RSS
Facebook
Twitter

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura australijska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura australijska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 stycznia 2013


"Will wyszedł spomiędzy drzew z łukiem w ręce, Podbiegł do Alyss i Ebony, nie wiedząc, którą uściskać najpierw. Padł więc przy nich na kolana i otoczył obie ramionami.
Obydwie wydawały się dość zadowolone z rozwoju wypadków. Jedna nawet polizała go po ręce. Niewiele widział, bo łzy napłynęły mu do oczu, miał jednak nadzieję, że była to Ebony."

W jakich okolicznościach zginęli rodzice Willa? W jaki sposób kałamarz może pokonać sztylet? Jak dobrym aktorem potrafi być dyplomata? Czemu nie warto nosić szkiców przemów weselnych w sakiewce z materiałami łatwopalnymi? Czy najlepsza kucharka Królestwa Araluen jest w stanie poradzić sobie z trzeba złodziejami, którzy wtargnęli do jej domu? Czy Willowi dane będzie w końcu zatańczyć na weselu? Jak Halt dołączył do Korpusu Zwiadowców i czym przekonał do siebie Crowleya? Co dzieje się z konikami zwiadowców, gdy muszą skończyć swoją wierną służbę? I na czyim ślubie uroni się wiele łez szczęścia?
Na te i wiele innych pytań możecie znaleźć odpowiedzi w najnowszej i (ponoć) ostatniej części słynnej serii Zwiadowcy – w „Zaginionych historiach”.

Stało się. Według oficjalnych źródeł informacji to już koniec przygód Willa, Halta, Horace’a, Alyss, Evanlyn vel Cassandry, Wyrwija, Abelarda, Kickera i całej reszty bohaterów słynnej już serii Johna Flanagana. Od czterech lat Zwiadowcy towarzyszyli nam, pozwolili nam być świadkami wzlotów i upadków, uczyli jak się skradać,  tropić, wysuwać wnioski z ludzkich zachowań. Pokazywali czym jest prawdziwa przyjaźń, miłość, oddanie, wierność, odwaga. Rozśmieszali. Sprawiali, że łzy płynęły strumieniami. Zmuszali do myślenia. „Zaginione historie” pozwoliły nam po raz ostatni spotkać się z ulubionymi i barwnymi postaciami i się z nimi pożegnać. Dla wielu to jeden ze smutniejszych (jeśli nie najsmutniejszych) momentów wieku młodzieńczego. Dla mnie – wspaniałe zakończenie wspaniałej opowieści.

"Zaginione historie" to tak naprawdę kwintesencja wszystkich najlepszych cech całej serii w krótkiej, przyjemnej formie. Przede wszystkim - powrócili kochani przez wielu bohaterowie: Gilan, Jenny, Crowley, Arald czy Morgarath (ten ostatni akurat kochany nie był, ale ważne, że wrócił). Mieliśmy też okazję spotkać się kilkakrotnie z Haltem - tym nam bardziej znanym, jak i tym, którego spotkamy po raz pierwszy (np. zanim przystąpił do korpusu Zwiadowców).Nie raz możemy przeczytać również opowieści o Willu czy Alyss. Zdecydowanie mniej za to jest Horace'a, ale po tym, jak dał nam popalić w "Cesarzu Nihon-Ja", to nawet lepiej. W szczytowej formie był również flanaganowski humor. Podczas lektury co i raz wybuchałam głośnym śmiechem lub chociaż cichym chichotem, a prawie cała książka została podkreślona, by zaznaczyć co śmieszniejsze sytuacje - co już od dawna jest moim małym rytuałem, podczas czytania twórczości Flanagana.

Niesamowicie spodobało mi się to, że ostatnia (a raczej "ostatnia") część Zwiadowców nie jest typową książką, a zbiorem opowiadań. Nadaje to "Zaginionym historiom" lekkości, aurę odmienności od reszty serii, sprawia, że czyta się je o wiele lżej, szybciej i przyjemniej. Odpowiada na pytania i zakańcza wszystkie wątki. Daje okazję do pożegnania się z wszystkim ukochanymi bohaterami. Jest po prostu idealnym zakończeniem.


Na temat pozytywnych cech "Zaginionych historii" mogłabym rozpisywać się jeszcze długo, ale nie chodzi o to, by zdradzić wszystkie tajemnice, a wręcz przeciwnie - skusić was nimi do lektury. Bo po "Zaginione historie" zdecydowanie warto sięgnąć.

"Gdy [Crowley] zaczął pogwizdywać skoczną ludową melodię, Halt popatrzył z ukosa.
-Co robisz? [...]
-Mam dobry humor. [...]
-Zatem masz dobry humor. A dlaczego wydajesz ten piskliwy dźwięk?
-Gwiżdżę. Gwiżdżę sobie skoczną melodię.
-To nie jest gwizdanie. To pisk - odrzekł Halt.
Zwiadowca odwrócił się w siodle, by posłać rozmówcy pełne godności spojrzenie.
- Powinieneś wiedzieć, że moje gwizdanie jest przedmiotem licznych pochwał w hrabstwie Hogarth.
-Ponura to musi być kraina, w której ludzie uważają ten piskliwy skrzek za melodyjny."


Autor: John Flanagan
Tytuł: Zaginione historie
Seria: Zwiadowcy
Tłumacz: Jacek Drewnowski
Liczba stron: 511
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 27 czerwca 2012

"Zaginione historie" dostałam dzięki uprzejmości Entego Admina od Wydawnictwa Jaguar. Ślicznie dziękuję :)

środa, 22 sierpnia 2012



Niczego nie da się rozstrzygnąć bez wojny. Takie jest prawo wszechświata.

Członkowie Straży są w poważnych tarapatach – muszą odnaleźć zaginiony klucz, który pozwoli otworzyć zbrojownię w mitycznym Veridianie. Ale to nie jedyny problem. W ich szeregach ukrywa się zdrajca. Narastająca niepewność i podejrzliwość utrudniają Strażnikom skuteczne działanie. Zbliża się czas wypełnienia proroctwa, czas ostatecznego starcia z Lathenią. Kto ze Strażników okaże się akolitą Chaosu? Kto zdradzi w godzinie najwyższej próby?

I tak po 9 miesiącach oczekiwań, na półki księgarń w całej Polsce trafił „Klucz” – trzecia część historii bohaterów serii „Strażnicy Veridianu” (org.”Guardians of Time”). Dziewięć miesięcy obgryzania paznokci, wyrywania sobie włosów i walenia głową w ścianę. Tak bowiem mogły zachowywać się osoby, które w październiku 2011r. przeczytały „Mrok”. Choć druga część „Strażników…” nie była zachwycającą lekturą, spektakularny finał sprawiał, że chciało się czytać więcej i więcej. Na szczęście pomimo kilkukrotnie zmienianej daty premiery, 25 lipca br. mogliśmy sięgnąć po ostatnią część trylogii autorstwa Marianne Curley. Czy warto było tyle czekać?

By to ocenić warto prześledzić całą historię polskiego wydania „Strażników Czasu”. Wszystko zaczęło się w kwietniu 2011r, kiedy na fanpage’u wydawnictwa Jaguar powstał event, zachęcający do promowania pierwszej części trylogii Curley – „Straży”. Chociaż nikt nigdy (oprócz pracowników wydawnictwa Jaguar) książki na oczy nie widział, wiele osób poparło inicjatywę i zaczęło reklamować książkę. Na szczęście okazało się, że „Straż” to opowieść wielce sympatyczna, zabawna, ciekawa i nieprzewidywalna. Fani „Strażników Veridianu” zostali wystawieni jednak na ciężką próbę, kiedy premiera „Mroku” była kilkakrotnie przekładana. A kiedy już się ukazał… No cóż… Nie zgarnął już takiej ilości laurów, jak swój poprzednik. Uczynienie z Arkariana narratora sprawiło, że zepsuta została zarówno jego postać jak i cała książka. Zdecydowanie mniej było w niej interesujących wydarzeń, a poświęcenie połowy miejsca związkowi Arkarian&Isabel, tylko jej zaszkodziło. Jak jednak wspominałam, interesujące zakończenie sprawiło, że nie można było się obyć bez lektury „Klucza”. „Klucz” z kolei był… No cóż… Określę to tak – w mojej głowie „Mrok” i „Klucz” toczą zawziętą walkę o miano „Najgorszej części trylogii M.Curley” – a dla mnie Mrok trochę już zaciąga miernotą.


Cała recenzja na...
 

wtorek, 20 marca 2012

Dozwolone od lat osiemnastu...


WSCHODZĄCY KSIĘŻYC
Melborne - stolica Australii - nigdy nie było spojonym miastem. Chodzące po ulicach wampiry, wilkołaki, zombie i zmiennokształtni to nic nowego. Tak samo kluby nocne dla paranormalnych. Ale żeby tak bezczelnie w środku nocy napadać na klub dla ludzi? Albo stać nago przed drzwiami mieszkania? Albo porywać ni z tego ni z owego brata? Riley Janson ma ostatnimi czasy pełne ręce roboty. Rhoan znika bez śladu, śmierdzący Gautier cały czas jej się czepia, Jack wciąż przypomina jej o wolnym stanowisku strażnika, Talon i Misha coś przed nią ukrywają, a Quinn... No cóż - Quinn musi jak najszybciej znaleźć jakieś ubranie i dowiedzieć się, czemu ktoś go pozbawił wspomnień z kilku ostatnich dni. Na domiar złego ktoś poluje także na samą Riley, by ją zabić. Albo, co gorsze, wykorzystać!

CAŁUJĄC GRZECH
Świat Riley Jenson tętni pożądaniem i niebezpieczeństwem. I kiedy budzi się naga i cała we krwi w nieznanym miejscu, jedyne co wie, to że musi uciekać. Nie pamięta ostatniego tygodnia, nie wie gdzie jest i co się z nią działo, ani co najważniejsze, kto jej to zrobił. Uciekając uwalnia przetrzymywanego w laboratorium Kade’a – jednego z najseksowniejszych zmiennokształtnych jakiego widziała. Sekret krwi płynącej w jej żyłach powoduje, że zostaje ponownie wplątana w śledztwo Departamentu Innych Ras. Otoczona jest przez kochanków, z których każdy ma wobec niej jakieś zamiary, nie zawsze miłosne. Wrogów ciężko odróżnić od przyjaciół i Riley czuje, że nie uniknie kłopotów.*

Nigdy nie przepadałam za książkami z gatunku paranormal romance. Wszystkie z reguły są takie same i kończą się tak samo. Ja natomiast lubię przygodę i różnorodność, oryginalność i nieprzewidywalność. Nic więc dziwnego, że stojąc przed wyborem: mało znane fantasy czy hiper popularny romans paranormalny, zawsze wybieram to pierwsze. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy doszłam do wniosku... Że Zew Nocy nie jest taki zły. A czemu wcześniej uznałam, że jest "taki zły"? No cóż...

Obecnie mam lat naście. I to takie naście, że gorsze być nie może. Istnieje bowiem taki stereotyp, że "piętnastki" i "szesnastki" to nie robią nic innego, tylko obściskują się w ubikacjach. Nie twierdzę, że tak nie jest (nastoletnie ciąże - yey!), ale jest i taka grupa młodych ludzi, co to nawet się nie całowała. I właśnie ta grupa młodych ludzi (a właściwie ta, którą też jakoś szczególnie nie ciągnie do doznań erotycznych), szalenie ubolewa nad częścią kryminalnodetektywistycznoposzukiwawczą**. Pomysł na całą historię był bardzo dobry - wielopiętrowa intryga, afery genetyczne, porwania, sztuczne zapładnianie, tworzenie niezniszczalnych hybryd. Jak dla mnie wystarczyłoby nieco dopracować tę całą aferę i lekko doprawić to wszystko jakimś wątkiem miłosnym, a serię pokochałabym na miejscu.
Na szczęście (lub nieszczęście) "Zew nocy" jest przeznaczony dla czytelników dorosłych, więc moje zdanie się w tej kwestii właściwie się nie liczy.

Jeśli chodzi o bohaterów... Jedną z najbardziej irytujących postaci, zaraz po Gautierze (który był na wskroś zły, grr..., ale taki był chyba zamiar, więc wybaczam), był...a Riley. Ta na pół wampirzyca na pół wilkołaczka przypomina mi te wszystkie boChaterki z opowiadań aŁtoreczek, które można czytać na różnego rodzaju analizatorniach***. Na przykład - w jednym momencie mówi, że nie chce być strażnikiem, bo nienawidzi zabijać i nie wie, jak do tego zdolny jest jej brat, a w drugim zabija trzy wampiry obcasem buta jak zawodowy zabójca! Albo - przez cały "Wschodzący księżyc" przekonywała wszystkich dookoła, że ona dzieci mieć nie chce, a później w drugiej części Zewu Nocy mówi, że w sumie to nie taki głupi pomysł założyć tę rodzinę...
Z kolei osobą, którą pokochałam od pierwszego przeczytania był Liander. Gdybym miała opisać idealnego faceta dla mnie to w wielu przypadkach, byłby on bardzo podobny to opisu Liandera. Ten czuły i kochający mężczyzna jest jednocześnie silny i męski, w dodatku zraniony przez nieodwzajemnioną miłość. Aż szkoda, że nie istnieje i marnuje się u boku Rhoana...

Napisany lekkim i przyjemnym językiem Zew Nocy autorstwa Keri Arthur, jest książką dobrą - dla czytelników +18 lubujących się w romansach. Ciekawy pomysł na fabułę i ciekawi i sympatyczni bohaterowie, których na szczęście jest więcej niż tych irytujących, sprawiają, że i reszta czytelników jest w stanie przeczytać książki z przyjemnością, jeśli nie będzie się wymagało od nich za dużo. Osobiście z sympatii do Liandera, afery biologiczne i z czystej ciekawości, z chęcią sięgnę po kolejne części Zewu Nocy, choć sceny erotyczne są zdecydowanie nie w moim huście


*Opis pochodzi z oficjalnej strony Instytutu Wydawniczego ERICA
** czy coś w ten deseń
***np. NAKWa

Autor: Keri Arthur
Tytuł: Wschodzący księżyc
           Całując grzech
Seria: Zew nocy
Tłumacz: Kinga Składanowska
Liczba stron: 439(WK), 440 (CG)
Wydawnictwo: ERICA Instytut Wydawniczy
Data wydania: 9 marca 2011(WK), 15 czerwca 2011 (CG)

Książki Keri Arthur dostałam dzięki uprzejmości pani Kawałkowskiej z Erici. Dziękuję ślicznie ;).

---------------------------------------
Param, param! Mam kilka ogłoszeń.
Zacznijmy od tego, że pod koniec kwietnia będę świętować podwójne urodziny - bloga i swoje własne. Postanowiłam więc mały konkursik z tej okazji. Problem polega na tym, że nie wiem co mogłoby być nagrodą, więc chciałabym was poprosić, byście głosowali w ankiecie na początku bloga.

Drugie ogłoszenie to takie, że wkrótce powinna pojawić się nowa strona, na którą rzucę książki, które z chęcią wymienię (w ostateczności sprzedam), więc warto być czujnym ;).
W kolejnym, trzecim, chciałabym poinformować, że wkrótce będę miała testy gimnazjalne, a nauczyciele ostatnimi czasy codziennie zapowiadają nam sprawdziany, więc częstotliwość dodawania nowych postów będzie jeszcze mniejsza (choć i tak już jest na dość marnym poziomie).
I na koniec, jakby miał ktoś ochotę, to na Pingerze znajduje się prolog do czegoś (nie wiem jeszcze czego). Jeśli ma ktoś wolną chwilkę albo jeśli jest ciekawy mojej innej twórczości to zapraszam do czytania. Opinie na temat prologu mile widziane ;).

piątek, 6 stycznia 2012

Nawet chaos jest skory do miłości...

"Westchnęliśmy na widok przebytego z takim trudem jeziora. Było rozświetlone setkami małych płomyków w miejscach, gdzie nasze stopy dotknęły powierzchni lodu. Ponieważ wszystko wokół spowijały ciemności, widok był naprawdę niezwykły.
- Gdybym była malarką, tak namalowałabym piekło."
~Isabel

Isabel, Ethan i Matt to dla wielu mieszkańców Angel Falls kolejna grupka przyjaciół spędzająca ze sobą wiele czasu dzięki wspólnym zainteresowaniom. Dla wielu mogą być sprzymierzeńcami. Dla wielu - największymi wrogami. A najgorsze jest to, że nic nie jest nigdy pewne i że nikomu nie można ufać. A to wszystko dlatego, że ta trójka należy do Straży, która walczy z Chaosem, by teraźniejszość była taka, jaka powinna być. Muszą walczyć w Czasie o Czas. To od nich zależą dalsze losy Ziemi. Trójka przyjaciół jest jednak jedynie dopiero co dorastającymi ludźmi, którzy mają swoje wzloty i upadki, kochające rodziny i własne potrzeby. Nic więc dziwnego, że zniknięcie Arkariana było dla nich  prawdziwym ciosem w serce. Długowieczny został porwany przez bogini Chaosu - Lethanię - a Lorian za wszelką cenę nie pozwala przyjaciołom wyruszyć mu na odsiecz. Co wcale nie oznacza, że trójka przyjaciół pokornie będzie siedziała w pokojach, mając nadzieję, że Arkarian sam sobie poradzi. W imię miłości i przyjaźni można zrobić wszystko - nawet złamać zakaz Nieśmiertelnego.

Kiedy w maju 2011r. "Straż" ujrzała światło dzienne, jej kontynuacja była jedną z najbardziej pożądanych książek tamtego roku. Nic w tym dziwnego - w końcu pierwsza część "Strażników Veridianu" okazała się być fenomenem, w którego promocję włączyło się wyjątkowo wielu ludzi. Niestety - nasza cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę. Premiera "Mroku" została najpierw przeniesiona z czerwca na wrzesień, a następnie na październik. Fanom nie było też łatwo, kiedy w internecie pojawiła się okładka drugiej części "Strażników". Tajemniczy Arkarian aż krzyczy, by zrobić wszystko, byle przeczytać wolumin, nad którym sprawuje pieczę. Kiedy jednak w końcu udało się nam dorwać do książki, niektórzy, niczym Zgredek, zaczęli robić sobie krzywdę, że zapomnieli o starym przysłowiu - "Nie oceniaj książki po okładce!"

Mieliście kiedyś tak, że nie dostrzegaliście czyichś wad, dopóki inni wam ich nie pokazali? No cóż - ja miałam niestety tak z tą książką. "Mrok" podobał mi się strasznie strasznie strasznie, póki nie zaczęłam "coksiążkowej" rozmowy z Mattem i Adwokat, które zawsze tak bardzo kochałam. Teraz mam ochotę udusić - nie wiem tylko czy siebie, Matta z Adwokat czy może Marianne Curley.

Kiedy tylko dostałam "Mrok" w swoje łapy, od razu wlazłam na Lubimy Czytać i zaznaczyłam przy drugiej części Strażników Veridianu półeczki "Chcę przeczytać" ,"Posiadam", "Egzemplarze recenzyjne" i "Ulubione". Jak to się mówi: "Nie chwal dnia przed zachodem słońca, a kobiety za życia".
Tłumaczenie było oczywiście świetne - podobnie jak w pierwszej części. Język miły, prosty, łatwy w odbiorze. Opowieść po raz kolejny pochłonęłam w zastraszającym tempie. Byłam także "świadkiem" zmagań Małgorzaty Kaczarowskiej, kiedy musiała sobie poradzić z tłumaczeniem wrena, co nie było wcale takie łatwe. Chylę czoła - po raz kolejny.

Kolejnym ważnym plusem dla tej książki są podróże w czasie - uraczyła mnie historia o Charlotte, Oktawianie i narodzinach Arkariana. Już ostatnio mówiłam o tym, że autorka bardzo zgrabnie wybrnęła z problemami technicznymi. Niezwykłe stroje były, magiczny proszek był, tajemnicza Cytadela także. Nie mówiąc już o tym, że Efekt Motyla był jeszcze bardziej widoczny niż w poprzedniej części. A i same przygody jakie spotkały bohaterów były ciekawsze niż te "Straży" (co oczywiście nie oznacza, że w pierwszym tomie nie były ciekawe ;]).

O ile jednak podróże w czasie były doskonale dopracowane, o tyle cała reszta "trochę" straciła poziom. Do tej pory "Straż" wydaje mi się pełna wydarzeń, których nie sposób zliczyć i zmieścić w tych przeklętych 430 stronach. Z kolei kiedy przypominam sobie "Mrok", mam wrażenie, że połowa tej książki była pusta. Na dobrą sprawę ciekawiej robi się od momentu, kiedy Ethan z Isabel wybierają się na misję ratunkową (co też wydarzyło się niemiłosiernie późno!). Dopiero w tamtym momencie poczułam ten znajomy zapach przygody, choć i w tym przypadku mam wrażenie białych plam w pamięci.

A skoro już mowa o Międzyświecie... Do tego przerażającego i mrocznego miejsca wybraliśmy się już trzy razy - by ratować Isabel, Marduka i Arkariana. I choć jest to oczywiście inny świat rządzący się własnymi zasadami, mam wrażenie, że za każdym razem wyglądał on inaczej. O ile jednak przy podróży po Marduka mieliśmy mały kontakt z "naturą" Międzyświata, tak przy podróżach po Isabel i Arkariana mieliśmy go wystarczająco dużo. Pamiętamy jak fiołkowooki ostrzegał Ethana, że w tym mrocznym świecie "Twoje lęki będą zwielokrotnione. Jeśli im się poddasz, istoty z twoich koszmarów staną się rzeczywistością. Jeśli zachowasz jasność myśli, nic ci nie grozi.". Tymczasem przy ostatnich odwiedzinach Świata Martwych Isabel z przyjaciółmi  przemierzają go jak gdyby nigdy nic (nie licząc przeciwności losu od czasu do czasu).

Szczerzę mówiąc mogłabym tak pisać jeszcze długo (z moich notatek wynika, że to wszystko to ledwie 1/5 tego, o czym chciałam wspomnieć). Nie chcę jednak tego robić z dwóch przyczyn - ponieważ całkowicie bym was zniechęciła do tej pozycji (a tego, broń Boże, nie chcę), a druga, że nie chcielibyście przeczytać całej recenzji, nad którą tak bym się napracowała. Dlatego chcę w paru zdania wspomnieć jeszcze o bohaterach i przechodzimy do zakończenia.

W poprzedniej recenzji pisałam, że bohaterowie są wyraziści, z dobrze zarysowanym charakterem, ideami, sposobem bycia i wyrażania się. No cóż - nie mogę powiedzieć, że sylwetki postaci stały się zamazane. Co to to nie. Mam jednak wrażenie, że bohaterowie stali się jacyś dziwni... Wątek Ethana z Rochelle był niezwykle irytujący. W końcu w pierwszej części wyraźnie widać, że tych dwoje coś ze sobą łączy, natomiast w "Mroku" pałają do siebie przepastną nienawiścią. Oprócz tego szalenie żałuję, że w tej części "Strażników Veridianu" było bardzo mało Cartera i Jimmy'ego. Nie, że darzę Cartera miłością, ale tego drugiego bardzo lubię i przykro mi, że tak mało miałam z nim kontaktu. Czas na tę dwójkę bohaterów, aktorka poświęciła na zmarłą siostę Ethana - Serę. Cieszę się, że mogłam ją w końcu poznać, chociaż całkiem nie rozumiem, po co została wprowadzona do akcji książki. Podobnie jak wren John. Najbardziej ubolewam jednak nad Długowiecznym. Dzięki temu, że Arkarian był jednym z narratorów książki, mieliśmy okazję wejść wgłąb jego umysłu. I szczerze tego żałuję. Kiedy poznałam fiołkookiego w "Straży" był postacią skrytą, posiadającą ogromną wiedzę i inteligencję. Nie twierdzę, że jej nie miał, bynajmniej. Jednak jak na osobę żyjącą 600 lat zachowuje się nad wyraz niedojrzale - jak gdyby wraz z ciałem przestał się kształtować umysł.

Mimo wszystko - książkę warto przeczytać.Chociaż by dla samego zakończenia, które jest cudowne (choć i tak bym wolała to w wersji Arkariana) czy po to, by móc później sięgnąć po ostatnią część trylogii - "Klucz". A wierzcie mi - "Klucz" przeczytać trzeba (ach, ta anglojęzyczna Wikipedia...). Pomimo wszystkich swoich wad, których i tak się nie zauważa (Jenny jest czepialska), "Mrok" jest pozycją obowiązkową dla wszystkich miłośników podróży w czasie, fanów nietuzinkowych historii i dla tych, którzy cenią sobie w książkach "to coś".


" -Skąd wiesz, że jest w nim zakochana?
-Wyczuwam to bardzo wyraźnie, kiedy kontaktuję się z tą dziewczyną. Łączy ich szczególna więź.
- Przyjaźń może być szczególną więzią.
- To coś więcej.
- Przywiązanie może być podobne do miłości, choć w rzeczywistości jest tylko bliską przyjaźnią.
- Jestem pewna, że wyczuwam między nimi miłość.
- Mylisz tę miłość, którą wyczuwasz, z miłością, jaką darzy się rodzeństwo.
- Może nie wiem zbyt wiele o miłości, ale pamiętam, jak mój ojciec kochał moją mamę i jak ona kochała jego. Pamiętam też, jak mój brat nie odstępował mnie na krok, nawet jeśli się cały czas kłóciliśmy. To także była miłość, ale inna."


Autor: Marianne Curley
Tytuł: Mrok
Seria: Strażnicy Veridianu
Tłumacz: Małgorzata Kaczarowska
Liczba stron: 432
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 5 października 2011

Polecam:
Wydawnictwo Jaguar
Forum Strażników Veridianu
"Strażnicy Veridianu" na facebook'u

"Mrok" autorstwa Marianne Curley dostałam od wydawnictwa Jaguar. Ślicznie dziękuję ;).

sobota, 27 sierpnia 2011


„Jeśli mamy prowadzić wojnę, równie dobrze możemy to robić w dobrym stylu.”

O serii: Nadszedł koniec wszystkiego. Nie ma już żadnych zasad. Ellie, Homer, Corrie, Kevin, Robyn, Lee i Fiona po tygodniu spędzonym w Piekle – dolinie leżącej za Szwem Krawca, której do tej pory nie skalano ludzką obecnością – mimo fantastycznie spędzonego czasu, cieszyli się z powrotu do domu. Nie sądzili jednak, że to 5 dni z dala od cywilizacji może tak zmienić ich życie. Małe miasteczko Wirawee, na wybrzeżu Australii, w dniu obchodów Dnia Pamięci, kiedy to wszyscy z okolic zbierają się na terenie wystawowym, zostało zaatakowane przez wrogie wojska. I choć nikomu nic się nie stało, wiadomo, że nie jest dobrze. Jedynie grupie nastolatków udało się uniknąć losu najbliższych. Jako jedni z nielicznych, pozostali na wolności i teraz muszą sami walczyć za swoje rodziny. Za miasto. Za kraj. Za nowe, lepsze jutro.

„Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego dorośli robią z dorastania taki skomplikowany proces. Oczekują, że będziesz nieustannie szukać okazji do różnych wyskoków. Czasami nawet sami podsuwają ci pomysły. (…) Ale najzabawniejsze jest to, że kiedy rodzice podejrzewali nas o jakieś grzeszki, zawsze byliśmy grzeczni, a kiedy myśleli, że jesteśmy niewinni, zazwyczaj coś knuliśmy.”

O książce: Ellie, Homer, Corrie, Kevin, Robyn, Lee i Fiona postanowili udać się do Piekła – miejsca za Szwem Krawca, które nie zostało skalane ludzką obecnością, nie licząc tajemniczego Pustelnika, który podobno zabił swoją żonę i dziecko. Te pięć dni w Piekle ich zmieniło. Co niektórych do siebie zbliżyło. I choć wszyscy byli zachwyceni tą niezwykłą przygodną, tęsknili za domami. Żadne z nich nie spodziewało się tego, co zastali po powrocie. Martwe psy, zdychające krowy, owce, ptaki i żadnych śladów po rodzinach. Wspólnie uznają, że przelot samolotów w jedną z nocy nie miało nic wspólnego z obchodami Dnia Pamięci. Wirawee, miasteczko w którym mieszkali, chodzili do szkoły i na imprezy, zostało zaatakowane przez wroga, a jego armie uwięziły wszystkich mieszkańców zarówno miasteczka, jak i okolicznych terenów rolnych. I choć przyjaciele zdecydowali się na powrót do Piekła, wiedzieli, że nie mogą tak tkwić bezczynnie. Nadeszło jutro, tak różne od dotychczasowego życia. Nadszedł czas walki.

Kiedy w swoje ręce dostałam „Jutro. Kiedy zaczęła się wojna”, w moim sercu zakwitło pewne uczucie. Uczucie dobrze mi znane – niepokój. Oczywiście – pierwsza część serii Johna Marsdena zdobyła wiele nagród, wielu ludzi uważa ją za lekturę fantastyczną, niewiarygodną, wyśmienitą. Jednak już dawno temu nauczyłam się nie ufać opinii tłumu, tym bardziej, że kiedy wchodzi jakaś nowa „moda” na książki, filmy czy muzykę, od razu dostaję na to alergii, a jak każdy alergik, trzymam się od swojego alergenu z daleka. Nic więc dziwnego, że trochę bałam się sięgnąć po „Jutro”, mimo, że sama wybrałam pozycję do recenzji. Kiedy jednak Ellie zaczęła mi opowiadać swoją historię, nie mogłam się od niej oderwać.

Kiedy się pomyśli o „Jutrze”, ma się przed sobą dwa obrazy. Jeden, to beztroskie życie w Piekle, a drugi to walka z oprawcami w Wirawee. Długo zastanawiałam się, co może się w takiej książce dziać. Nim zaczęłam czytać nowy bestseller, wiedziałam o wyjedzie grupy przyjaciół do Piekła, a później, że spotykają się z wojną i postanawiają walczyć. I o ile potrafiłam jeszcze sobie wyobrazić to, co mogło zajść między bohaterami w dziczy, za nic nie mogłam zrozumieć, co takiego będą oni robili, by sprzeciwić się wrogom. Okazuje się jednak, że mogą zrobić bardzo wiele.

Książka naszpikowana jest różnego rodzaju wydarzeniami, nie dając czytelnikowi okazji do nudy. Zaczynając od wygłupów na wyjeździe, które nie są niemożliwie wymyślne, ale które satysfakcjonują czytelnika, ze względu na realność wydarzenia, przez przeszukiwanie domów bohaterów i przeszpiegi w Wirawee, do akcji z mostem i powrotu do Piekła. A mimo to, nadal znajdujemy chwilę na opisy otaczającej bohaterów rzeczywistości i rozmowy między nimi – zarówno na tematy poważne, jaki i te nieco mniej. Mamy więc po raz kolejny do czynienia z książką, która w niewielkiej ilości stron, zmieści w sobie multum zdarzeń i wydarzeń, rozmyślań i rozmów, uczuć i myśli.

Język jest łatwy, prosty do zrozumienia, ale nie prymitywny. Mimo, że zarówno oryginał jak i tłumaczenie były pisane przez osoby dorosłe i doświadczone, bez przeszkód możemy uznać, że pisała to osoba młoda, która po prostu kocha to co robi i nie zamierza niczego ukrywać przed światem.

 „Homer umiał wnikać w umysły żołnierzy, myśleć jak oni i widzieć ich oczami. Zdaje się, że nazywają to wyobraźnią.”

Narracja jest pierwszoosobowa z pewnej perspektywy czasowej. Narratorką wydarzeń jest Ellie – jedna z pomysłodawczyń biwaku w Piekle. Bohaterka od początku daje nam do zrozumienia, że robi to po namowie „współlokatorów”, że to co pisze jest jej subiektywnym zdaniem i, że reszta nie powinna się na nią za to obrażać, że to, co robi, robi dla uczczenia czynów swoich jak i swoich przyjaciół, by to, co zrobili nie odeszło w zapomnienie. Jednak aż do końca książki czytelnik nie może się domyśleć, czy wydarzenia opisywane przez Ellie miało miejsce 3 dni od ich zdarzenia czy 3 lata, co z pewnością jest plusem.

Co do bohaterów – są charyzmatyczni, konkretni, widoczni, z dobrze zarysowanym charakterem, stylem mówienia, bycia, z typowymi tylko dla nich zachowaniami. I choć zmieniają się psychicznie i emocjonalnie w ciągu książki, nadal pozostawiają sobą, a ich zmiany są bardzo płynne i bardzo dobrze przeprowadzone, dzięki czemu nie mamy wrażenia pomieszania z wymieszaniem zachowań bohaterów między sobą.
Ogólnie – książka wyśmienita pod każdym względem. Bohaterowie są cudnie wystylizowani, mamy ciągłą akcję, a mimo to, możemy także na chwilę przystanąć i zamyślić się nad tą prawdopodobną rzeczywistością, nad uczuciami przyjaciół, pozachwycać się naturą wokół i przerazić chaosem na ulicach małego miasteczka. Historię czyta się łatwo, szybko i przyjemnie, jest co najmniej intrygująca i ze zniecierpliwieniem czekam na dalsze części serii jak i film :). 

Oczami Jenny: Książka jest napisana niezwykle realistycznie. Gdyby to nam przytrafiła się taka historia, zostawiłaby ona w nas głębokie rany, o których nie zapomnielibyśmy do końca życia i przez które zmienilibyśmy się nie do poznania. I to samo dzieje się z naszymi bohaterami. Nie są oni niezniszczalni, odporni na wszystkie wydarzenia, niezmienni. Wręcz przeciwnie! Homer – ten sam Homer, który na przerwach grał w grecką ruletkę, który irytował wszystkie dziewczyny w szkole, a nauczycielom dawał nieźle w kość – stał się człowiekiem poważnym, myślącym długofalowo, głównodowodzącym. Delikatnej Fi, która nie była aniołem tylko dlatego, że nie posiadała skrzydeł, spodobała się adrenalina i była często bardziej opanowana od szalonej Ellie, która nie potrafiła długo usiedzieć w miejscu i niezwykle często wyjeżdżała z Corrie na różne biwaki. Cicha i pobożna Robyn, która na samo brzmienie słowa „krew” mdlała, nie mogła się doczekać kolejnego zastrzyku dla Lee i zdejmowaniu mu szwów. Bohaterowie czuli głód, tęsknotę, złość, ból. Nie byli maszynami, które miały do odegrania jedynie konkretną rolę, ale wydawali się ludźmi z krwi i kości, dzięki czemu stali się nam bliscy.
 
„- To sytuacja bez wyjścia – wyjaśnił Kevin. – Gdybyśmy mieli czekoladę, znalazłbym w sobie energię, żeby wyruszyć do samochodu po więcej czekolady. Ale bez czekolady nie uda mi się pokonać nawet pierwszego stopnia.”

Autor: John Marsden
Tytuł: Jutro. Kiedy zaczęła się wojna
Seria: Jutro
Tłumacz: Anna Gralak
Liczba stron: 270
Wydawnictwo: Znak Literanova
Data wydania: 6 kwietnia 2011

Polecam:
Wydawnictwo Znak
Seria Jutro na facebook’u
Oficjalna strona serii Jutro

„Jutro” Johna Marsdena dostałam od wydawnictwa Znak Literanova. Dziękuję ślicznie :).

wtorek, 26 lipca 2011

Miła niespodzianka, która wypchnęła z kolejki "Jumpera" i drugą część Wohli Rednej...


"Zwycięzcy piszą historię, a pokonani tworzą nowe mity, aby usprawiedliwić przeszłość i osłodzić przyszłość"
Morris West


O serii: Nie od dziś Porządek walczy z Chaosem i nie od dziś Zakon zmienia bieg historii, by wygrać tę odwieczną potyczkę. Porządek nie może na to pozwolić, więc powołał Straż, która ma strzec przeszłości przed Chaosem i jej Zakonem. Nadszedł jednak czas. Narodzili się ludzie, o których mówi pradawne Proroctwo. Wybrańcy muszą poznać swą  tożsamość i stanąć w walce, która została wpisana w ich przeznaczenie.


O książce: Na szesnastoletniego Ethana czekała fantastyczna informacja. Arkarian - jego dawny Nauczyciel - oznajmił mu, że już wkrótce chłopak zostanie pełnoprawnym członkiem Straży - organizacji powołanej przez Porządek do walki z Chaosem i jej Zakonowi. Ponadto zostanie mu przypisany Uczeń. A właściwie... Uczennica. Choć o rok młodsza Isabel - siostra byłego najlepszego przyjaciela chłopaka, która swego czasu kochała się w Ethanie - wielu rzeczy nauczyła się sama, nadal potrzebuje Nauczyciela. I choć Matt - brat dziewczyny - nie jest zachwycony, musi pogodzić się z tym, że jego siostra i Ethan będą spędzali ze sobą wiele czasu (pod pretekstem wspólnego projektu z historii). Nauczyciel i Uczennica mają tylko trzy tygodnie do kolejnej misji Ethana, w której Isabel będzie uczestniczyła. Czasu mają niewiele, a Matt zaczyna coś podejrzewać... No i gdzie leży legendarny Veridian?

Pierwsze co rzuca się w oczy, to dwutorowa narracja oczami Ethana i Isabel. Pomysł godny pokłonów. W wielu książkach możemy spotkać się z narracją pierwszoosobowa (choć i tak króluje trzecioosobowa), dzięki której możemy poznać bohatera od środka. Zastosowanie dwutorowej narracji pierwszoosobowej sprawia, że oprócz poznania obojga bohaterów, możemy spojrzeć na różne rzeczy z dwóch różnych perspektyw. I choć bardziej podobała mi się narracja Isabel, więcej było Ethana (o dwa rozdziały, bo o dwa, ale więcej).

Fabuła książki jest niemożliwa! Jestem niemal pewna, że autorka postawiła sobie za punkt honoru pozostawienie Ethanowi i Isabel oraz innym bohaterom serii i czytelnikom całe mnóstwo pracy, misji, niespodzianek i zasadzek. Ogólnie - dużo akcji i innych atrakcji. I z całą pewnością wybroniła swój honor. W 431 stronach opowieści dzieje się niemożliwie wiele rzeczy. Sprzeczki, rozmowy, treningi, misje, niebezpieczeństwa i potyczki, które trudno zliczyć. Autorka żągluje różnymi wydarzeniami, zgrabnie wplątując je w ogólny świat przedstawiony, który jest bliski nam a jednocześnie niewymownie fantastyczny. Akcja jest płynna, nieprzerwana, swego rodzaju jednolita (w pozytywnym tego słowa znaczeniu - wszystko pasuje do siebie, nie ma wydarzenia, które jakoś specjalnie wybija się na tle historii). Z jednej strony jestem pełna podziwu, że tyle wydarzeń zmieściło się w tych 431 stronach, a z drugiej nieco żałuję, że autorka nie poświęciła nieco więcej miejsca na wydarzenia, sprawiając, że możemy nieco przywyknąć do pewnego stanu rzeczy.

Język jest miły, prosty w odbiorze, sprawia, że książkę się połyka w całości (choć akcja też jest niezwykle istotna). Wydaje się, że sposób wyrażania się bohaterów nieznacznie różni się od siebie w zależności na czyją narrację natrafimy. I choć raz pierwszy spotykam się z tłumaczeniem Pani Małgorzaty Kaczarowskiej, jestem nim zachwycona. Ma ona o wiele "lżejsze pióro" niż Tomasz Illg (również wyd. Jaguar), z którego tłumaczeniami już kilka razy się spotkałam. Kłaniam się - tym razem tłumaczowi :).
Bohaterowie są wyraziści, z dobrze zarysowanym charakterem, ideami, sposobem bycia i wyrażania się. Jeśli ktoś ma depresję, to ją ma. Jeśli kogoś boli, że odszedł od niego ojcec, to go boli. Jeśli komuś na czymś zależy, to mu zależy. Jeśli ktoś komuś nie ufa, to mu nie ufa. Jeśli ktoś nie może się otrząsnąć ze śmierci córki po dwunastu latach, nie otrząśnie się z niej dopóki jego syn nie oznajmi mu, że dołączył  do Straży. Jedynie zachowania dwójki bohaterów wydają mi się nieco przerysowane - Shauna i Cartera, możliwe jednak, że był to zabieg celowy, który miał na celu nakreślenie konsekwencji podjętych w przeszłości decyzji. Tak czy inaczej - książka potrafi zaskoczyć, jednak czujny czytelnik będzie zachwycony wiedząc, że podejrzewał już coś wcześniej.

Oczami Jenny: Nie ma co robić z tego ogromnej tajemnicy - istotnym elementem książki są podróże w czasie, a właściwie w przeszłość (były AŻ dwie, ale to się wytnie ;]). I zrobiły na mnie wrażenie. A skoro zrobiły na mnie wrażenie, to znaczy, że są dobre. Autorka bardzo ładnie wybrnęła z problemu samych przenosin, a także ze znajomości języka, akcentu, wszystkich istotnych wydarzeń i wyglądu samych bohaterów, kiedy muszą znaleźć się, ot choćby, w czasach młodu króla Ryszarda czy choroby Abigeil - przyszłej żony przyszłego vice-, a następnie prezydenta Stanów Zjednoczonych: Johna Adamsa. Oprócz tego nie miała "gdzieś" konsekwencji zmian w przeszłości. Jeśli w przeszłości zostało coś zmienione - miejsca, rzeczy, ludzie - teraźniejszość także się zmienia: ludzie giną, miejsca zanikają, rzeczy przestają istnieć. Kolokwialnie mówiąc - efekt motyla nie został bezkarnie olany. Jestem z tego powodu niewymiernie szczęśliwa. Składam pokłony.

"Twoje lęki będą tam zwielokrotnione. jeśli im się poddasz, istoty z twoich koszmarów staną się rzeczywistością. Jeśli zachowasz jasność myśli, nic ci nie grozi. W tym miejscu znajdujesz dobro i zło, ale najczęściej wędrujące zabłąkane dusze, istoty nieświadome nawet tego, że są martwe. One właśnie przybiorą postać twoich lęków."
~Arkarian

Autor: Marianne Curley
Tytuł: Straż
Seria: Strażnicy Veridianu
Tłumacz: Małgorzata Kaczarowska
Liczba stron: 431
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 4 maja 2011

Polecam:
Wydawnictwo Jaguar
Na ratunek "Strażnikom Veridianu"! Pomóżmy dobrej książce!

"Straż" dostałam od wydawnictwa Jaguar. Ślicznie dziękuję :).

sobota, 7 maja 2011

Na pierwszy ogień wzięłam oczywiście "Zwiadowców", którzy powinni mieć u mnie ołtarzyk :).

O serii: Honor, odwaga, wierność, przyjaźń, miłość. Wartości te nie są nam obce w serii "Zwiadowców" autorstwa Johna Flanagana.
Will wraz z mistrzem Haltem i przyjaciółmi - Horace'm i Gilanem - nie mają chwili wytchnienia. Co chwila Araluenowi - państwu pod rządami dobrego króla Duncana - i krajom na starym kontynencie grozi niebezpieczeństwo. Z Gór Deszczu i Nocy nadchodzi Morgarath, z północy Scottowie, z zachodu Skandianie, z południa - mieszkańcy Arydii. Na wschodzie natomiast, w Hibernii - krajowi bliskiemu Haltowi - rozprzestrzeniają się wyznawcy niebezpiecznej religii, która zaczyna zagrażać ojczyźnie bohaterów. Mimo nieustających przygód nadal mają czas na życie prywatne, co z reguły kończy się... Bardzo dobrze :).

O książce: 15-letni Will - sierota na zamku Redmont - od zawsze marzy, by stać się rycerzem. Niestety, jego marzenia są nie do zrealizowania. Niski, skromnej postury inteligentny chłopaczyna, który woli uciekać, skrywać się, chodzić po drzewach i atakować z ukrycia, nie jest odpowiednio przygotowany do roli zacnego rycerza. Nie to co Horace - wysoki, umięśniony i nieco przy głupawy rówieśnik oraz największa zmora Willa. Chłopak jednak nie traci nadziei i z niecierpliwością oczekuje na Dzień Wyboru organizowany przez barona Aralda na zamku Redmont, w którym każda sierota, która ukończyła 15 lat ma szansę zostać czeladnikiem jednego z Mistrzów Sztuk. Niestety - kiedy przyjaciele mają szansę pobierać nauki u tych mistrzów, u których chcieli, Will zrozumiał, że nie nadaje się do niczego i czeka do praca na polu. W tym momencie na scenę wkracza tajemniczy Halt i proponuje chłopakowi przystanie do zwiadowców - ludzi owianych legendą, którzy, jak wieść niesie, parają się czarną magią, potrafią stawać się niewidzialni. Chłopak uznaje, że gorzej już być nie może, więc przystaje na propozycję zwiadowcy. I w tym momencie zaczyna się zabawa :). 
Pobieranie nauk, pierwsza jazda konno, pierwszy Zlot Korpusu Zwiadowców, walka z kalkarami, trudny wybór i mianowanie na ucznia to tylko część wydarzeń, która spotyka młodego zwiadowcę w pierwszej części serii.

Zabawy przy czytaniu jest co niemiara. Po ironicznych tekstach Halta, Gilana i Starego Boba nie sposób się nie uśmiechnąć, jeśli nie wybuchnąć śmiechem. Poza tym akcja książki podzielona jest na dwóch bohaterów, więc możemy obserwować zarówno naukę Willa ze swoim mistrzem, jak i poczynania Horace'a, który gnębiony jest przez trójkę starszych "kolegów". Dzięki temu mamy szansę polubić mięśniaka nim zaprzyjaźni się z młodym zwiadowcą.
"Ruiny Gorlanu", jak i kontynuacje, zdecydowanie skierowane są ku młodzieży. Lekki język, nienużące opisy, ciekawa fabuła, zwroty akcji i liczne niespodzianki sprawiają, że młodzi nie mogą oderwać się od książki, choć i dorośli bez problemu mogą zagłębić się w historię Willa i przyjaciół. Zagłębienie się w nieco podrasowany wizerunek średniowiecznej Anglii sprawia, że możemy zapomnieć o otaczającym nas świecie na kilka miły godzin, dając wytchnienie zszarganym nerwom.
Po lekturze "Zwiadowców" w życiu kilku (a może jednak wielu) młodych czytelników powinno się co nieco zmienić. Zaczynamy rozumieć, że każdy jest do czegoś stworzony i każdy ma swój cel w życiu, a przy okazji poznajemy drugi koniec kija - to, że marzenia się spełniają nie oznacza, że po ich spełnieniu możemy odejść w spokoju, tylko, że czeka nas jeszcze cięższa praca, której finał może być lepszy od spełnienia marzeń.


Oczami Jenny: "Ruiny Gorlanu" są swoistym wprowadzeniem, prologiem do całej serii. Takiej atmosfery, którą znajdujemy w pierwszej księdze cyklu, nie możemy znaleźć w żadnej kolejnej części (co oczywiście nie oznacza, że kolejne części są gorsze). Kiedy sięgniemy po nią raz, nie oderwiemy się od niej, póki nie przeczytamy ponownie całej historii. A kiedy się ją skończy pragnie się sięgnąć po kolejną.

Autor: John Flanagan
Tytuł: Księga 1. Ruiny Gorlanu
Seria: Zwiadowcy
Tłumacz: Stanisław Kroszczyński
Liczba stron: 319
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 25 marca 2009

Polecam:
Wydawnictwo Jaguar
Forum Zwiadowcy
Zwiadowcy - Oficjalna Polska Strona
Zwiadowcy na facebooku