez jednego oka – tak się po prostu nie da. Za nastrój i suspens w filmowym horrorze odpowiada nie tylko historia sama w sobie, ale i muzyka, światło, efekty specjalne czy nawet sam sposób ujęcia różnych sytuacji. Nie da się – no po prostu się nie da się tego przełożyć na słowo pisane. Owszem – autor może grać na emocjach czytelników, jednak nie wyobrażam sobie, by człowiek krzyknął z przerażenia czytając książkę, co nieraz zdarza się poniektórym podczas oglądania filmów grozy. Gdybym jednak miała zacząć wierzyć w to, że i przy książkach można się nieźle wystraszyć, wiarę tę zapoczątkowałaby „Anna we krwi”.

Ciężko mi konkretnie sprecyzować, co sprawiło, że czytając wszystkie opisy walk z istotami nadnaturalnymi, jakie pojawiły się w książce, ciarki przechodziły mi po plecach, a czasem nawet z pewnym lękiem gasiłam główne źródło światła w pokoju przed pójściem spać po skończonej lekturze. Cokolwiek by to jednak nie było, liczę, że w „Girl of Nighmares” pojawi się nie raz.

Cała recenzja na...

niedziela, 12 sierpnia 2012

Julie Cross - Cykl Burzy - Burza


Słodko-gorzka opowieść o podróżach w czasie, miłości i poświęceniu – nawet za cenę życia.

Jackson Meyer nigdy nie był specjalnie wyróżniającym się chłopakiem. Studiuje, ma przyjaciół, dziewczynę, mieszkanie w akademiku. Owszem, nie miał lekko – wychowywał się bez matki, a jego siostra bliźniaczka umarła na raka, kiedy miała piętnaście lat – jednak nie wygląda na takiego, który się jeszcze z tym wszystkim pogodził. Nie różni się niczym od swoich rówieśników. A właściwie nie różniłby się, gdyby nie fakt, że potrafi podróżować w czasie. Pewnego dnia jednak, nieznajomi mężczyźni napadają na Jacksona i jego ukochaną Holly, podczas brutalnej szarpaniny dziewczyna zostaje poważnie ranna. Przerażony i spanikowany Jackson cofa się w czasie o dwa lata, bez możliwości powrotu. Chłopak obiecał sobie, że zrobi wszystko, by nie dopuścić do śmierci Holly po raz drugi. Nie spodziewał się jednak tego, że we wszystko wplątane jest CIA i… jego rodzina.

Już nie raz zdarzało mi się, że bałam się przeczytać jakąś książkę, przez to, co mówią o niej inni. I bynajmniej nie mam na myśli słów skargi. Czasem wręcz pochlebne opinie o jakiejś pozycji sprawiały, że nawet z kijem do tego nie pochodziłam. Często okazywało się, że moje obawy były nieuzasadnione, jednak wolę sprawić sobie przyjemną niespodziankę niż całkowity zawód. Podobnie było z „Burzą” – gdy tylko usłyszałam pierwsze słowa pochwały zaczęłam żałować, że podjęłam się zrecenzowania tej książki. Tym razem debiut amerykańskiej pisarki Julie Cross okazał się właśnie tą przyjemną niespodzianką.

Myśleliście kiedyś o książce idealnej dla siebie ? Jak ją definiować? Co powinna mieć, a czego nie? Ja niekoniecznie. Nawet nie wierzyłam w to, że taka książka może istnieć. A nawet jeśli, to sądziłam, że znajdę taką wśród książek „tolkienowskiego” fantasy – czasy podobne do naszego średniowiecza, magia, miecz, łuki, elfy, krasnoludy, te sprawy. Po lekturze „Burzy” doszłam do wniosku, że szukałam zupełnie nie tam, gdzie powinnam. Autorka w swojej debiutanckiej powieści zamieściła wszystko co kocham w odpowiednich proporcjach, sprawiając, że w książce natychmiast się zakochałam. A czym pisarka popełniła tę straszliwą zbrodnię? Podróżami w czasie, wielowymiarowością, miłością bezwarunkową, przyjaźnią mimo wszystko, Courtney Meyer, tragedią rodzinną, smutkiem, radością, śmiechem, łzami, nauką samoobrony, hakerstwem, obecnością tajnych służb CIA oraz Wrogów Czasu, którzy walczą o lepsze jutro – oba w imię tego samego, choć przeciw sobie, zamianą ucznia elitarnego liceum w ciecia w jakimś ośrodku rekreacyjnym dla dzieci, przygodami nie z tego świata oraz prozaicznością codziennego życia.

Cała recenzja na

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Uwaga! Seria dla czytelników o mocnych nerwach.

"Wciąż w pewien sposób pozostawała Genialną Astrid. (...) Właśnie dlatego mieszkała w lesie, cała pogryziona przez muchy, śmierdząca padliną i dymem, z rękami pełnymi blizn i odcisków. Dlatego w ciągłym napięciu wciąż rozglądała się ostrożnie dookoła, próbując zidentyfikować każdy z dźwięków lasu i dlatego ćwiczyła ładowanie strzelby. Bo przecież tak właśnie musiało wyglądać życie geniusza."


Cztery miesiące temu doszło do Wielkiej Schizmy. Cztery miesiące temu dzieciaki z Perdido Beach podzieliły się na te z PB z królem Cainem na czele i te znad jeziora Tramonto, którymi kierować miał Sam. Przez te cztery miesiące w ETAPie panował kruchy pokój. Również Gaiaphage zaprzestało swojej niszczącej działalności, mocno osłabione po zniknięciu Nemezis. Te cztery miesiące były zapowiedzią nowego zwykłego, normalnego (jak na ETAP) życia - bez Drake'a, bez Gaiaphage, bez Małego Pete'a, bez wojny, pożarów, martwych dzieci. Niestety, stan ten nie trwa długo - ciemne macki powoli oplatają kopułę ich małego, niebezpiecznego i śmiercionośnego świata. Nadchodzi faza piąta: Ciemność.
A z Ciemności i Chaosu wyłoniła się Gaja - matka wszelkiego bóstwa.

Na wstępie mam coś do powiedzenia wszystkim, którzy sądzą, że czas płynie ze stałą prędkością. GUZIK PRAWDA! Wie o tym każdy, który, tak jak ja, ze zniecierpliwieniem oczekiwał najnowszej części GONE. Wie, że czas jednocześnie gna jak zając i wlecze się niczym żółw. Kiedy wspominam cudne zwarcie spowodowane przez przyszłego pana technika, które sprawiło, że przez cały dzień nie było prądu na jednym piętrze szkoły, nie mogę uwierzyć, że działo się to rok temu - przecież to było jeszcze tak niedawno! Kiedy jednak przypominam sobie zakończenie "Plagi", zachodzę w głowę, jak mogłam taaak długo czekać na kolejną część książek Michaela Granta. I jak długo będę czekała na "Światło"...
No, ale! To nie esej na temat natury czasu, a recenzja całkiem sympatycznej książki, więc to na niej powinnam się skupić.

Jedną z pierwszych myśli, które nawiedziły moją głowę, po przeczytaniu "Ciemności" była: "Ale autor namieszał z tymi tytułami!" Każdy, kto jest mniej-więcej zorientowany na jakim etapie pisania serii jest Michael Grant, wie, że nastąpiły pewne problemy z nazwaniem fazy piątej. Bowiem w trakcie pisania tej części, autor książki z autorem okładki doszli do porozumienia, że DARKNESS na okładce się nie zmieści, co sprawia, że trzeba zmienić tytuł książki. A inny tytuł automatycznie zmienia koncepcję całej opowieści. Bez sensu jest jednak pisać całą książkę od początku, lepiej jakoś umiejętnie połączyć jedno z drugim i mieć nadzieję, że nikt nie zauważy. Niestety, od kiedy w książce pojawił się Strach, nastąpiło tak totalne pomieszanie z poplątaniem, że już nikt nie był w stanie stwierdzić, czy pozostać przy nowym FEAR czy wrócić do starej dobrej Ciemności.

"Nie wolno się bać. Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie. Stawię mu czoło. Niechaj przejdzie po mnie i przeze mnie. A kiedy przejdzie, obrócę oko swej jaźni na jego drogę. Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic."

Muszę przyznać, że "Ciemność", pod względem fabuły i akcji jest jedną z moich ulubionych części GONE, co okazało się nie małym zaskoczeniem zarówno dla moich przyjaciół jak i dla mnie. Kiedy pierwszego czerwca w moim skromnym domostwie zawitał Leniwiec Osiedlowy z ogromną paczką od Jaguara, rzuciłam się na nowe, pachnące jeszcze klejem książeczki i nie zważając na gorączkę, ból brzucha i głowy oraz brak żadnego "odmóżdżacza" pod ręką (który pomógłby mi odzyskać równowagę emocjonalną po lekturze kolejnej części totalnie psychicznej serii) zatraciłam się w lekturze na niemal cały dzień, by w weekend odłożyć ją - już przeczytaną - z satysfakcją na półkę. Książkę czytało się zaskakująco miło, szybko i przyjemnie. Niesamowicie wciągająca, nie dało jej się odłożyć choćby na minutę. Jak zwykle przerażająca, jednak nie "ryjąca" mózgu, jak dotychczas. Właśnie na takie GONE czekałam, przez cały czas trwania tej serii.

Zmiany dosięgają również bohaterów. Dzieciaki dorastają, zmieniają swoje spojrzenie na świat. Z całą pewnością nie spotkamy już niewinnej, bogobojnej Genialnej Astrid. Nie spotkamy już pijanego, bezmyślnego Orca. Możemy pożegnać się z osamotnioną, żyjącą w bałaganie Laną. Zapracowany Pan-Wszystkich-Dzieci Sam, nie jest już Panem-Wszystkich-Dzieci Samem. Dekka nie jest tą samą tragicznie zakochaną Dekką, Jack nie jest tym tchórzliwym Jackiem, którym był. Nawet Diana z Cainem nie są tymi do szpiku kości złymi ludźmi co wcześniej, a i chora na umyśle Penny sprawia, że Drake nie jest już aż tak przerażający. Tylko irytujący, tchórzliwy biznesman Albert jest wciąż tym samym irytującym, tchórzliwym biznesmanem Albertem co zawsze.
Jestem jak najbardziej na "tak"!

Owszem, książka dla niektórych może się wydawać bardziej "lajtowa" niż swoje poprzedniczki. Owszem, niektórzy mogą uznać, że jest zbyt łagodna. Owszem, niektórzy mogą uważać, że to już nie to samo GONE co za czasów "Niepokoju". Jednak czy to źle? Osobiście o wiele bardziej wolę charakter nieco łagodniejszej, acz wciąż tak samo wciągającej (jeśli nie bardziej!) "Ciemności", niż surowego "Niepokoju" lub niezwykle brutalnych "Kłamstw". "Fazę piątą: Ciemność" autorstwa Michaela Granta odkładam na półeczkę "Ulubione" i ze zniecierpliwieniem odliczam do premiery "Światła".

"Sam siedział za kółkiem, Dekka obok niego. Komputerowy Jack wciśnięty był w wąską przestrzeń za siedzeniem kierowcy i nie wyglądał na zadowolonego.
- Bez urazy, Sam, ale zjeżdżasz z drogi. Zjeżdżasz z drogi! Sam! Zjeżdżasz z drogi!
- Nieprawda. Zamknij się - warknął Sam, wyjeżdżając z powrotem na drogę, po tym jak samochód omal nie wylądował w rowie."

Autor: Michael Grant
Tytuł: Faza piąta: Ciemność
Seria: GONE
Tłumacz: Natalia Mętrak
Liczba stron: 464
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 30 maja 2012

"Fazę piątą: Ciemność" autorstwa Michaela Granta dostałam od wydawnictwa Jaguar. Ślicznie dziękuję :3

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Smutna historia o miłości, rodzinie, władzy, życiu i… Śmierci. Taaak… Przede wszystkim o Śmierci.

Kamala doskonale wie, czego pragnie – po ciężkim haniebnym dzieciństwie, dziewczyna pragnie udowodnić, że jest kimś więcej niż tylko kolejną młodocianą ladacznicą na ulicach Gansangu. Jest kimś, kto ma moc. Nie dla niej jednak kariera podrzędnej wiedźmy. O nie. Kamala pragnie poznać sekret magów i zostać pierwszą kobietą-Magistrem, cieszącą się nieśmiertelnością.
W tym samym czasie w królestwie Coldorry książę Andovan zachorował na śmiertelną chorobę jaką jest Wyniszczenie. I choć Magistrowie z całego świata przybywają na dwór króla Dantona, wiedzą, że na tą chorobę nie ma lekarstwa. Książę został konsortem jednego z nich, jego ogień duszy gaśnie coraz szybciej i nikt nie może na to poradzić. Andovan nie potrafi jednak pogodzić się z nudną śmiercią w łóżku, dlatego wyrusza na poszukiwanie swojego zabójcy.

Zanim zaczęłam czytać pierwszą część cyklu o Magistrach, sądziłam, że w tej książce spotkam się krajem rządzonym przez sprawiedliwego, ale słabego króla, krwawymi rytuałami, okrutnymi „duszożernymi” magami, z młodą kobietą, która zechce poznać ich tajemnice i tabunem ludzi, którzy za wszelką cenę będą chcieli zabić tych, którzy żywią się ich duszami. Kto wie – może nawet spodziewałam się pewnego rodzaju horroru. I choć bardzo podobała mi się moja wizja tej książki, po skończeniu lektury byłam zachwycona tym, że autorka zaserwowała mi coś zupełnie innego.
W książce pierwszym co rzuca się w oczy jest wielowątkowa fabuła. Dzięki temu możemy śledzić przygody pięciu zupełnie innych bohaterów – Kamali, Andovana, Gwynofar, Colivara i Królowej Wiedźmy – jednocześnie. Możemy przeczytać o pewnych wydarzeniach z różnych perspektyw, wejść do umysłu każdej z postaci i sami ocenić czy postępuje ona słusznie.
Jednym z moim ulubionych wątków w „Uczcie Dusz” był ten poświęcony Talesinowi i Liannie. Ta dwójka młodych ludzi jest doskonałym przykładem miłości mimo wszystko, w której, choć oboje zabijają się nawzajem, dalej trwają przy sobie, ponieważ jedno jest gotowe umrzeć dla drugiego (i vice versa).

 „Nie będzie bohaterem, ale pomoże w powołaniu bohatera do istnienia. Jego siła nigdy nie zostanie zmierzona, ale będzie sprawdzał siłę innych. Będzie służył śmierci,  choć nie będzie tego świadom, zmieni los świata, nie wiedząc o tym, i zainspiruje ofiarę bez zrozumienia jej sensu.”


Cała recenzja na

czwartek, 29 marca 2012

Gdzieś między tym, a tamtym światem...



W oślepiającym blasku trzech fioletowych słońc troje wędrowców – stara Meksykanka, zautomatyzowany samochód terenowy i brontozaur – od setek lat brnie przez pustynię. Nie wiedzą, czy pustynia gdzieś się kończy, a jeśli nawet tak, to co znajdą na jej krańcu. Czasem napotykają idealnie zachowane, ale całkiem bezludne miasta. Nigdy nie spada ani kropla deszczu. Najgorsze jednak jest to, że nie pamiętają nic ze swojego życia przed pustynią – tylko nocą, w snach, przypominając sobie strzępy dawnych przeżyć.
Noc sprowadza jednak szaleństwo burz piaskowych, które zamieniają ich ciałami, w jakiejś metafizycznej odmianie zabawy w komórki do wynajęcia. Dysfunkcyjni i zdezorientowani, wielokrotnie zabijają się nawzajem, nigdy jednak nie udaje im się umrzeć. Gdzie są? I jak mogą stamtąd uciec?


Pamiętacie (wielu pewnie nadal to przeżywa) jakie to uczucie, kiedy brakuje pół punktu do wyższej oceny? Albo gdy bawi się w ciuciubabkę i przez długi czas nie możesz nikogo znaleźć? Jest się wtedy nieco zdesperowanym  i smutnym. Czuje się wtedy głupim. Żałuje się, że zrobiło się czegoś więcej, kroku dalej. Gani się w myślach: "Dlaczego nie wpadłem na o wcześniej?!" Czytając "Trojkę" Stepena Chapmana, tak się właśnie czujemy.
"Trójki, pomyślał Alex, Potrzebuję więcej trójek. Zwierzę, roślina, minerał.(...)Naomi zwróciła pysk w stronę matki.
O co chodzi ojcu? - spytała.
Mnie pytasz? - odparowała Eva. Skąd ja mam, kurna, wiedzieć? Sama go zapytaj, ptasi móżdżku.
Dobrze, matko, 
Dobrze, matko, pomyślała Naomi.
Złapała wkurwa, wtrącił Alex.
Jak zwykle, odpowiedziała w myślach Naomi. Należałoby ją uśpić.
Bezboleśnie?
Bezboleśnie? - zainteresował się Alex. Czy po torturach?"
To co stworzył Chapman można porównać do wielkiej siatki - pojedyncze ogniwo nie znaczy tak na dobrą sprawę nic, ale połączone z całą resztą, tworzy coś, z czego ciężko się wydostać. Choć z początku wydaje nam się, że każda postać, każde wydarzenie, każde miejsce zostało wrzucone do książki całkiem przypadkowo i bez dłuższego zastanowienia, pod koniec opowieści dowiadujemy się, że autor utkał dla nas siatkę perfekcyjną - z której nie da się wybrnąć, choć zostało już wyjaśnione, a wszystko zaczęło do siebie pasować, jak elementy układanki.

Najważniejszym elementem w książce są bohaterowie. Wykreowani idealnie, fantazyjnie, choć są tak niedoskonali, szarzy, bezbronni, zmęczeni. Tak niewyobrażalnie rzeczywiści, choć żyją w surrealistycznym świecie.
To właśnie oni są narratorami "Trojki". Eva, Alex i Naomi opowiadają czytelnikowi i sobie nawzajem historię ich życia, nim pojawili się na tej nieskończonej pustyni z trzema słońcami nad głowami. Narracja przeskakuje z Alexa na Evę, później na Naomi, by na ostatku pozytywka Labirynta zabrała głos. Z początku liczne przeskoki irytują czytelnika, jednak po pewnym czasie, można się do nich przyzwyczaić.
Najbardziej spodobała mi Naomi. Jej historia jest tak długa, pokrętna i nieprawdopodobna, że pod koniec książki zaczynamy się zastanawiać, która opowieść byłą tą prawdziwą.

Coś, co mnie zachwyciło, czytając Trojkę, to cytaty, sentencje, krótkie pieśni i wierszyki przed każdym z rozdziałów, wprowadzające czytelnika w odpowiedni nastrój i, niczym syreny, szepczące: Przeczytaj nas. Pomyśl. Przełóż nasz sens na rozdział. Zagłęb się w nas... Tak daleko, że głębiej nie można. A wtedy już nie będzie drogi powrotnej.
Kuszeni przez ozdobniki, zaczynamy się nad nimi zastanawiać, by pod koniec książki czuć, o czym wspominałam na początku recenzji.

Jednym z minusów książki jest to, że bardzo ciężko się ją czyta. Wątpię, by chodziło tu o trudną treść czy leniwą fabułę. Wątpię, by chodziło o specyficzność bohaterów.
Może to wina tłumacza i jego ciężkiego pióra? Przecież czasami czytam 300 stron dziennie, a przy lekturze "Trojki" miałam dość po 3-4 stronach.
A może po prostu tak głębokiej i specyficznej książce nie wypada być lekką i przyjemną lekturą?

"Trojka" S. Chapmana z pewnością nie jest książką lekką, miłą i przyjemną, a już z pewnością nie nadającą się do wieczornej lektury w łóżku. Jest opowieścią oryginalną, ciekawą, intrygującą i niezwykle wciągającą, jednak wciągającą niebezpiecznie i po przeczytaniu czytelnik może poczuć się przytłoczony szarą rzeczywistością.
Nie mniej serdecznie polecam wszystkim, którzy chcą na chwilę odpocząć od wszędobylskich komercyjnych masówek.
"Zdradzę ci tajemnicę. Dokładnie wiedziałam, co robię. Wszystko zaplanowałam. Wiedziałam, że tak się nie robi, ale co innego mi pozostało? Byłam przemarznięta. Byłam umierająca. Byłam samotna.Wybacz mi, tato. Wybacz mój pradawny grzech. Wybacz, że byłam zmarznięta. Wybacz, że byłam głodna.Wybacz, że cię potrzebowałam."
Autor: Stepan Chapman
Tytuł: Trojka
Seria: Uczta wyobraźni
Tłumacz: Wojciech Szypuła
Liczba stron: 236
Wydawnictwo: MAG
Data wydania: 8 kwietnia 2011

"Trojkę" Stepana Chapmana dostałam od wydawnictwa MAG. Serdecznie dziękuję ;).
-----------------------------------------------------------
Po raz kolejny :)
Param, param! Mam dwa ogłoszenia
Pierwsze - pod koniec kwietnia będę świętować podwójne urodziny - bloga i swoje własne. Postanowiłam więc mały konkursik z tej okazji. Problem polega na tym, że nie wiem co mogłoby być nagrodą, więc chciałabym was poprosić, byście głosowali w ankiecie na początku bloga. Można zaznaczyć kilka odpowiedzi ;).
Drugie ogłoszenie to takie, że wkrótce powinna pojawić się nowa strona, na którą rzucę książki, które z chęcią wymienię (w ostateczności sprzedam), więc warto być czujnym ;).
A! I mogę w pewnym momencie "ómrzeć", bo zbliżają się egzaminy i wypadałoby się pouczyć ;).

niedziela, 25 marca 2012

Szybciej! Przygoda na nas czeka, a Ziemia obraca się prędko.

W świecie maszyn, parowych silników i potężnych mostów, Aoife czeka, aż nekrowirus, który przemienił w szaleńców jej najbliższą rodzinę, dosięgnie także i ją. Nie ma ucieczki przed śmiertelną chorobą... Póki jednak Aoife może samodzielnie myśleć, póki krew w jej żyłach płynie, dziewczyna uczy się wymarzonego fachu w szkole inżynierów.
Pewnego dnia Aoife dostaje list od brata, w którym ten prosi ją o pomoc. Conrad uciekł z domu zaraz po szesnastych urodzinach i słuch po nim zaginął. Dziewczyna, w towarzystwie przyjaciela, Cala oraz dziwnego przewodnika, Deana, wyrusza do domu swego ojca, jedynego miejsca, do którego mógł udać się Conrad, gdy porzucił pogrążającą się w szaleństwie rodzinę. Niebezpieczna wyprawa przynosi Aoife wiedzę. Wiedzę, której posiąść nie powinna i która ściąga na nią śmiertelne niebezpieczeństwo.


"Dean, ja bardzo pragnę uwierzyć, że jestem w stanie robić rzeczy, o jakich zwykłe dziewczyny mogą tylko pomarzyć. Chcę uratować brata jak bohaterka z książki. Ale historie z książek nie są prawdziwe. Najzupełniej realni są za to Nadzorcy i w końcu nas odnajdą. "

H.P. Lovecraft'a samego w sobie można znać albo nie. Można było czytać jego powieści i opowiadania albo nie. Jednak z jego mitologią spotykamy się niemal na każdym kroku - czy tego chcemy czy nie - często całkiem tego nieświadomi. Jeśli więc chcemy zacząć naszą przygodę z Lovecraft'em, to "Żelazny cierń" idealnie się nadaje na początek.

W dzisiejszych czasach dobra książka nie może być po prostu książką spełniającą warunki poprawnie napisanej. Nie może opowiadać JAKIEJŚ historii i cieszyć się popularnością tylko dlatego, że jest. By książka okazała się bestsellerem lub fenomenem musi spełniać kryteria książki dobrej i mieć w sobie to COŚ. A w przypadku "Żelaznego ciernia" tym czymś jest ciągła niepewność.
Aoife (Ee-fah!) dowiaduje się rzeczy i widzi zdarzenia, jakich widzieć nie powinna. Tajemnice Graystone, życie Archibalda Grayson'a, Życzliwi, Kraina cierni czy Dziwność to rzeczy, o których nie wie niemal nikt, a które są stanie zmienić cały świat. I choć dziewczyna wierzy, że to wszystko istnieje, wie też, że w jej żyłach krąży nekrowirus, przez którego ludzie popadają w obłęd. Przez niego Nerissa trafiła do szpitala dla szaleńców, a Conrad chciał ją zabić. Przez niego Cal nie chce jej uwierzyć.
Przez niemal całą książkę zastanawiamy się czy to co widzi Aoife może naprawdę dziać się w alternatywnym Massachusetts w latach 60. czy może to jednak szaleństwo spowodowane przez chorobę.

Wszelkie podstawowe warunki napisania dobrej książki również zostały spełnione. Pomysł na Żelazny Kodeks jest niesamowity. Wartka akcja i ciekawi bohaterowie sprawiają, że od książki nie możemy się oderwać, a jeśli nie mamy wolnego popołudnia, robimy wszystko, by znaleźć choć odrobinę czasu na ponowne znalezienie się w świecie wykreowanym przez Caitlin Kittredge. Tłumacz również spisał się na medal, ponieważ książkę czyta się miło i szybko.

A skoro już wspominałam o bohaterach...
Szczególną sympatią darzę główną bohaterkę - Aoife Grayson. I nie chcę tutaj wychodzić na narcyzę, ale to co mi się w niej podobało, to to, że jest podobna do mnie. Przyszła pani inżynier  twardo stąpająca po ziemi, gotowa jednak w każdej chwili uwierzyć w coś nie z tego świata. Za wszelką cenę próbująca udowodnić ludziom, że inna nie znaczy gorsza. Interesująca się bardziej nowinkami technicznymi niż panującą modą. Namiętna czytelniczka.
No i są jeszcze Cal i Dean. Racjonalista i heretyk. Samotnik i dusza towarzystwa. Przyjaciel i powiernik największych sekretów. Szpieg i wojownik. Płochliwy i odważny. Ta dwójka podróżująca z Aoife jest tak różna, że po premierze miłośnicy "Żelaznego ciernia" natychmiast podzielą się na dwa obozy. I choć obaj chłopcy są niezwykli i sympatyczni, osobiście stoję po stronie Deana.

Trochę dziwnie mówić o takich rzeczach w steampunkowej młodzieżowej książce opartej na twórczości Lovecraft'a, gdzie akcja rozgrywa się w dysopijnym USA w latach 60., ale "Żelazny cierń" jest jedną z tych książek, którą bez obaw można przerabiać na lekcjach języka polskiego. Obok fantastycznej przygody, w książce poruszane są tematy poważne, ponadczasowe. Gdyby wymazać z książki świat jako taki oraz wątki fantastyczne, okazałoby się, że książka jest uniwersalna, a problemy jakie spotykają bohaterów dotyczą także i nas.

Nie ma niestety róży bez kolców. Jedynym minusem jaki znalazłam w książce jest... mapka! Kocham mapki wszelakie w książkach, więc gdy zobaczyłam dwie śliczne na początku książki, przykleiłam się do nich i chciałam zapamiętać każdy ich szczegół. Nie możecie sobie nawet wyobrazić, jaką miałam minę, kiedy zauważyłam... Że te mapki jakoś nie odpowiadają temu, co napisała autorka! Z wielkim bólem serca musiałam więc je odłożyć na bok i radzić sobie bez nich.
Nie ma róży bez kolców. Na szczęście po tę różę warto sięgnąć bez względu na kolce, które i tak przecież nie kłują.
Nigdy nie stawiam w recenzji książkom ocen jako takich. Jestem przeciwniczkom skal dla książek, ponieważ ocena sprawia, że odbiorca recenzji nie zastanawia się nad tym czy wspomniane wady czy zalety są dla niego ważne czy nie (jak wiemy, dla każdego ważne jest co innego), tylko zamyka swoje zdanie w pewnych ryzach recenzenta, wyolbrzymiając lub bagatelizując nie te cechy książki, które powinien. Dziś jednak z czystym sumieniem wstawiam "Żelaznemu cierniowi" ocenę 9/10, a biorąc pod uwagę fakt, że 10/10 daję jedynie wielkim dziełom literackim, pierwszy  tom Żelaznego kodeksu znaczy dla mnie naprawdę wiele.
Ze zniecierpliwieniem czekam na kolejne tomy Żelaznego Kodeksu i serdecznie polecam wszystkim fanom fantastyki.

"Kowboju, wyświadcz nam przysługę - rzucił przewodnik - i jeśli podczas tej wyprawy zechcesz nazwać bluźnierstwem coś jeszcze... to zamilcz."
Autor: Caitlin Kittredge
Tytuł: Żelazny cierń
Seria: Żelazny kodeks
Tłumacz: Grzegorz Komerski
Liczba stron: 452
Wydawnictwo: Jaguar

Data wydania: 4 kwietnia 2012

Za przedpremierowy egzemplarz "Żelaznego ciernia" serdecznie dziękuję Wydawnictwu Jaguar :)

---------------------------------------------------
 Param, param! Mam kilka ogłoszeń.
Zacznijmy od tego, że pod koniec kwietnia będę świętować podwójne urodziny - bloga i swoje własne. Postanowiłam więc mały konkursik z tej okazji. Problem polega na tym, że nie wiem co mogłoby być nagrodą, więc chciałabym was poprosić, byście głosowali w ankiecie na początku bloga.
Drugie ogłoszenie to takie, że wkrótce powinna pojawić się nowa strona, na którą rzucę książki, które z chęcią wymienię (w ostateczności sprzedam), więc warto być czujnym ;).
W kolejnym, trzecim, chciałabym poinformować, że wkrótce będę miała testy gimnazjalne, a nauczyciele ostatnimi czasy codziennie zapowiadają nam sprawdziany, więc częstotliwość dodawania nowych postów będzie jeszcze mniejsza (choć i tak już jest na dość marnym poziomie).
I na koniec, jakby miał ktoś ochotę, to na Pingerze znajduje się prolog do czegoś (nie wiem jeszcze czego). Jeśli ma ktoś wolną chwilkę albo jeśli jest ciekawy mojej innej twórczości to zapraszam do czytania. Opinie na temat prologu mile widziane ;).

niedziela, 6 listopada 2011

 Klasyka literatury fantasy...

Ursuli Le Guin nie trzeba przedstawiać miłośnikom fantastyki. Ta 82-letnia mieszkanka Portland w stanie Oregon (USA) jest lubiana i poważana przez czytelników na całym świecie. Przygody Geda i innych mieszkańców Ziemiomorza czy Reconnona i reszty świata Ekumena jest znana wielu czytelnikom, którzy nie boją się przyznać, że są fanami autorki. Jej książki znajdują się nie tylko w kanonie literatury fantasy, ale można się z nimi spotkać również na ławkach szkolnych klas.

Nie od zawsze było wiadomo, że Duny ma magiczne zdolności. Gdyby ktoś powiedział jego rodzinie, że ten wysoki, zapalczywy, krzykliwy, hardy i pełen gniewu chłopak zostanie wspaniałym magiem, od razu zostałby wyśmiany. A jednak w młodzieńcu ukazały się zdolności, dzięki którym zaczął się kształcić – najpierw u ciotki, następnie u Ogiona Milczącego, gdzie zostało mu nadane dorosłe imię Ged i przezwisko Krogulec, by na ostatku trafić do szkoły magii na wyspie Roke. Jednak przez nieuwagę i nierozsądek młodzieńca, ze świata umarłych na ziemię przychodzi Cień, z którym Ged będzie musiał się mierzyć przez długi czas.

Jak na moje dotychczasowe doświadczenie, przeczytałam wiele książek, w których zawarta była magia. Magowie posługiwali się różdżkami, rzucali zaklęcia, pobierali energię z otaczającej ich materii czy z siebie samych, sięgali po Pieśń, jednakże niezależnie od tego skąd czerpali moc, zawsze ich postać była owiana tajemnicą, strachem, kojarzeni byli z elitarnymi zgromadzeniami. Dla zwykłych ludzi byli kimś niezwykłym. Le Guin postanowiła jednak spojrzeć na całą tę sprawę z nieco innej perspektywy. Magia w Ziemiomorzu była tak realistyczna, jak tylko mogła być. Autorka określiła jej podstawy, opisała ją, podzieliła magów na kategorie. Dzięki temu „zawód” maga nie jest dla mieszkańców Ziemiomorza czymś strasznym, a całkiem naturalnym. Owszem – nieco bardziej niezwykłym, ale w żadnym stopniu nie wiąże się to z mieszkaniem na pustkowiu, na tajemniczych wyspach i zadawaniu się z wszelakimi możliwymi potworami. Dodatkowo dzięki temu, że przekazują reszcie społeczeństwa tradycję i kulturę, a także pieśni oraz legendy, są jego ważnym elementem, co sprawia, że są jeszcze bardziej naturalni. To właśnie dlatego powieść Ursuli Le Guin jest taka niesamowita.

Cała recenzja na

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Chwila wytchnienia między Low a High Fantasy...

O serii: Cedar Cove to malownicze miasteczko nieopodal Seattle. Mieszkańcy kochają się, zdradzają, nienawidzą się i rozchodzą jak wszędzie na świecie. Mają swoje historie, swoje sekrety. Tylko że tutaj nikt nie jest anonimowy. Ktoś zawsze pomoże ci rozwiązać problem, nawet gdy tego nie chcesz… (opis z okładki)

"Bobby Polgar nie odrywał wzroku od kartki, którą trzymał w ręku. Bobby był mężczyzną nieznającym uczucia strachu. Jak dotąd - teraz się bał. (...)Na białej kartce było napisane, co ma teraz zrobić. Ma wrócić na Seaside Avenue 74 i tam czekać na dalsze instrukcje."

O książce: Wszyscy mieszkańcy Cedar Cove byli zaskoczeni wydarzeniami ostatnich dni. Najpierw kradzież z sejfu kilku tysięcy, a następnie podpalenie jednej z najlepszych restauracji w mieście - Latarni Morskiej, która należała do Justine i Setha Gundersonów, co skutkuje powolnym rozpadem ich małżeństwa. Podejrzanym staje się Anson, który miał już na swoim koncie kilka podpaleń, a który znika z miasteczka zaraz po pożarze. Młoda Allison sądzi jednak, że to niemożliwe i że jest inny powód zniknięcia ukochanego. Trudne chwile przechodzą także Linette McAfee i Cal Washburn. I choć dziewczyna jest zrozpaczona, wie, że dni jej związku z niewymownie przystojnym i inteligentnym dżentelmenem Calem są już policzone. Mnóstem problemów może pochwalić się także Maryellen - nie dość, że jej ciąża jest zagrożona, to Jon - jej mąż - za żadne skarby nie chce się pogodzić ze swoimi rodzicami. Jak widać  problemy z dziećmi nie mają tylko Ellen i Joseph, ale i Charlotte z Benem. David, syn Bena, znów popadł w problemy finansowe, a Will, syn Charlotte, rozwodzi się ze swoją żoną i wraca do Cedar Cove, co staje się wyzwaniem dla Grace - matki Maryellen - która niegdyś z nim romansowała. Niepewna swoich uczuć jest także Rachel, która kocha Nate'a, ale nie chce odchodzić od małej Jolane, która wcześniej straciła matkę, a teraz może stracić najlepszą przyjaciółkę. Takie małe miasteczko, a ile problemów!

Cóż to była za fascynująca lektura!
Wiem, że to dziwnie wygląda, kiedy ja - Jennifer Laugh, miłośniczka fantasy, wiedźma na okresie próbnym, kochająca wiedźmy wszelakie, której cała jedna półka należy do Jaguara, a cała reszta do innej fantastyki - piszę, że obyczaj był  fascynujący, ale tak po prostu jest! Ale od początku...

Pierwsze co rzuca się w oczy to mnogość postaci! Było ich od groma i bez specjalnej listy, na której wszyscy byliby spisani i opisani, to ani rusz! A że jestem leń, to sobie spis odpuściłam, ale jakimś cudem sobie poradziłam i pod koniec książki wiedziałam już kto, z kim, gdzie i w jakim stopniu są spokrewnieni. Byli jednak oni prości z prostymi myślami i celami, dzięki czemu, po ogarnięciu ich ilości, czytało się o nich przyjemnie. I choć dwóch bohaterów irytowało mnie niewymownie (Justine i Warren), to reszta zdobyła moją sympatię.

Co do fabuły... Prze najróżniejszych wydarzeń było trzy razy więcej niż samych bohaterów, co w sumie daje nam... Dużo. Każdy bohater opowieści ma dużo rzeczy do zrobienia, wiele przeszkód do pokonania. Dzięki wielowątkowości mamy szansę zapoznać się z każdym z nich z bliska, a jednocześnie sprawia, że żaden z bohaterów czy bohaterek nam się nie nudzi i nie mamy szansy lamentować, że "Sabrina to już od czterech rozdziałów użala się nad sobą, bo Bruce nie chce jej zabrać na bal"*.

Książkę czyta się w zastraszającym tempie. Gdybym się postarała, przeczytałabym ją w jeden dzień. Góra w półtora popołudnia. Język jest prosty, łatwy. Co prawda tłumaczenie czasem irytowało, ze względu na ciągłe powtórzenia, jednak głównie tłumaczka dobrze się spisała.

Podsumowując... Książka jest niesamowita i bardzo dobra. Język prosty, łatwy w odbiorze, bogata fabuła, wyraziści bohaterowie. Nie czytam za wiele powieści obyczajowych, a jeśli już, to młodzieżowe, jednak z pewnością mogę Zatokę Cedrów odłożyć na półkę z ulubionymi. Muszę was jednak ostrzec - jest to literatura prosta, całkowicie niewymagająca, nad którą nie siedzi się godzinami i zastanawia się nad zachowaniem bohaterów. Ba! Dla niektórych może być to książka za "płytka". Ja ją jednak za taką nie uważam i serdecznie polecam wszystkim, którzy chcą sobie zrobić krótką przerwę między innymi gatunkami, a także osobom, które z obyczajem są za pan brat :).

Autor: Debbie Macomber
Tytuł: Wiktoriańska herbaciarnia
Seria: Zatoka Cedrów
Tłumacz: Hanna Hessenmüller
Liczba stron: 332
Wydawnictwo: Mira
Data wydania: 5 sierpnia 2011

Polecam:
Wydawnictwo Mira

"Wiktoriańską herbaciarnię" dostałam od wydawnictwa Mira. Dziękuję ślicznie :)

-----------------
*przykład wzięty znikąd. Nie było żadnej Sabriny, Bruce'a ani balu

czwartek, 11 sierpnia 2011

Ludzie kontra bogowie. Porządek kontra chaos. Miłość kontra nienawiść...

O serii: V i VI w. n.e to mroczne wieki w dziejach Brytanii. Sasi wciąż najeżdżają na wschodnie ziemie, grabiąc je, rabując, zabijając mężczyzn, gwałcąc kobiety i składając dzieci w ofierze bogom. Z zachodu natomiast zagrożeniem są Irlandczycy - naród gwałtowny, więc mimo zawartego pokoju, w każdej chwili może napaść na zachodnie wybrzeża, a czyny ich są straszniejsze od saksońskich. Najgorsze jednak tkwi w samym sercu Brytanii. Brytowie zamiast walczyć z wrogami, walczą ze sobą. Konflikty religijne, polityczne i militarne zaostrzyły się, kiedy Mordred - książę, syn Uthera Pendragona - umiera, a wkrótce po nim jego ojciec - Najwyższy Król Dumnonii jak i całej Brytanii. Na szczęście znalazł się następca tronu. Młody Mordred jest synem poległego w bitwie księcia Mordreda i księżniczki Norwenny. Król jest jednak nie jest w pełni sił fizycznych. W celu protektorowania państwem powołana jest Najwyższa Rada, w której zasiąść ma nie kto inny jak sam legendarny Artur.

 "Lecz [Artur] zapomniał o Merlinie. Druid był starszy, mądrzejszy, i bardziej wyrafinowany niż Artur i to on dowiedział się o Kotle. Zamierzał go znaleźć, a gdyby mu się to udało, magia Kotła rozlałaby się po Brytanii niczym trucizna. 
Był to Kocioł z Clyddno Eiddyn. To był Kocioł, który rozwiewał ludzkie marzenia. 
Artur zaś, mimo całej swojej praktyczności, był marzycielem."
~Derfel

O książce: Po zwycięskiej, acz krwawej bitwie w dolinie Lugg, wszyscy sądzili, że Brytanią w końcu zapanuje pokój i wszyscy wspólnie będą mogli ruszyć na Saksonów.I choć faktycznie ludzie Brytanii żyli w spokoju, lud zamieszkujący Ynys Mon, niegdyś świętą wyspę druidów, teraz ziemią Irlandczyków, spotkał się z niemiłą niespodzianką pod postacią Merlina, Derfla, Nimue, Ceinwyn, Galahada i kilku włóczników, którzy postanowili odzyskać Kocioł z Clyddno Eiddyn - jeden ze skarbów Brytanii, które miały moc przywołania bogów, którym służyli druidzi. I choć wszyscy przeżyli, Derfel z Ceinwyn doczekali się dzieci, Merlin mógł odpocząć na długie lata, a krajem nadal rządził dobry, poczciwy Artur, sielanka nie miała trwać długo. Kiedy tylko Mordred zasiadł na tronie Dumnonii, cały delikatny plan Artura miał obrócić się w zgliszcza. Chrześcijanie wzniecili bunt, na czele którego stanął zdrajca Lancelot. A to nie koniec niespodzianek jakie Bog przygotował dla swojego Nieprzyjaciela.

Szczerze mówiąc trochę bałam sięgnąć po drugą część przygód Artura, Derfla i Merlina, ponieważ "Zimowy monarcha" szedł mi raczej... średnio i trochę się przy nim męczyłam. Moje obawy jednak były niesłuszne - Nieprzyjaciela czytało mi się bardzo przyjemnie i pochłonęłam go w zastraszającym tempie.

Bywa tak czasami z seriami, że, pomimo zachwycającej pierwszej części, druga nie jest już tak zniewalająca jak swoja poprzedniczka.  Bohaterowie nie są kształtowani, przygody pisane są trochę na "odwal się", a wrogowie są "najstraszniejszymi istotami na całej ziemi", chociaż w poprzedniej części było to samo o innych, słabszych wrogach. Głównie - o wiele gorsza od poprzedniczki. Na szczęście drugiej części cyklu arturiańskiego jest do tego daleko. Ba! "Nieprzyjaciel Boga" jest lepszy od "Zimowego monarchy".
W "Zimowym monarsze" Derfel był po prostu dzieckiem, któremu zrujnowano dom, zgwałcono przyjaciółkę, wymuszono grabież na małej wsi i kłamstwo. Z biegiem czasu nasz bohater zaczął zachowywać się jak młody mężczyzna. I choć jego przygody z Arturem i jego drużyną są niesamowite, dopiero w "Nieprzyjacielu" możemy spotkać się z kimś, kto sam decyduje o swoim losie. Decyduje czy złamać świńską kość czy pozostać nieszczęśliwym do końca życia. Czy zaryzykować pokój między Lancelotem a Arturem, prosząc Ceinwyn o rękę, czy żyć w samotności do końca dni. Czy pozostać ze swoją rodziną, czy pomścić śmierć swojej kochanej Dian.

Poza tym - książka wzbudza o wiele więcej emocji niż poprzedniczka. Sama historia Defla i Ceinwyn jest o niebo ciekawsza i bardziej emocjonalna niż ta Artura i Ginerwy, choć są one niemal identyczne. Przy finale opowieści Tristana i Izoldy płakałam jak bóbr, choć ostatnim razem robiłam to dwa lata temu przy śmierci Syriusza z Harry'ego Pottera. Ba! Byłam w stanie wykłócać się z każdym, kto broniłby Artura (zresztą - do tej pory mu nie wybaczyłam tej decyzji). A ilekroć główny bohater wspomina tę uroczą, żywiołową Dian, oczy zachodzą mi łzami i nie jestem w stanie dalej czytać.

Gdybym stawiała oceny (dzięki Bogu - tego z reguły nie robię), dałabym jej 5,75/6. Skąd taka dziwna nota? Książka jest świetna, jedna z moich ulubionych. Znając zakończenie "Zimowego monarchy", sądziłam, że finał "Nieprzyjaciela Boga" będzie również spektakularny. A przynajmniej zakończony bitwą lub pojedynkiem, tym bardziej, że wszystko to zapowiadało. Sądziłam, że poczynania Lancelota mają zacząć jego rebelię, a misteria Izydy miały być ostatnią kroplą w czarze cierpliwości Artura. A w rzeczywistości? Oczywiście Artur pragnął zemsty - na Lancelocie, Sansumie, Ginerwrze, bliźniakach (zarówno druidach, jak i swoich pierworodnych) - jednak do niczego nie doszło. Szalenie żałuję.

Podsumowując... "Nieprzyjaciel Boga" nie tylko dorówna poprzednikowi, ale i podwyższył poprzeczkę. Bohaterowie są teraz dojrzalsi, pewniejsi siebie, odpowiedzialni za swoje czyny. Akcja nadal jest lekka i przyjemna usiana niebezpieczeństwami dla swoich bohaterów. Przy książce spokojnie możemy roześmiać się przy dyskusjach Derfla z Merlinem, a także wylać wiele łez rozpaczy i tęsknoty. A pomimo nieco nijakiego zakończenia, druga część przygód o Arturze, Derflu i Merlinie, zostanie odłożona na półkę z napisem "Ulubione".

Oczami Jenny: Byłam szalenie zaskoczona, kiedy pani Karolina Kawałkowska (z wydawnictwa Erica) napisała mi, że tłumaczem "Nieprzyjaciela Boga" był Jerzy Żebrowski, który przetłumaczył dla nas także pierwszą część przygód Artura. W końcu ciężkie pióro zniknęło, Mitras przechrzcił się na Mitrę, kult Isis zmienił się w kult Izydy, a lord stał się panem (jedyna zamiana, która mi się nie podobała). Sądziłam, że takie zmiany nie mogą zajść w obrębie jednego tłumacza i długo myślałam, kim ów nieznajomy może być (w książce nie było napisane). I choć na portalach pojawiało się jego nazwisko, wciąż nie mogłam w to uwierzyć. W jedyne co mogłam zrobić, to zapytać samego wydawnictwa. Jakże się jednak myliłam! Chciałabym więc serdecznie podziękować tłumaczowi za zmiany. Z pewnością były to zmiany na lepsze :).

"-Bogowie nienawidzą porządku - burknął. - Porządek, Derfel, niszczy bogów, bogowie zatem muszą zniszczyć porządek."
~Merlin 
"Większość z nas jednak obawia się chaosu i dlatego próbujemy wprowadzić porządek. Kiedy jednak panuje porządek, nie potrzebujemy już bogów. Gdy wszystko jest uporządkowane i na swoim miejscu, nie zdarza się nic nieoczekiwanego. Jeżeli wszystko rozumiesz, to nie ma miejsca na czary. Wzywasz bogów tylko wtedy, kiedy jesteś zagubiony i wylękniony. Oni jednak lubią być wzywani, czują się bowiem wtedy potężni, i dlatego właśnie chcą, żeby panował chaos."
 ~Derfel
 

Autor: Bernard Cornwell
Tytuł: Nieprzyjaciel Boga
Seria: Cykl arturiański
Tłumacz: Jerzy Żebrowski 
Liczba stron: 550 
Wydawnictwo: Instytut wydawniczy Erica
Data wydania: 21 września 2010

Polecam:
Instytut Wydawniczy Erica
Nieprzyjaciel Boga na Facebooku

"Nieprzyjaciela Boga" dostałam od Instytutu Wydawniczego Erica. Dziękuję ślicznie :).

czwartek, 4 sierpnia 2011

Legendy arturiańskie nigdy nie są za stare, by do nich nie powrócić...[1]

O serii: V i VI w. n.e to mroczne wieki w dziejach Brytanii. Sasi wciąż najeżdżają na wschodnie ziemie, grabiąc je, rabując, zabijając mężczyzn, gwałcąc kobiety i składając dzieci w ofierze bogom. Z zachodu natomiast zagrożeniem są Irlandczycy - naród gwałtowny, więc mimo zawartego pokoju, w każdej chwili może napaść na zachodnie wybrzeża, a czyny ich są straszniejsze od saksońskich. Najgorsze jednak tkwi w samym sercu Brytanii. Brytowie zamiast walczyć z wrogami, walczą ze sobą. Konflikty religijne, polityczne i militarne zaostrzyły się, kiedy Mordred - książę, syn Uthera Pendragona - umiera, a wkrótce po nim jego ojciec - Najwyższy Król Dumnonii jak i całej Brytanii. Na szczęście znalazł się następca tronu. Młody Mordred jest synem poległego w bitwie księcia Mordreda i księżniczki Norwenny. Król jest jednak nie jest w pełni sił fizycznych. W celu protektorowania państwem powołana jest Najwyższa Rada, w której zasiąść ma nie kto inny jak sam legendarny Artur.

"Nadchodzą ciężkie czasy. Wszystko co dobre, stanie się złe, a co złe jeszcze gorsze. (...) Czasem myślę, że bogowie z nas kpią. Rzucają naraz wszystkie kości, żeby sprawdzić jak skończy się ta gra." 
~Nimue

O książce: Źle się dzieje w państwie brytyjskim. Saksonowie nieprzerwanie atakują wschodnie ziemie. Irlandczycy trzymają się jeszcze w ryzach, nie wiadomo jednak, jak długo to jeszcze potrwa. Największym zagrożeniem dla Dumnonii jest król Powys - Gorfyddyd - i Sylurii - Gundleus. I choć księstwa Brytanii powinny żyć ze sobą w zgodzie, Gorfyddyd i Gundleus tylko czekają na okazję, by zgarnąć dla siebie Dumnonię i Gwent. Okazja ta przychodzi wcześniej, niźli ktokolwiek się spodziewał. Książę Mordred, jedyny pozostały przy życiu prawowity dziedzic, padł od ciosu saksońskiego topora i wykrwawił się na śmierć pod Wzgórzem Białego Konia, a Uther sięga kresu swych dni. Na szczęście poległy w walce książę, pozostawia po sobie potomka - dziecko księżniczki Norwenny. Wszystkim ulżyło, gdy urodził się chłopiec. Radość jednak nie trwała długo - młody Mordred, który imię swe odziedziczył po ojcu, okazuje się być kaleką. I choć skrzywiona noga nie nie umożliwia panowania nad krajem, jest on zbyt młody, by to robić. Do kraju sprowadzany jest więc Artur, który w ogólnym rozrachunku wyrządził dla Brytanii więcej szkód niż pożytku.

Kiedy dostałam w swoje ręce Cykl arturiański, nie wiedziałam czego się po nim spodziewać. Nimue wynurzającej się z toni jeziora i wyciągającej ku Arturowi Ekskalibura? Pięknej i niewinnej Ginerwy? Z pozoru lojalnego i oddanego Lancelota? Niemożliwie inteligentnego i niewymownie sprawiedliwego Artura? Dobrodusznego i tolerancyjnego Merlina? Cokolwiek by to nie było - w książce było zupełnie inaczej. Ale zacznijmy od początku...
Choć historia niewątpliwie ma za zadanie opowiadać dzieje wszechmocnego, mądrego, sprawiedliwego i pragnącego pokoju za wszelką cenę Artura, głównym bohaterem, a zarazem narratorem, jest Derfel - kaleki, stary mnich przebywający w klasztorze w Dinnewrac, którego największą zmorą jest święty Sansum, a najserdeczniejszą przyjaciółką Igrane, królowa Powys. Derfel za młodu był jednak postacią istotną dla historii Brytanii. Najlepszy przyjaciel Artura, Galahada, Culhwcha czy Tristana, spadkobierca majątku Merlina, kochający mąż i oddany ojciec, lord, którego herbem była pięcioramienna gwiazda, z wierną i zgraną drużyną. Jak to możliwe, że stracił to wszystko i został mnichem?
Język jest prosty i łatwy w odbiorze. I choć nie musimy siedzieć nad książką i się męczyć, zastraszająco szybko też jej się nie połyka (przynajmniej jak dla mnie). Choć akcja jest płynna, a typowych opisów przyrody nie ma wiele, to dialogi też nie grzeszą długością. A te 554 strony muszą w końcu być czymś zapełnione jeśli nie dialogami. A! No i mam wrażenie, że tłumacz (Jerzy Żebrowski) ma nieco (ale tylko troszeczkę) ciężkie pióro. Ale tak tylko odrobinkę :).
Coś co także sprawiało, że ciężko mi było czytać, to rozdziały. A właściwie ich niemalże brak. Na 554 strony przypada 5 rozdziałów (śr. 111str/rozdział). Jestem zwolenniczką odkładania książki dopiero, gdy skończę rozdział (żeby później się nie zastanawiać, co działo się w ów rozdziale), więc przystanki tak rzadko trochę mnie męczą. Co prawda są przerwy oddzielające od siebie poszczególne akapity, kiedy akcja jest przenoszona w inny czas i miejsce, ale i te zdarzają się nader rzadko.
Nie powinnam przywiązywać tak strasznej wagi do spraw technicznych, ale kiedy byłam jeszcze w trakcie lektury postanowiłam, że muszę o tym wspomnieć. Między mapką (za którą jestem serdecznie wdzięczna), a akcją książki jest spis bohaterów i miejsc z krótką definicją. Uważam, że pomysł był doskonały - w gąszczu tych wszystkich imion (w szczególności tych na "c" ;]) łatwo się pogubić, a gdy chcemy sobie przypomnieć kim był ten czy tamten bohater, wystarczy sprawdzić w spisie, a nie szukać w tych 554 stronach. Żałuję jednak, że spisy te były na kartkach przed akcją właściwą. Czytelnik, widząc te spisy już na początku, chce od razu je przeczytać, a przecież zdradzają one fabułę książki. Ile razy musiałam bić się po łapach, żeby tam nie zaglądać... :)
A teraz koniec! Wylałam swoje żale na temat spraw technicznych, czas zająć się samą historią!

Fabuła bogata jest w prze najróżniejsze wydarzenia zaczynając od dzieciństwa Derfla[2] na górze Tor (Ynys Wyrdyn), przez zaręczyny Artura i Ceinwyn oraz bitwę pod Ynys Trebes (Benoic), aż po bitwę w dolinie Lugg (Powys). I choć, jak już wspomniałam wcześniej, dialogów nie jest przerażająco wiele, nie czujemy się przygnieceni przez opisy.
A skoro już jesteśmy przy przygniataniu przez opisy... Dialogi dialogami, opisy opisami, ale biorąc do ręki książkę o tematyce (wczesno)średniowiecznej (Ba! O królu Arturze!) spodziewa się ciągłych bitew, epickich walk, rzek krwi i potu! I fakt - są ciągłe bitwy, epickie walki, rzeki krwi i potu, ale one po prostu są. Nie ma żadnych ich opisów, z czego nie jestem zachwycona - podobnie jak Igraine. Tym bardziej, że nie wydaje mi się, żeby autor nie potrafił pisać opisów walk. Walka między Owainem a Arturem była bardzo fajnie opisana, a dzięki bitwie w dolinie Lugg wiemy jak to wszystko wygląda od środka. Nie rozumiem więc trochę tego, że autor ogranicza się do krótkiego komentarza informującego, że "wydarzyło się to i to. Zginął ten i ten. Wygrali ci i ci. Niesie to ze sobą takie a takie korzyści".
Z reguły nie opisuję każdego bohatera po kolei, ale postacie z legend arturiańskich są na tyle znane, że krótko, bo krótko, ale je trochę opiszę.
Jeśli spodziewaliście się owej wynurzającej się z toni jeziora Nimue, to się się pomyliliście. Nimue była bohaterką młodą, z pochodzenia Irlandką, kochanką Merlina i wyśmienitą druidką z długimi kruczoczarnymi włosami. I choć wydawałoby się, że jest do postać, której trudno nie lubić, to naprawdę sama nie jestem pewna uczuć wobec niej. W pewnym momencie chciało się płakać, gdy Gundleus robił jej krzywdę, czasami jednak miałam ochotę podejść i uderzyć ją w twarz.
Ginerwę natomiast wyobrażałam sobie jako niewinne dziewczę podobne do aniołka, które jedynie przez podstępnego Lancelota zostało zmuszone do zdrady. Tymczasem jest to kobieta (oczywiście piękna, lecz bliżej jej do królowej piekieł niż do anioła), która twardo stąpa po ziemi i która nie daje sobie w kaszę dmuchać. Więcej! Nie tylko nie została schwytana przez Lancelota, a sama schwytała i jego, i Artura.
Sam Artur też jest inny, niż bym sobie go wyobrażała. Choć jest waleczny, odważny, rozsądny i sprawiedliwy, wydaje mi się jakiś... Inny. Sama nie wiem, co jest w nim takiego innego, ale wiem, że jest inny :).
Jedynie Merlin wydaje się być taki, jakiego się spodziewałam. Ironiczny, nieprzeciętnie mądry i inteligentny, podróżujący po całym kraju, nieco cyniczny, lecz do swojej religii podchodzący bardzo poważnie.
Podsumowując[3]... "Zimowy monarcha" to opowieść bardzo ciekawa, z mnóstwem akcji, z barwnymi i wyrazistymi bohaterami. Miłośnikom legend arturiańskich serdecznie polecam, jak i reszcie czytelników lubiących średniowieczne czasy, choć oddanym fanom jedynie jednej legendy, może być trochę ciężko.

Oczami Jenny: Choć sam autor wspominał, że nie pisał tej opowieści, by pokazać pokazać tego najprawdziwszego Artura i ukazać tę najprawdziwszą historię, sądzę, że nieco do tego dążył. Chciał, żebyśmy zobaczyli Wielkiego Króla Artura i Rycerzy Okrągłego Stołu, takimi jakimi byli naprawdę, a przynajmniej takimi, jakimi mieli prawo istnieć. W ten sposób odrzucił znaczną część znanych nam opowieści o królu Arturze, chociażby Świętego Graala (o którym pisze w innej trylogii - o Świętym Graalu), rycerzy Okrągłego Stołu, czy w ogóle rycerzy. Wiedział jednak, że bez niektórych bohaterów, historia Artura nie będzie już taka sama (Lancelot, Nimue, Merlin, Galahad, Morgana czy Ekskalibur). Postanowił więc oczyścić opowieść o wielkim władcy z najbardziej rzucających się w oczy niezgodności i pozostać przy tych najstarszych.

"Życie to igraszka bogów i próżno szukać sprawiedliwości. Trzeba nauczyć się śmiać, powiedział mi kiedyś [Merlin], bo inaczej można zapłakać się na śmierć."
~Derfel

Autor: Bernard Cornwell
Tytuł: Zimowy monarcha
Seria: Cykl arturiański
Tłumacz: Jerzy Żebrowski
Liczba stron: 554
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
Data wydania: 18 maja 2010

Polecam:
Instytut Wydawniczy Erica
Zimowy monarcha na facebooku

"Zimowego monarchę" jak i kontynuacje dostałam od Istytutu Wydawniczego Erica. Dziękuję ślicznie:).

-----------------------
[1] Biorą pod uwagę wydarzenia z ostatnich dwóch dni, ten tekst powinien brzmieć: "Na tę recenzję rzucono jakąś klątwę. I śmierdzi mi tu Merlinem..."
[2] IHMO powinno się odmieniać Derfela, ale ja tam się nie znam... :)
[3] Wiem, wiem. Cała ta recenzja jest jakaś dzika...

niedziela, 19 czerwca 2011

Historie idealne po ciężkim tygodniu... :)

O serii: Marzyliście kiedyś o tym, by zostać obdarowanym mocą? By musieć walczyć ze złem? By być kimś więcej niż kolejną osobą w anonimowym tłumie przechodniów? One z pewnością wiele by dały, by wam to wszystko oddać i wrócić do normalnego życia. Cztery dziewczyny z Los Angeles - Vanessa, Catty, Serena i Jimena - są kimś więcej niż przyjaciółkami. Są Córkami Księżyca, a każda z nich posiada moce, które czasem są prawdziwymi zmorami, szczególnie, gdy chłopak twoich marzeń ma cię właśnie pocałować. Sprawy nie ułatwia im Atrox i jego ofiary (tzn... Wyznawcy, ale ostatecznie to nie robi różnicy), którzy czyhają na życie dziewczyn. Na domiar złego oprócz problemów z cieniami, pojawiają się problemy z facetami - bo w końcu z facetami zawsze muszą być jakieś problemy ;).

O książce: Pierwsza myśl jaka nasuwa się po spotkaniu Sereny Killingworth - specyficzna dziewczyna. Krótkie czarne włosy z rudymi końcówkami, kolczyk w języku, niepowtarzalny styl i nieodłączna wiolonczela. Przykładna uczennica, odważna, nigdy się nie poddająca, potrafiąca wróżyć z kart tarota, wspaniała przyjaciółka, mająca niesamowicie przystojnego brata surfera. Ideał. Nikt by się nie spodziewał, że to właśnie ona wraz z przyjaciółkami – Jimeną, Vanessą i Catty – jest Córką Księżyca, choć nie przeszkadza jej to, a nawet cieszy się, że może zrobić coś więcej niż większość ludzi. Do pełni szczęścia brakuje jej jedynie chłopaka. Kiedy ostatnim razem umówiła się z kimś na randkę, była tak zdenerwowana, że odpowiadała na pytania towarzysza, choć nie zadał żadnego z nich. Serena odpowiadała na jego myśli, bowiem ma moc wchodzenia w czyjeś umysły. Pewnego wieczora, kiedy dziewczyna spacerowała po plaży, była świadkiem jednej z ceremonii Antroxa – Frigidus ignis, w której Lecta lub Lectus – Wybranka lub Wybraniec z grona Wyznawców- zyskiwali nieśmiertelność. Następnego dnia Córką Księżyca zainteresował się nowy uczeń – Zahi – który przyjechał z Francji, a na którego to „lecą” wszystkie dziewczyny w szkole. I choć Serena zadurzyła się w nim po uszy, Maggie – podopieczna Córek Księżyca – uważa, że dziewczyna powinna się go wystrzegać. Nie mówiąc już o wizji Jimeny, kiedy to Bogini wchodzi do ziemnego ognia będąc Lectą. Podobnie sądzi Stanton, który zapewnia ją, że Zahi usuwa jej wspomnienia. Tylko niby dlaczego Serena ma ufać Stantonowi?


Podobnie jak poprzednia część, "W zimnym ogniu" jest opowieścią miłą, sympatyczną, uroczą i odstresowującą. Poraz kolejny jednym z ważnejszych problemów głównej bohaterki jest chłopak - tym razem należy go znaleźć, uwieść, schwytać i nie puścić. Schytanym i uwiedzionym jest tym razem Zahi i choć dalszy rozwój wydarzeń jest tak łatwy do przewidzenia - i tak wzdychałam ilekroć jego imię pojawiało się w tekście, choć moje serce w tej serii nadal należy (ogólnie do Johna Tolkiena i Charlesa Williamsa z Kronik Imaginarium Geographica oraz Halta ze Zwiadowców) do Stantona.

Muszę przyznać - fabuła jest przewidywalna. Zaczynając od problemów z chłopakiem, przez Zahiego, aż do ceremonii Frigidus ignis. Cieszę się jednak z tego. Dzięki temu nie... Może nie powinnam mówić dalej, żeby chociaż to pozostało owiane mgiełką tajemnicy? Pogadamy jak przeczytacie :).
Prosty język, wartka akcja i nastoletnie problemy (jakby nie patrzeć - nieco śmieszne. Chłopak?) sprawiają, że książkę czyta się łatwo, szybko i przyjemnie. Kiedy zaczyna się lekturę - nie można od niej tak łatwo odejść.

Kusi mnie, żeby napisać, że humor w książce sprawia, że możemy bez wyrzutów sumienia wybuchnąć śmiechem, jednak... Napisanie tego byłoby kłamstwem. Przynajmniej z moim poczuciem humoru. Sądzę jednak, że nie jest to zbrodnia. Autorka chce utrzymać książkę przynajmniej na takim poziomie, na którym nie ma bezsensowych sytuacji, które nie mają dalszego znaczenia w akcji. Z własnego doświadczenia (ach, to gimnazjum... -.-') wiem, że humor współczesnych młodych ludzi nie jest... Emm... zbyt wymagający i inteligentny (tzn... nie ma w nim nic śmiesznego. Jest zboczony, oparty na przekleństwach i brak mu jakiegokolwiek sensu), więc pominięcie tego elementu życia amerykańskich nastolatek było chyba dobrym pomysłem, choć, jakby nie patrzeć, brakuje mi czasem inteligentnego żartu czy ironii. Jedynym momentem, w którym możemy się pośmiać lub choćby pouśmiechać pod nosem, to rozmowy Jimeny z Collinem - bratem Sereny - którzy za sobą nie przepadają. Subtelne insynuacje i "walnenie prosto z mostu" w rozmowach tych dwojga, sprawia, że mam ochotę czytać ich na okrągło. Jednak i tu mam dla was złą wiadomość - Bogini i surfer pogodzili się pod koniec książki, a z biegiem czasu Collinowi zaczyna podobać się Jimena. Choć biorąc pod uwagę wydarzenia z "Nocnego cienia", nic nie jest jeszcze stracone. Chyba.

A skoro jesteśmy już przy Jimenie i Collinie i ich zgodzie... Mam wrażenie, że mamy do czynienia z kolejną autorką, która za wszelką cenę chce skończyć zaczęty wątek i rozpocząć nowy (jak to miało miejsce w "Z ciemnością jej do twarzy" K. Keaton). Wątek kłótni Bogini i surfera rozpoczął się w "Zimnym ogniu" i w "Zimnym ogniu" się skoczył, czego szalenie żałuję. Kontynuowanie tego pomysłu wniosło by nieco "pikanterii" z normalnego życia do książek, nie mówiąc już wcześniej wspomnianym humorze. Nie wspominając jeszcze o owej Tajemnicy*. Seria "Córki Księżyca" liczy sobie w oryginale 13 części, a już w drugiej żegnamy się z kłótniami i możliwością budowania napięcia związanego z Tajemnicą (którą myślałam poznać dopiero w piątej części!).


Oczami Jenny: Coś, co mi się potwornie spodobało w książkach to tzw. przeze mnie "opisy wtórne" (niestety, nie mogłam znaleźć fachowej nazwy, o ile taka w ogóle istnieje). Chodzi mi o momenty, w których autorka krótko opisuje wydarzenia z poprzedniej części przygód bohaterek. Choć zdania na ten temat są podzielone ("To tylko utrudnia czytanie." "Kto normalny zaczyna czytać serię od połowy?"), uważam, że to bardzo dobre rozwiązanie dla tych, którzy dopiero co zaczynają swoją przygodnę z "Córkami". Dzięki temu nie muszą zaczynać od samego początku, a od części, którą aktualnie mają w ręce, a później dopiero mogą wrócić do części poprzednich, jeśli są ciekawi jak to wyglądało w wersji oryginalnej. Jestem jak najbardziej za :).


Autor: Lynne Ewing
Tytuł: W zimnym ogniu
Seria: Córki księżyca
Tłumacz: Błażej Kubacki
Liczba stron: 174
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 18 maja 2011

Polecam:
Wydawnictwo Jaguar
Forum Córki Księżyca
Córki Księżyca na facebooku

„Córki Księżyca” dostałam od wydawnictwa Jaguar. Ślicznie dziękuję :).
--------
* pisząc Tajemnicę z wielkiej litery, mam nadzieję was Nią zaiteresować, byście w końcu sięgnęli po "Córki" :)