RSS
Facebook
Twitter

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak Emotikon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak Emotikon. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 lipca 2013

Mam bardzo, ale to bardzo złe przeczucia.
Nie powinnam tego wrzucać. Czuję to.
No ale cóż - słowo się na facebooku rzekło, więc video- trza wrzucić do sieci.

Nie rzucajcie pomidorami, pliiis :)






Autor: Dan Wells
Tytuł: Nie jestem seryjnym mordercą
Seria: Nie jestem seryjnym mordercą
Tłumacz: Maria Makuch
Liczba stron: 254
Wydawnictwo: Znak emotikon
Data wydania: 9 stycznia 2012

piątek, 28 czerwca 2013

Stosik - odsłona 13. (3/2013)

Pamiętam mój pierwszy stosik - był troszkę skromny ilościowo, ale każda z tych książek była dla mnie baaardzo baaardzo ważna. Pamiętam jak galowym stroju leciałam do Empiku (jeszcze do starego, bo galeria handlowa nie była jeszcze otworzona), by odebrać ukochanych "Zwiadowców", wróciłam do domu, złapałam aparat i zaczęłam pstrykać zdjęcia. Nie zważając na krzyki rodzinki ("ZDEJMIJ JUŻ TĘ KOSZULĘ! POGNIECIESZ JĄ!"), zasiadłam przed komputerem i zaczęłam opisywać najlepsze zdjęcie, jakie udało mi się zrobić. Dopiero gdy zaczęłam kończyć wpis dotarło do mnie, że TO JUŻ KONIEC! WAKACJE! HOLIDAYS! VAKANTIE! KANIKUŁY! Bo 22 czerwca 2011 był bardzo ważnym dniem - dniem zakończenia roku szkolnego.
Rok później wyglądała trochę inaczej - stosik planowałam na sobotę, bo w piątek niemal zaraz po szkole mieliśmy iść do kolegi na pożegnalnego grilla. Kiedy wpadłam do domu, zauważyłam na swojej ławie paczuszkę od Fabryki Słów i uznałam, że muszę, NO MUSZĘ PO PROSTU, wam się książkami pochwalić, więc nie zważając na ból nóg, rąk i innych części ciała, chwyciłam telefon, pstryk!, pstryk!, i logujemy się na bloggera.
W tym roku sytuacja przedstawia się z lekka inaczej - rok: 2013; miesiąc: czerwiec; dzień: 27 (czwartek). Nerwowo spoglądam na zegarek, by zdążyć przed powrotem rodziców z pracy. Trzeba posprzątać w pokoju, nim udam się na chóralne ognisko. Nauczyciele nieco wcześniej wypuścili nas ze szkoły, więc warto wykorzystać trochę czasu. Na stosik - bo na co innego? Jeśli nie dziś, to jutro już na pewno nie - grill u kolegi z klasy czeka :). Jenny genius jednak, więc zamiast napisać szybko i krótko słów na wstępie, rozpisuje się nad historią jennowskich stosików, która nikogo nie obchodzi ;).

Jednakże tradycja rzecz święta - choć post napisany w czwartek, opublikowany jest dziś. Tak na dobre rozpoczęcie wakacji!

Stosik dedykowany Sihh - najcudowniejszej siostrzyczce na świecie :). Bo poprosiła :).

 Na pierwszym zdjęciu literatura troszkę bardziej poważna. "Nowy wspaniały świat" Huxley'a i "Rok 1984" Orwella (wyd. Muza) zakupione w promocji z ramach naszego małego prywatnego wyzwania z Sihh :). Oba Lemy - "Solaris" oraz "Cyberiada" to prezent od najwspanialszej siostrzyczki :). "Samotny dom" Agathy Christie (wyd. Prószyński i S-ka) z pierwszej kaliskiej Wielkiej Wymiany Książek w Cafe Calisia. "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa i "Czas poza czasem" Dicka (wyd. Rebis) zakup własny w sępikowskiej promocji. "Atlas chmur" Mitchella (wyd. MAG) mam już ponad pół roku, ale dopiero teraz go odzyskałam po tym, jak pożyczałam ją wszystkim dookoła :D.


Na tym zdjęciu już lektura lżejsza i bardziej młodzieżowa. "Częściowcy" Wellsa i "Klątwa opali" Pierce (wyd. Jaguar) dostałam do recenzji. "Tak blisko..." Webber (również wyd. Jaguar) to wygrana w konkursie na "firmowym" blogu :). "Nie jestem seryjnym mordercą" i "Pan potwór" Wellsa (wyd. Znak emotikon) w ramach przygotowań do Partialsów. "Szamanka od umarlaków" Raduchowskiej (wyd. Fabryka Słów) - kolejny zakup w sępiku. Powinnam chyba pójść na jakąś terapię.




W tym roku mam ambitny plan przeczytać wszystkie szkolne lektury, przy czym większość w wakacje (wszyscy wiemy, że w roku szkolnym nie będzie chciało mi się ich czytać, a muszę je znać. Po prostu muszę). Tytuły, które już mi się udało znaleźć w domu, na zdjęciu :).

A obok troszkę mniej książkowo, a bardziej sentymentalnie. Assasin's Creed: Revelation i "Night vision" Imagine Dragons to prezent urodzinowy od moich najukochańszych przyjaciółek (kocham was, dziewczynki :**). Pocztówka z Marmaris (Turcja) oczywiście od najcudowniejszej siostrzyczki :). Holandia wraz z Amsterdamem to moje pamiątki po czerwcowej wizycie w tamtym rejonie.


A tu wszystkie zdobycze książkowe na jedynym zdjęciu. Cudo :3

Jak co roku nie pozostaje mi już nic innego, jak życzyć wam wszystkim gorących (czy tam chłodnych) wakacji, udanego wypoczynku, wielu przeczytanych książek, mnóstwa obejrzanych filmów i seriali oraz najwspanialszych chwil spędzonych z bliskimi. Ja tymczasem zmykam na wakacyjnego klasowego grilla :D.

FREEDOM!

poniedziałek, 12 marca 2012


Paranormalny romans pod Kolonią...

Do czasu przeprowadzki z Kolonii do Kaulenfeld, największym problemem Elisabeth Sturm było to czy na sobotnią imprezę kupić sukienkę niebieską czy różową. Z chwilą, gdy Ellie przekroczyła próg nowego domu, poczuła, że poprzednie życie było jedynie wspaniałym snem, który w końcu musiał się skończyć. Kaulenfeld okazało się zapyziałą dziurą zabitą dechami, w której nie ma nawet piekarni, a autobusy do szkoły są tylko dwa: o ósmej i czwartej. I choć jakimś cudem udało jej się zakolegować z Benim i Maike, w ogromnym domu nadal czuła się niezwykle samotna. W pewnym momencie poznaje jednak Collina Blackburna, przez którego jej życie wkrótce stanie na głowie - o ile to jeszcze w ogóle możliwe.

Ktoś kiedyś powiedział (możliwe, że była to nawet moja polonistka, chociaż ręki sobie odciąć nie dam), że dobra recenzja powinna być choćby odrobinę krytyczna. I choć oczywiście staram się, by moje recenzje były dobre, często odpuszczam ten element, bo już nie raz mi się zdarzyło, że po książkę z notą 7/10 bez wspomnienia o wadach w recenzji sięga więcej osób niż po powieść z oceną 9/10, w której było zdanie, mówiące o jakimś małym niedociągnięciu. Cieszę się jednak, że tym razem będę mogła napisać "pełnowartościową" recenzję bez obaw, że książka zostanie niezasłużenie poniżona.

Jednym z plusów książki jest jej tłumaczenie - Alicja Rosenau spisała się na medal. Język jest prosty, lekki. Wchodząc w rzeczywistość "Pożeracza snów" mamy wrażenie, że nie czytamy książki, a słuchamy relacji Ellie. Niestety, choć język jest niesamowicie istotny, nie gwarantuje on książce sukcesu. Nie licząc ostatnich 50 stron (w których panował chaos, ale lepsze to niż nic), w książce nie działo się absolutnie nic. Przez połowę książki Ellie użalała się nad sobą (najpierw, bo nie mieszka w Kolonii, później, że Collin ją odtrąca), przez ćwierć spotyka się z Collinem, a ćwierć zajmują sny (którymi też nie jestem usatysfakcjonowana, ale o tym za chwilę). Byłam wniebowzięta, kiedy Leo albo Blackburn brali sprawy w swoje ręce, opowiadając pannie Sturm o sobie i o swoich przeżyciach, bo życie Elisabeth było niemiłosiernie nudne.

Sny!
Kocham je! Ubóstwiam. Pragnę poznać wszystkie tajemnice, topić się w nich i obserwować je z góry. I mam wrażenie, że autorka "Pożeracza" kocha je równie mocno jak ja. Jednak to, co zaserwowała mi Bettina Belitz nie było nawet przystawką, nie mówiąc już o głównym daniu. Po książce spodziewałam się czegoś naprawdę dobrego (no dobrze, może bez tego "naprawdę"), jeśli chodzi o dziedzinę snów, tymczasem ledwie liznęliśmy temat. Wątpię, żeby chodziło tu o niewystarczającą wiedzę w tym temacie, jestem więc niezmiernie ciekawa, czemu w książce jest tak mało o tym cudownym stanie umysłu i ducha.

Jeśli chodzi o bohaterów... Są dobrze wykreowani. Poniekąd może i ciekawi. Jest ich mało, ale nie mamy przynajmniej do czynienia z jednolitą papką. Jednak jacy by oni nie byli różnorodni, każdy - co do joty - jest niezwykle irytujący! Nie wiem po czyjej stronie leży wina - autorki? mojej? wydawnictwa? - ale jest to jedna z tych rzeczy, które mnie tak potwornie zniechęciła do tej książki.

Drugą z takich rzeczy jest miejscowa znieczulica - czyli momenty tak głupie, że aż bolą.
DWIEŚCIE EURO KIESZONKOWEGO MIESIĘCZNIE!
Nie wiem w jakim domu wychowywała się autorka; nie wiem ile zarabia teraz; nie wiem ile zarabia psychiatra w Niemczech (jako że ojciec Ellie był psychiatrą), ale z tymi DWUSTOMA EURO KIESZONKOWEGO MIESIĘCZNIE to już chyba lekko przesadziła. Gdybym ja dostawała dwieście, chociażby, złotych kieszonkowego (zacznijmy od tego, że gdybym w ogóle dostawała kieszonkowe) byłabym wniebowzięta, a naszej kochanej bohaterce jeszcze mało (nie, że starcza jej to na tydzień, ale mogła by wziąć tę swoją małą fortunę, zamknąć paszczę i nie denerwować ojca chłopakiem-demonem).
Takich perełek w "Pożeraczu snów" jest jeszcze kilka (jak np. wampiry zżerające na śniadanko Niemców, gdyż ponieważ jest u nich przeludnienie), ale nie miałam siły rozpaczać nad każdym z nich przez całą książkę (więc chcieć to móc - wystarczy nie nurkować zbyt daleko w książkę,  by się nie utopić).

Podsumowując... "Pożeracz snów" Bettiny Belitz jest książką młodzieżową z gatunku tych do poczytania w poczekalni przed wizytą u lekarza (przynajmniej dla mnie). Potencjał w książce był, ale autorka skoncentrowała się nie na tym, na czym powinna. Jeśli lubi się wartką akcję i wielką przygodę, gdzie głównym wątkiem nie jest wątek miłosny - stanowczo nie polecam. Jednak dla miłośników paranormal romance - książka bardzo dobra.

Autor: Bettina Belitz
Tytuł: Pożeracz snów
Seria: O Ellie
Tłumacz: Alicja Rosenau
Liczba stron: 507
Wydawnictwo: Znak Emotikon
Data wydania: 15 czerwca 2011

"Pożeracza snów" Bettiny Belitz dostałam od wydawnictwa Znak Emotikon. Dziękuję.

niedziela, 12 czerwca 2011

Miał być nowy podpunkt "Bohaterowie" jednak wspomniałam o nich po drodze, a "Oczami Jenny" nie ma, bo... Jakoś nie znalazłam w książce nic, co bym uznała za zaskakujące i ciekawe jednocześnie.




O serii: Nie będzie łatwo. Od zawsze Ari wiedziała, że wyróżnia się z tłumu. Długie, niemal białe włosy i nienaturalnie intensywne zielone oczy są zmorą dziewczyny, których chce się pozbyć  za wszelką cenę. Kiedy jednak dowiaduje się kim jest jest matka, ojciec i ona sama, okazuje się, że jej wygląd jest najmniejszym z jej problemów. Na jej żyje czyha Atena, a jej niesamowite zdolności pragnie posiąść Novem, które opiekuje się Nowym 2 – starym Nowym Orleanem, na które spłynęły dwie klęski żywiołowe jednocześnie. Nie będzie łatwo, jednak Ari ma pod ręką przyjaciół – Sebastiana, mieszkańców domu przy First Street 1331, Michela i resztę dawnych więźniów Ateny – a i Novem nie zamierza zostawiać dziewczyny bez ochrony. Przyszedł czas zemsty.

O książce: Rok 2027. Siedemnasto- i pół –letnia Aristanae próbuje dowiedzieć się kim była jej matka, która porzuciła ją zaraz po wydarzeniach w Nowym 2, a sama zgłosiła się do szpitala psychiatrycznego Rocquemore House. Składając wizytę w ów szpitalu, dziewczyna dowiaduje się, że matka w wigilię swoich dwudziestych pierwszych urodzin popełniła samobójstwo i zostawia córce pudełko po butach z biżuterią i dwoma listami. Jeden z nich adresowany jest do Ari, drugi do Eleni – jej matki. Oba listy miały podobną treść. Nadawczyniom nie udało się uciec od przeznaczenia, na ich rodzinie ciąży klątwa, należy  znaleźć sposób, by ją zdjąć i nie można pozwolić na to, by je złapano. Wbrew zakazowi przybranych rodziców – Bruce’a i Casey – Ari wybiera się do Nowego 2. Tam poznaje Bastiana, Crank, Violet, Duba i Henriego. Z ich pomocą dziewczyna dowiaduje się więcej o rodzicach i klątwie, która na niej spoczywa. Jednak Łowcy τέρας wciąż depczą jej po piętach.

Książka zaskakuje. I to zaskakuje tym jak bardzo idzie po szablonie. Z początku książka robiła na mnie ogromne wrażenie. Podziwiałam autorkę – Kelly Keaton (a właściwie Kelly Gay)– za to, że nie bała się zastosować zużytych już chwytów, jak np. sposóbu opisu wyglądu bohaterki. „Spojrzałam w lustro i zobaczyłam to i to. Kiedyś coś tam z czymś tam. Do tej pory nie mogę uporać się z tym i tamtym. Nie mówiąc już tym i o tym. Mam już tego dość.” Z biegiem czasu zauważyłam jednak, że to nie odwaga, a po prostu styl pisania. Kiedy ma się wrażenie, że nie może być mniej oryginalnie, dochodzi się do momentu, który powala resztę na kolana. Czytając pierwszą część serii o Ari, miałam wrażenie jakbym czytała książkę napisaną przez nastolatkę, która pragnie w przyszłości zostać pisarką. Szczerze mówiąc – gdybym chciała czytać takie książki cały czas, zostałabym nauczycielką języka polskiego w gimnazjum, zadawałabym co rusz opowiadanie do napisania i dodawała co jakiś czas przekleństwa do tych lepszych wśród przeciętnych. I mówię to ja – uczennica gimnazjum kończącz drugą klasę, która prace klasowe z języka polskiego pisze na cztery albo słabe pięć.


Rozumiem, że autorka pisała trochę czasu tę książkę, przywiązała się już do bohaterów i żyje kolejnymi częściami, jednak mam wrażenie, że relacje między uczestnikami wydarzeń zbyt szybko się rozwijają, np. te między Ari a Bastianem. Dziewczyna poznała Sebastiana pierwszego dnia wieczorem, w dodatku nie za bardzo za sobą przepadali. Drugiego dnia, natomiast, wystarczyło, żeby zemdlała na środku ulicy, a tuż po jej przebudzeniu zaczynają się tulić, kleić do siebie i całować. Nie, że mam coś przeciwko ich związkowi (mnie Bastian spodobał się od pierwszej chwili), mam jednak wrażenie, że wszystko dzieje się zbyt szybko. 

Nie mówiąc już o tym, że później autorka jakby zapomniała o tym, że tych dwoje bohaterów jest razem.
Poza tym – w pewnym momencie doświadczyłam „wszechwiedzącego autora”, tzn. autor wie wszystko, a czytelnik nic. Żeby wyjaśnić o co chodzi, muszę uchylić rąbka tajemnicy – Ari jest gorgoną. A dowiadujemy się o tym ni stąd, ni zowąd, więc zaczynamy się zastanawiać czy nie skleiły nam się przypadkiem kartki. W końcu Ari boi się węży, jej matka „miała omamy”, że wychodzą z je głowy, a tu nagle widzimy:

„Węże. Co najmniej trzydzieści. Zebrały się na brzegu mokradeł, tam gdzie woda stykała się z ziemią. Unosiły się na powierzchni. Razem. Zwabione tutaj. Wpatrywały się w grobowiec. We mnie. Wpatrywały się we mnie. (…)Moim ciałem wstrząsnął gwałtowny dreszcz. Mocno potarłam twarz, próbując zetrzeć obraz tkwiący w mojej głowie i pozbyć się przerażającej świadomości, że węże przybyły po to, by zobaczyć mnie. By oddać cześć swojej królowej. Meduzie. Gorgonie.”
i przez co najmniej piętnaście minut zastanawiamy się kiedy się o tym dowiedzieliśmy. Dopiero później przypominamy sobie, że kilka stron wcześniej było o tym, że Atena rzuciła na potomkinię Ari klątwę, która „niesie za sobą brzydotę i truciznę” jednak to tyle co wiemy o tym, jak zrodziła się Meduza. Co prawda istnieje prawdopodobieństwo, że zabieg był celowy, jednak… Chyba żadnemu czytelnikowi nie przypadł do gustu. 


Ponadto – odniosłam wrażenie, że w połowie książki autorka postanowiła zmienić koncept dotyczący głównej bohaterki. Z początku Ari wydawała mi się postacią silną, pewną siebie, która nie daje sobie w kaszę dmuchać, która potrafi skopać tyłek największym mięśniakom, a bliski kontakt z bogami nic by jej nie zrobił. W pewnym momencie dziewczyna zmienia się nie do poznania niewiadomo kiedy i z jakiego powodu. Staje się krucha, delikatna, ulotna. Gdyby ją dotknąć – rozsypałaby się w drobny mak. Naiwna, straciła zdolność łączenia faktów i racjonalnego myślenia w trudnych sytuacjach. A pod koniec książki – żądna krwi. Gdyby Novem nie zgodziło się na żądania, jakie im przedstawiła, momentalnie rozniosłaby w pył całe Nowe 2. Gdyby jeszcze te zmiany były czymś spowodowane… Wydaje się jednak, że autorka zmienia osobowość Ari dla jej „widzi mi się” lub dlatego, że zapomniała, jaka była przed chwilą (przy czym druga możliwość wydaje mi się mało prawdopodobna). 


Co, oprócz tego wszystkiego, doprowadzało mnie jeszcze do szewskiej pasji? Opisy strojów! Byłam wdzięczna autorce, kiedy opisała suknie balowe Ari i Violet, jednak w reszcie przypadków mogła sobie dać spokój. Tym bardziej, że główna bohaterka i tak zawsze była ubrana na czarno od stóp do głów. 
Mimo to – widzę potencjał. Pomysł na historię jest ciekawy, bohaterowie konkretni (nie licząc nieszczęsnej Ari), z biegiem czasu talent autorki się rozwinie i nie będzie musiała stosować starych chwytów rodem z blogów („zrobiła poranne czynności, letki (sic!) makijaż i zeszła na dół na śniadanie”). Choć na to już chyba nieco za późno – po wydaniu czterech książek i trzech latach pracy nad nimi. 


Niezłą robotę wykonał także grafik, który wykonał okładkę do książki. Szczerze mówiąc to właśnie przez nią postanowiłam sięgnąć po tę pozycję. Kiedy stałam we Wrocławskim „Notabene” i musiałam wybrać między „Z ciemnością jej do twarzy” (K. Keaton), „Skrzydła Laurel” (A.Pike) a „Syreną” (T.Raybun), wybrałam właśnie „Ciemność” ze względu na okładkę. Szłam w ślepo – nie czytałam wcześniej żadnych opinii, tytuły podanych książek obiły mi się jedynie raz czy dwa o uszy, a na tyle okładki patrzała wyłącznie, by sprawdzić cenę. Jak widać – przysłowie „Nie oceniaj książki po okładce” jest wciąż aktualne.




Autor: Kelly Keaton
Tytuł: Z ciemnością jej do twarzy
Seria: O
Tłumacz: Anna Gralak
Liczba stron: 264
Wydawnictwo: Znak emotikon