RSS
Facebook
Twitter

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Low fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Low fantasy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Uwaga! Seria dla czytelników o mocnych nerwach.

"Wciąż w pewien sposób pozostawała Genialną Astrid. (...) Właśnie dlatego mieszkała w lesie, cała pogryziona przez muchy, śmierdząca padliną i dymem, z rękami pełnymi blizn i odcisków. Dlatego w ciągłym napięciu wciąż rozglądała się ostrożnie dookoła, próbując zidentyfikować każdy z dźwięków lasu i dlatego ćwiczyła ładowanie strzelby. Bo przecież tak właśnie musiało wyglądać życie geniusza."


Cztery miesiące temu doszło do Wielkiej Schizmy. Cztery miesiące temu dzieciaki z Perdido Beach podzieliły się na te z PB z królem Cainem na czele i te znad jeziora Tramonto, którymi kierować miał Sam. Przez te cztery miesiące w ETAPie panował kruchy pokój. Również Gaiaphage zaprzestało swojej niszczącej działalności, mocno osłabione po zniknięciu Nemezis. Te cztery miesiące były zapowiedzią nowego zwykłego, normalnego (jak na ETAP) życia - bez Drake'a, bez Gaiaphage, bez Małego Pete'a, bez wojny, pożarów, martwych dzieci. Niestety, stan ten nie trwa długo - ciemne macki powoli oplatają kopułę ich małego, niebezpiecznego i śmiercionośnego świata. Nadchodzi faza piąta: Ciemność.
A z Ciemności i Chaosu wyłoniła się Gaja - matka wszelkiego bóstwa.

Na wstępie mam coś do powiedzenia wszystkim, którzy sądzą, że czas płynie ze stałą prędkością. GUZIK PRAWDA! Wie o tym każdy, który, tak jak ja, ze zniecierpliwieniem oczekiwał najnowszej części GONE. Wie, że czas jednocześnie gna jak zając i wlecze się niczym żółw. Kiedy wspominam cudne zwarcie spowodowane przez przyszłego pana technika, które sprawiło, że przez cały dzień nie było prądu na jednym piętrze szkoły, nie mogę uwierzyć, że działo się to rok temu - przecież to było jeszcze tak niedawno! Kiedy jednak przypominam sobie zakończenie "Plagi", zachodzę w głowę, jak mogłam taaak długo czekać na kolejną część książek Michaela Granta. I jak długo będę czekała na "Światło"...
No, ale! To nie esej na temat natury czasu, a recenzja całkiem sympatycznej książki, więc to na niej powinnam się skupić.

Jedną z pierwszych myśli, które nawiedziły moją głowę, po przeczytaniu "Ciemności" była: "Ale autor namieszał z tymi tytułami!" Każdy, kto jest mniej-więcej zorientowany na jakim etapie pisania serii jest Michael Grant, wie, że nastąpiły pewne problemy z nazwaniem fazy piątej. Bowiem w trakcie pisania tej części, autor książki z autorem okładki doszli do porozumienia, że DARKNESS na okładce się nie zmieści, co sprawia, że trzeba zmienić tytuł książki. A inny tytuł automatycznie zmienia koncepcję całej opowieści. Bez sensu jest jednak pisać całą książkę od początku, lepiej jakoś umiejętnie połączyć jedno z drugim i mieć nadzieję, że nikt nie zauważy. Niestety, od kiedy w książce pojawił się Strach, nastąpiło tak totalne pomieszanie z poplątaniem, że już nikt nie był w stanie stwierdzić, czy pozostać przy nowym FEAR czy wrócić do starej dobrej Ciemności.

"Nie wolno się bać. Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie. Stawię mu czoło. Niechaj przejdzie po mnie i przeze mnie. A kiedy przejdzie, obrócę oko swej jaźni na jego drogę. Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic."

Muszę przyznać, że "Ciemność", pod względem fabuły i akcji jest jedną z moich ulubionych części GONE, co okazało się nie małym zaskoczeniem zarówno dla moich przyjaciół jak i dla mnie. Kiedy pierwszego czerwca w moim skromnym domostwie zawitał Leniwiec Osiedlowy z ogromną paczką od Jaguara, rzuciłam się na nowe, pachnące jeszcze klejem książeczki i nie zważając na gorączkę, ból brzucha i głowy oraz brak żadnego "odmóżdżacza" pod ręką (który pomógłby mi odzyskać równowagę emocjonalną po lekturze kolejnej części totalnie psychicznej serii) zatraciłam się w lekturze na niemal cały dzień, by w weekend odłożyć ją - już przeczytaną - z satysfakcją na półkę. Książkę czytało się zaskakująco miło, szybko i przyjemnie. Niesamowicie wciągająca, nie dało jej się odłożyć choćby na minutę. Jak zwykle przerażająca, jednak nie "ryjąca" mózgu, jak dotychczas. Właśnie na takie GONE czekałam, przez cały czas trwania tej serii.

Zmiany dosięgają również bohaterów. Dzieciaki dorastają, zmieniają swoje spojrzenie na świat. Z całą pewnością nie spotkamy już niewinnej, bogobojnej Genialnej Astrid. Nie spotkamy już pijanego, bezmyślnego Orca. Możemy pożegnać się z osamotnioną, żyjącą w bałaganie Laną. Zapracowany Pan-Wszystkich-Dzieci Sam, nie jest już Panem-Wszystkich-Dzieci Samem. Dekka nie jest tą samą tragicznie zakochaną Dekką, Jack nie jest tym tchórzliwym Jackiem, którym był. Nawet Diana z Cainem nie są tymi do szpiku kości złymi ludźmi co wcześniej, a i chora na umyśle Penny sprawia, że Drake nie jest już aż tak przerażający. Tylko irytujący, tchórzliwy biznesman Albert jest wciąż tym samym irytującym, tchórzliwym biznesmanem Albertem co zawsze.
Jestem jak najbardziej na "tak"!

Owszem, książka dla niektórych może się wydawać bardziej "lajtowa" niż swoje poprzedniczki. Owszem, niektórzy mogą uznać, że jest zbyt łagodna. Owszem, niektórzy mogą uważać, że to już nie to samo GONE co za czasów "Niepokoju". Jednak czy to źle? Osobiście o wiele bardziej wolę charakter nieco łagodniejszej, acz wciąż tak samo wciągającej (jeśli nie bardziej!) "Ciemności", niż surowego "Niepokoju" lub niezwykle brutalnych "Kłamstw". "Fazę piątą: Ciemność" autorstwa Michaela Granta odkładam na półeczkę "Ulubione" i ze zniecierpliwieniem odliczam do premiery "Światła".

"Sam siedział za kółkiem, Dekka obok niego. Komputerowy Jack wciśnięty był w wąską przestrzeń za siedzeniem kierowcy i nie wyglądał na zadowolonego.
- Bez urazy, Sam, ale zjeżdżasz z drogi. Zjeżdżasz z drogi! Sam! Zjeżdżasz z drogi!
- Nieprawda. Zamknij się - warknął Sam, wyjeżdżając z powrotem na drogę, po tym jak samochód omal nie wylądował w rowie."

Autor: Michael Grant
Tytuł: Faza piąta: Ciemność
Seria: GONE
Tłumacz: Natalia Mętrak
Liczba stron: 464
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 30 maja 2012

"Fazę piątą: Ciemność" autorstwa Michaela Granta dostałam od wydawnictwa Jaguar. Ślicznie dziękuję :3

wtorek, 20 marca 2012

Dozwolone od lat osiemnastu...


WSCHODZĄCY KSIĘŻYC
Melborne - stolica Australii - nigdy nie było spojonym miastem. Chodzące po ulicach wampiry, wilkołaki, zombie i zmiennokształtni to nic nowego. Tak samo kluby nocne dla paranormalnych. Ale żeby tak bezczelnie w środku nocy napadać na klub dla ludzi? Albo stać nago przed drzwiami mieszkania? Albo porywać ni z tego ni z owego brata? Riley Janson ma ostatnimi czasy pełne ręce roboty. Rhoan znika bez śladu, śmierdzący Gautier cały czas jej się czepia, Jack wciąż przypomina jej o wolnym stanowisku strażnika, Talon i Misha coś przed nią ukrywają, a Quinn... No cóż - Quinn musi jak najszybciej znaleźć jakieś ubranie i dowiedzieć się, czemu ktoś go pozbawił wspomnień z kilku ostatnich dni. Na domiar złego ktoś poluje także na samą Riley, by ją zabić. Albo, co gorsze, wykorzystać!

CAŁUJĄC GRZECH
Świat Riley Jenson tętni pożądaniem i niebezpieczeństwem. I kiedy budzi się naga i cała we krwi w nieznanym miejscu, jedyne co wie, to że musi uciekać. Nie pamięta ostatniego tygodnia, nie wie gdzie jest i co się z nią działo, ani co najważniejsze, kto jej to zrobił. Uciekając uwalnia przetrzymywanego w laboratorium Kade’a – jednego z najseksowniejszych zmiennokształtnych jakiego widziała. Sekret krwi płynącej w jej żyłach powoduje, że zostaje ponownie wplątana w śledztwo Departamentu Innych Ras. Otoczona jest przez kochanków, z których każdy ma wobec niej jakieś zamiary, nie zawsze miłosne. Wrogów ciężko odróżnić od przyjaciół i Riley czuje, że nie uniknie kłopotów.*

Nigdy nie przepadałam za książkami z gatunku paranormal romance. Wszystkie z reguły są takie same i kończą się tak samo. Ja natomiast lubię przygodę i różnorodność, oryginalność i nieprzewidywalność. Nic więc dziwnego, że stojąc przed wyborem: mało znane fantasy czy hiper popularny romans paranormalny, zawsze wybieram to pierwsze. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy doszłam do wniosku... Że Zew Nocy nie jest taki zły. A czemu wcześniej uznałam, że jest "taki zły"? No cóż...

Obecnie mam lat naście. I to takie naście, że gorsze być nie może. Istnieje bowiem taki stereotyp, że "piętnastki" i "szesnastki" to nie robią nic innego, tylko obściskują się w ubikacjach. Nie twierdzę, że tak nie jest (nastoletnie ciąże - yey!), ale jest i taka grupa młodych ludzi, co to nawet się nie całowała. I właśnie ta grupa młodych ludzi (a właściwie ta, którą też jakoś szczególnie nie ciągnie do doznań erotycznych), szalenie ubolewa nad częścią kryminalnodetektywistycznoposzukiwawczą**. Pomysł na całą historię był bardzo dobry - wielopiętrowa intryga, afery genetyczne, porwania, sztuczne zapładnianie, tworzenie niezniszczalnych hybryd. Jak dla mnie wystarczyłoby nieco dopracować tę całą aferę i lekko doprawić to wszystko jakimś wątkiem miłosnym, a serię pokochałabym na miejscu.
Na szczęście (lub nieszczęście) "Zew nocy" jest przeznaczony dla czytelników dorosłych, więc moje zdanie się w tej kwestii właściwie się nie liczy.

Jeśli chodzi o bohaterów... Jedną z najbardziej irytujących postaci, zaraz po Gautierze (który był na wskroś zły, grr..., ale taki był chyba zamiar, więc wybaczam), był...a Riley. Ta na pół wampirzyca na pół wilkołaczka przypomina mi te wszystkie boChaterki z opowiadań aŁtoreczek, które można czytać na różnego rodzaju analizatorniach***. Na przykład - w jednym momencie mówi, że nie chce być strażnikiem, bo nienawidzi zabijać i nie wie, jak do tego zdolny jest jej brat, a w drugim zabija trzy wampiry obcasem buta jak zawodowy zabójca! Albo - przez cały "Wschodzący księżyc" przekonywała wszystkich dookoła, że ona dzieci mieć nie chce, a później w drugiej części Zewu Nocy mówi, że w sumie to nie taki głupi pomysł założyć tę rodzinę...
Z kolei osobą, którą pokochałam od pierwszego przeczytania był Liander. Gdybym miała opisać idealnego faceta dla mnie to w wielu przypadkach, byłby on bardzo podobny to opisu Liandera. Ten czuły i kochający mężczyzna jest jednocześnie silny i męski, w dodatku zraniony przez nieodwzajemnioną miłość. Aż szkoda, że nie istnieje i marnuje się u boku Rhoana...

Napisany lekkim i przyjemnym językiem Zew Nocy autorstwa Keri Arthur, jest książką dobrą - dla czytelników +18 lubujących się w romansach. Ciekawy pomysł na fabułę i ciekawi i sympatyczni bohaterowie, których na szczęście jest więcej niż tych irytujących, sprawiają, że i reszta czytelników jest w stanie przeczytać książki z przyjemnością, jeśli nie będzie się wymagało od nich za dużo. Osobiście z sympatii do Liandera, afery biologiczne i z czystej ciekawości, z chęcią sięgnę po kolejne części Zewu Nocy, choć sceny erotyczne są zdecydowanie nie w moim huście


*Opis pochodzi z oficjalnej strony Instytutu Wydawniczego ERICA
** czy coś w ten deseń
***np. NAKWa

Autor: Keri Arthur
Tytuł: Wschodzący księżyc
           Całując grzech
Seria: Zew nocy
Tłumacz: Kinga Składanowska
Liczba stron: 439(WK), 440 (CG)
Wydawnictwo: ERICA Instytut Wydawniczy
Data wydania: 9 marca 2011(WK), 15 czerwca 2011 (CG)

Książki Keri Arthur dostałam dzięki uprzejmości pani Kawałkowskiej z Erici. Dziękuję ślicznie ;).

---------------------------------------
Param, param! Mam kilka ogłoszeń.
Zacznijmy od tego, że pod koniec kwietnia będę świętować podwójne urodziny - bloga i swoje własne. Postanowiłam więc mały konkursik z tej okazji. Problem polega na tym, że nie wiem co mogłoby być nagrodą, więc chciałabym was poprosić, byście głosowali w ankiecie na początku bloga.

Drugie ogłoszenie to takie, że wkrótce powinna pojawić się nowa strona, na którą rzucę książki, które z chęcią wymienię (w ostateczności sprzedam), więc warto być czujnym ;).
W kolejnym, trzecim, chciałabym poinformować, że wkrótce będę miała testy gimnazjalne, a nauczyciele ostatnimi czasy codziennie zapowiadają nam sprawdziany, więc częstotliwość dodawania nowych postów będzie jeszcze mniejsza (choć i tak już jest na dość marnym poziomie).
I na koniec, jakby miał ktoś ochotę, to na Pingerze znajduje się prolog do czegoś (nie wiem jeszcze czego). Jeśli ma ktoś wolną chwilkę albo jeśli jest ciekawy mojej innej twórczości to zapraszam do czytania. Opinie na temat prologu mile widziane ;).

poniedziałek, 12 marca 2012


Paranormalny romans pod Kolonią...

Do czasu przeprowadzki z Kolonii do Kaulenfeld, największym problemem Elisabeth Sturm było to czy na sobotnią imprezę kupić sukienkę niebieską czy różową. Z chwilą, gdy Ellie przekroczyła próg nowego domu, poczuła, że poprzednie życie było jedynie wspaniałym snem, który w końcu musiał się skończyć. Kaulenfeld okazało się zapyziałą dziurą zabitą dechami, w której nie ma nawet piekarni, a autobusy do szkoły są tylko dwa: o ósmej i czwartej. I choć jakimś cudem udało jej się zakolegować z Benim i Maike, w ogromnym domu nadal czuła się niezwykle samotna. W pewnym momencie poznaje jednak Collina Blackburna, przez którego jej życie wkrótce stanie na głowie - o ile to jeszcze w ogóle możliwe.

Ktoś kiedyś powiedział (możliwe, że była to nawet moja polonistka, chociaż ręki sobie odciąć nie dam), że dobra recenzja powinna być choćby odrobinę krytyczna. I choć oczywiście staram się, by moje recenzje były dobre, często odpuszczam ten element, bo już nie raz mi się zdarzyło, że po książkę z notą 7/10 bez wspomnienia o wadach w recenzji sięga więcej osób niż po powieść z oceną 9/10, w której było zdanie, mówiące o jakimś małym niedociągnięciu. Cieszę się jednak, że tym razem będę mogła napisać "pełnowartościową" recenzję bez obaw, że książka zostanie niezasłużenie poniżona.

Jednym z plusów książki jest jej tłumaczenie - Alicja Rosenau spisała się na medal. Język jest prosty, lekki. Wchodząc w rzeczywistość "Pożeracza snów" mamy wrażenie, że nie czytamy książki, a słuchamy relacji Ellie. Niestety, choć język jest niesamowicie istotny, nie gwarantuje on książce sukcesu. Nie licząc ostatnich 50 stron (w których panował chaos, ale lepsze to niż nic), w książce nie działo się absolutnie nic. Przez połowę książki Ellie użalała się nad sobą (najpierw, bo nie mieszka w Kolonii, później, że Collin ją odtrąca), przez ćwierć spotyka się z Collinem, a ćwierć zajmują sny (którymi też nie jestem usatysfakcjonowana, ale o tym za chwilę). Byłam wniebowzięta, kiedy Leo albo Blackburn brali sprawy w swoje ręce, opowiadając pannie Sturm o sobie i o swoich przeżyciach, bo życie Elisabeth było niemiłosiernie nudne.

Sny!
Kocham je! Ubóstwiam. Pragnę poznać wszystkie tajemnice, topić się w nich i obserwować je z góry. I mam wrażenie, że autorka "Pożeracza" kocha je równie mocno jak ja. Jednak to, co zaserwowała mi Bettina Belitz nie było nawet przystawką, nie mówiąc już o głównym daniu. Po książce spodziewałam się czegoś naprawdę dobrego (no dobrze, może bez tego "naprawdę"), jeśli chodzi o dziedzinę snów, tymczasem ledwie liznęliśmy temat. Wątpię, żeby chodziło tu o niewystarczającą wiedzę w tym temacie, jestem więc niezmiernie ciekawa, czemu w książce jest tak mało o tym cudownym stanie umysłu i ducha.

Jeśli chodzi o bohaterów... Są dobrze wykreowani. Poniekąd może i ciekawi. Jest ich mało, ale nie mamy przynajmniej do czynienia z jednolitą papką. Jednak jacy by oni nie byli różnorodni, każdy - co do joty - jest niezwykle irytujący! Nie wiem po czyjej stronie leży wina - autorki? mojej? wydawnictwa? - ale jest to jedna z tych rzeczy, które mnie tak potwornie zniechęciła do tej książki.

Drugą z takich rzeczy jest miejscowa znieczulica - czyli momenty tak głupie, że aż bolą.
DWIEŚCIE EURO KIESZONKOWEGO MIESIĘCZNIE!
Nie wiem w jakim domu wychowywała się autorka; nie wiem ile zarabia teraz; nie wiem ile zarabia psychiatra w Niemczech (jako że ojciec Ellie był psychiatrą), ale z tymi DWUSTOMA EURO KIESZONKOWEGO MIESIĘCZNIE to już chyba lekko przesadziła. Gdybym ja dostawała dwieście, chociażby, złotych kieszonkowego (zacznijmy od tego, że gdybym w ogóle dostawała kieszonkowe) byłabym wniebowzięta, a naszej kochanej bohaterce jeszcze mało (nie, że starcza jej to na tydzień, ale mogła by wziąć tę swoją małą fortunę, zamknąć paszczę i nie denerwować ojca chłopakiem-demonem).
Takich perełek w "Pożeraczu snów" jest jeszcze kilka (jak np. wampiry zżerające na śniadanko Niemców, gdyż ponieważ jest u nich przeludnienie), ale nie miałam siły rozpaczać nad każdym z nich przez całą książkę (więc chcieć to móc - wystarczy nie nurkować zbyt daleko w książkę,  by się nie utopić).

Podsumowując... "Pożeracz snów" Bettiny Belitz jest książką młodzieżową z gatunku tych do poczytania w poczekalni przed wizytą u lekarza (przynajmniej dla mnie). Potencjał w książce był, ale autorka skoncentrowała się nie na tym, na czym powinna. Jeśli lubi się wartką akcję i wielką przygodę, gdzie głównym wątkiem nie jest wątek miłosny - stanowczo nie polecam. Jednak dla miłośników paranormal romance - książka bardzo dobra.

Autor: Bettina Belitz
Tytuł: Pożeracz snów
Seria: O Ellie
Tłumacz: Alicja Rosenau
Liczba stron: 507
Wydawnictwo: Znak Emotikon
Data wydania: 15 czerwca 2011

"Pożeracza snów" Bettiny Belitz dostałam od wydawnictwa Znak Emotikon. Dziękuję.

piątek, 6 stycznia 2012

Nawet chaos jest skory do miłości...

"Westchnęliśmy na widok przebytego z takim trudem jeziora. Było rozświetlone setkami małych płomyków w miejscach, gdzie nasze stopy dotknęły powierzchni lodu. Ponieważ wszystko wokół spowijały ciemności, widok był naprawdę niezwykły.
- Gdybym była malarką, tak namalowałabym piekło."
~Isabel

Isabel, Ethan i Matt to dla wielu mieszkańców Angel Falls kolejna grupka przyjaciół spędzająca ze sobą wiele czasu dzięki wspólnym zainteresowaniom. Dla wielu mogą być sprzymierzeńcami. Dla wielu - największymi wrogami. A najgorsze jest to, że nic nie jest nigdy pewne i że nikomu nie można ufać. A to wszystko dlatego, że ta trójka należy do Straży, która walczy z Chaosem, by teraźniejszość była taka, jaka powinna być. Muszą walczyć w Czasie o Czas. To od nich zależą dalsze losy Ziemi. Trójka przyjaciół jest jednak jedynie dopiero co dorastającymi ludźmi, którzy mają swoje wzloty i upadki, kochające rodziny i własne potrzeby. Nic więc dziwnego, że zniknięcie Arkariana było dla nich  prawdziwym ciosem w serce. Długowieczny został porwany przez bogini Chaosu - Lethanię - a Lorian za wszelką cenę nie pozwala przyjaciołom wyruszyć mu na odsiecz. Co wcale nie oznacza, że trójka przyjaciół pokornie będzie siedziała w pokojach, mając nadzieję, że Arkarian sam sobie poradzi. W imię miłości i przyjaźni można zrobić wszystko - nawet złamać zakaz Nieśmiertelnego.

Kiedy w maju 2011r. "Straż" ujrzała światło dzienne, jej kontynuacja była jedną z najbardziej pożądanych książek tamtego roku. Nic w tym dziwnego - w końcu pierwsza część "Strażników Veridianu" okazała się być fenomenem, w którego promocję włączyło się wyjątkowo wielu ludzi. Niestety - nasza cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę. Premiera "Mroku" została najpierw przeniesiona z czerwca na wrzesień, a następnie na październik. Fanom nie było też łatwo, kiedy w internecie pojawiła się okładka drugiej części "Strażników". Tajemniczy Arkarian aż krzyczy, by zrobić wszystko, byle przeczytać wolumin, nad którym sprawuje pieczę. Kiedy jednak w końcu udało się nam dorwać do książki, niektórzy, niczym Zgredek, zaczęli robić sobie krzywdę, że zapomnieli o starym przysłowiu - "Nie oceniaj książki po okładce!"

Mieliście kiedyś tak, że nie dostrzegaliście czyichś wad, dopóki inni wam ich nie pokazali? No cóż - ja miałam niestety tak z tą książką. "Mrok" podobał mi się strasznie strasznie strasznie, póki nie zaczęłam "coksiążkowej" rozmowy z Mattem i Adwokat, które zawsze tak bardzo kochałam. Teraz mam ochotę udusić - nie wiem tylko czy siebie, Matta z Adwokat czy może Marianne Curley.

Kiedy tylko dostałam "Mrok" w swoje łapy, od razu wlazłam na Lubimy Czytać i zaznaczyłam przy drugiej części Strażników Veridianu półeczki "Chcę przeczytać" ,"Posiadam", "Egzemplarze recenzyjne" i "Ulubione". Jak to się mówi: "Nie chwal dnia przed zachodem słońca, a kobiety za życia".
Tłumaczenie było oczywiście świetne - podobnie jak w pierwszej części. Język miły, prosty, łatwy w odbiorze. Opowieść po raz kolejny pochłonęłam w zastraszającym tempie. Byłam także "świadkiem" zmagań Małgorzaty Kaczarowskiej, kiedy musiała sobie poradzić z tłumaczeniem wrena, co nie było wcale takie łatwe. Chylę czoła - po raz kolejny.

Kolejnym ważnym plusem dla tej książki są podróże w czasie - uraczyła mnie historia o Charlotte, Oktawianie i narodzinach Arkariana. Już ostatnio mówiłam o tym, że autorka bardzo zgrabnie wybrnęła z problemami technicznymi. Niezwykłe stroje były, magiczny proszek był, tajemnicza Cytadela także. Nie mówiąc już o tym, że Efekt Motyla był jeszcze bardziej widoczny niż w poprzedniej części. A i same przygody jakie spotkały bohaterów były ciekawsze niż te "Straży" (co oczywiście nie oznacza, że w pierwszym tomie nie były ciekawe ;]).

O ile jednak podróże w czasie były doskonale dopracowane, o tyle cała reszta "trochę" straciła poziom. Do tej pory "Straż" wydaje mi się pełna wydarzeń, których nie sposób zliczyć i zmieścić w tych przeklętych 430 stronach. Z kolei kiedy przypominam sobie "Mrok", mam wrażenie, że połowa tej książki była pusta. Na dobrą sprawę ciekawiej robi się od momentu, kiedy Ethan z Isabel wybierają się na misję ratunkową (co też wydarzyło się niemiłosiernie późno!). Dopiero w tamtym momencie poczułam ten znajomy zapach przygody, choć i w tym przypadku mam wrażenie białych plam w pamięci.

A skoro już mowa o Międzyświecie... Do tego przerażającego i mrocznego miejsca wybraliśmy się już trzy razy - by ratować Isabel, Marduka i Arkariana. I choć jest to oczywiście inny świat rządzący się własnymi zasadami, mam wrażenie, że za każdym razem wyglądał on inaczej. O ile jednak przy podróży po Marduka mieliśmy mały kontakt z "naturą" Międzyświata, tak przy podróżach po Isabel i Arkariana mieliśmy go wystarczająco dużo. Pamiętamy jak fiołkowooki ostrzegał Ethana, że w tym mrocznym świecie "Twoje lęki będą zwielokrotnione. Jeśli im się poddasz, istoty z twoich koszmarów staną się rzeczywistością. Jeśli zachowasz jasność myśli, nic ci nie grozi.". Tymczasem przy ostatnich odwiedzinach Świata Martwych Isabel z przyjaciółmi  przemierzają go jak gdyby nigdy nic (nie licząc przeciwności losu od czasu do czasu).

Szczerzę mówiąc mogłabym tak pisać jeszcze długo (z moich notatek wynika, że to wszystko to ledwie 1/5 tego, o czym chciałam wspomnieć). Nie chcę jednak tego robić z dwóch przyczyn - ponieważ całkowicie bym was zniechęciła do tej pozycji (a tego, broń Boże, nie chcę), a druga, że nie chcielibyście przeczytać całej recenzji, nad którą tak bym się napracowała. Dlatego chcę w paru zdania wspomnieć jeszcze o bohaterach i przechodzimy do zakończenia.

W poprzedniej recenzji pisałam, że bohaterowie są wyraziści, z dobrze zarysowanym charakterem, ideami, sposobem bycia i wyrażania się. No cóż - nie mogę powiedzieć, że sylwetki postaci stały się zamazane. Co to to nie. Mam jednak wrażenie, że bohaterowie stali się jacyś dziwni... Wątek Ethana z Rochelle był niezwykle irytujący. W końcu w pierwszej części wyraźnie widać, że tych dwoje coś ze sobą łączy, natomiast w "Mroku" pałają do siebie przepastną nienawiścią. Oprócz tego szalenie żałuję, że w tej części "Strażników Veridianu" było bardzo mało Cartera i Jimmy'ego. Nie, że darzę Cartera miłością, ale tego drugiego bardzo lubię i przykro mi, że tak mało miałam z nim kontaktu. Czas na tę dwójkę bohaterów, aktorka poświęciła na zmarłą siostę Ethana - Serę. Cieszę się, że mogłam ją w końcu poznać, chociaż całkiem nie rozumiem, po co została wprowadzona do akcji książki. Podobnie jak wren John. Najbardziej ubolewam jednak nad Długowiecznym. Dzięki temu, że Arkarian był jednym z narratorów książki, mieliśmy okazję wejść wgłąb jego umysłu. I szczerze tego żałuję. Kiedy poznałam fiołkookiego w "Straży" był postacią skrytą, posiadającą ogromną wiedzę i inteligencję. Nie twierdzę, że jej nie miał, bynajmniej. Jednak jak na osobę żyjącą 600 lat zachowuje się nad wyraz niedojrzale - jak gdyby wraz z ciałem przestał się kształtować umysł.

Mimo wszystko - książkę warto przeczytać.Chociaż by dla samego zakończenia, które jest cudowne (choć i tak bym wolała to w wersji Arkariana) czy po to, by móc później sięgnąć po ostatnią część trylogii - "Klucz". A wierzcie mi - "Klucz" przeczytać trzeba (ach, ta anglojęzyczna Wikipedia...). Pomimo wszystkich swoich wad, których i tak się nie zauważa (Jenny jest czepialska), "Mrok" jest pozycją obowiązkową dla wszystkich miłośników podróży w czasie, fanów nietuzinkowych historii i dla tych, którzy cenią sobie w książkach "to coś".


" -Skąd wiesz, że jest w nim zakochana?
-Wyczuwam to bardzo wyraźnie, kiedy kontaktuję się z tą dziewczyną. Łączy ich szczególna więź.
- Przyjaźń może być szczególną więzią.
- To coś więcej.
- Przywiązanie może być podobne do miłości, choć w rzeczywistości jest tylko bliską przyjaźnią.
- Jestem pewna, że wyczuwam między nimi miłość.
- Mylisz tę miłość, którą wyczuwasz, z miłością, jaką darzy się rodzeństwo.
- Może nie wiem zbyt wiele o miłości, ale pamiętam, jak mój ojciec kochał moją mamę i jak ona kochała jego. Pamiętam też, jak mój brat nie odstępował mnie na krok, nawet jeśli się cały czas kłóciliśmy. To także była miłość, ale inna."


Autor: Marianne Curley
Tytuł: Mrok
Seria: Strażnicy Veridianu
Tłumacz: Małgorzata Kaczarowska
Liczba stron: 432
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 5 października 2011

Polecam:
Wydawnictwo Jaguar
Forum Strażników Veridianu
"Strażnicy Veridianu" na facebook'u

"Mrok" autorstwa Marianne Curley dostałam od wydawnictwa Jaguar. Ślicznie dziękuję ;).

piątek, 9 września 2011

Kiedy książkowe historie ożywają, a sztuki teatralne stają się życiem…

O serii: Kiedy Kelley Winslow przeprowadziła się do Nowego Jorku, sądziła, że to jedyna szansa, by stać się sławną aktorką, by zaistnieć w świecie sław. Los jednak przygotował dla niej coś zupełnie innego. Sonny Flannery – Przystojny Nieznajomy, którego poznała w Ogrodzie Szekspira w nowojorskim Central Parku – mówi jej ni stąd i zowąd, że jest córką Oberona – Króla Elfów i pana królestwa Usneelie – znanego jej z dramatu „Sen nocy letniej” angielskiego pisarza. Od tego czasu Kelley grozi straszne niebezpieczeństwo. Dziewczyna musi, niczym Tytania, nie tylko użerać się z Oberonem o „poddanego”, ale i ze swoją matką o bezpieczeństwo dla Miasta, Które Nigdy Nie Zasypia. A przecież Wielki Quentin, reżyser spektaklów, w których gra Kelley, nie będzie robił dla niej wyjątków tylko dlatego, że jest elfem!

O książce: Przed siedemnastoletnią Kelley Winslow stoi wielka okazja – dziesięć dni przed premierą „Snu nocy letniej” Williama Szekspira aktorka grająca Królową Elfów – Tytanię – łamie sobie nogę w kostce, przez co dublerka musi zająć jej miejsce. Dziewczyna nie zdaje sobie jednak sprawy, jak wiele łączy ją z bohaterami dramatu. A wszystko zaczyna się od spotkania Przystojnego Nieznajomego w Ogrodzie Szekspira, kiedy sama postanowiła przećwiczyć swoją rolę. I choć Kelley uważa, że młodzieniec po prostu ją prześladuje, Sonny Flannery ma ważniejsze rzeczy na głowie niż śledzenie młodziutkiej aktorki. Sonny jest Janusem i w dziewięcionoc, która zaczyna się już następnej nocy, musi strzec Bramy Samhain, która znajduje się w Central Parku, przed ucieczką – zarówno elfów do świata śmiertelników jak i Zabłąkanych z powrotem do Zaświatów. I choć chłopak wraz z pozostałymi Janusami bardzo się starają, od czasu do czasu do Nowego Jorku przedostają się tajemnicze i groźne stworzenia. Jedno z nich – kelpie z dereszowymi koralikami w grzywie i ogonie – trafiło pod dach Kelley. Od tego momentu wszystko zaczyna, niczym elementy układanki, składać się w całość i ściągać na dziewczynę kłopoty. W Zaświatach natomiast trony dwóch królestw są zagrożone. A Oberon nie cofnie się przed niczym, by odzyskać pewną pozycję.

„W kółko, z górki i pod górkę
Będzie wodził całą czwórkę
Robin, postrach miast i siół:
W kółko, w górę i znów w dół!”

Bardzo lubię dyskusje z ludźmi na temat niedawno przeczytanych książek. Szczególnie te z Mattem o historiach, które właśnie skończyliśmy. Uświadamiam sobie wtedy co tak naprawdę o danej książce uważam. Co więc sądzę o „Oddechu Nocy”? No cóż…

„Oddech nocy” Lesley Livingston, pierwsza część trylogii o Kelley Winslow i Sonnym Flannery, jest jednocześnie niesamowicie oryginalna, ale i niewyobrażalnie banalna. Nie powiem – ciekawe zestawienie. Co, gdzie, jak i dlaczego? Już wyjaśniam. :)
Czemu oryginalna? - No, a nie? Szekspir jest pisarzem dość znanym. Napisał wiele dramatów i sonetów, lecz, według mnie, najczęściej kojarzony jest z „Romeem i Julią” (jak na złość – to nie on napisał opowieść dwojga tych kochanków jako pierwszy ;]), a że była to historia romantyczna i wzruszająca, ludzie na całej Ziemi postanowili z niej czerpać inspirację i pomysły. Ile powstało utworów, filmów i książek na podstawie tragedii tej dwójki młodych ludzi! Nie sposób ich zliczyć na palcach u rąk i nóg. Lesley Livingston – jako niewątpliwa znawczyni (choćby amatorsko) dzieł tego wielkiego angielskiego pisarza – postanowiła pójść w nieco innym kierunku i zamiast skoncentrować się na rozkochanych Włochach, skupiła swoją uwagę na świecie elfów, na Oberonie i Tytanii czy Puku i Piramie. I choć kocham wręcz wszystko co oparte jest na Romeo i Julii (druga ciekawostka – nigdy tej sztuki nie przeczytałam, nawet, gdy miałam ją za lekturę) – co oznacza także, że z chęcią sięgnę po „Cień światła” – jestem jak najbardziej na „tak”, jeśli chodzi o „Sen nocy letniej” na podkład do historii.

Co jest jeszcze na plus? Z pewnością jestem wdzięczna autorce za wplecenie fragmentów wypowiedzi bohaterów „Snu nocy letniej” i „Makbeta” w akcję książki. Nadaje to historii pewien specyficzny klimat i odrobinę „magii”.
To chyba tyle, jeśli mówimy o oryginalności.

Jeśli chodzi o akcję – no dobrze, była. Praktycznie od początku zawsze się coś działo: a to atakujące piskie, a to próby Kelley, a to ratowanie kelpie, a to śledzenie głównej bohaterki przez Sonny’ego, a to tamto, a to siamto. Fabuła była jednak łatwa do przewidzenia, nie licząc może z trzech momentów, w których, niczego nie podejrzewałam, i nieco banalna. Wiadomo było, że Sonny i Kelley będą razem, mimo, że autorka przy każdej możliwej okazji zaznaczała, że ta dwójka bohaterów za sobą nie przepada. I choć z początku wyśmienicie jej szło, w pewnym momencie – sama nie jestem pewna w którym – potknęła się i cała misterna pajęczyna ich chłonnych zachowań została brutalnie zerwana.

Jeśli chodzi o resztę bohaterów… Autorka nie wykorzystuje do końca ich potencjału. Oberon czy Robin byli  bohaterami dość mdłymi i „pustymi”. Miało się wrażenie, że byli jedynie naszkicowani, a przecież pani Livingston nie musiała się wybitnie wysilać z wymyślaniem dla nich charakteru, jako że ich postacie powstały ileśtam lat temu.

Jak w większości książek narracja jest trzecioosobowa, lecz dwutorowa – jeden narrator towarzyszy Kelley, drugi natomiast Sonny’emu. Muszę jednak przyznać, że ta trzecioosobowa narracja pasuje do tej książki jak pięść do nosa. Ilekroć odrywałam się od mojego „filmu” i zwracałam uwagę na sposób pisania, byłam zaskoczona, że narratorką opowieści nie jest Kelley.

A mimo tego wszystkiego książka niebotycznie mi się podobała. Mimo relacji z nikąd wziętych, przewidywalnej fabuły, braku rozwinięcia charakterów bohaterów drugoplanowych i dziwnej narracji, książka nadal mi się podoba. Ma w sobie to „coś”, co przyciąga mnie do niej. I choć „Oddech nocy” nie należy do moich najulubieńszych książek, będę do niego wracała często i z największą czułością, a na kontynuację czekam ze zniecierpliwieniem.


„Twoja cudowność do wyznań mnie zmusza:
O Tobie tylko marzy moja dusza.
Nie jestem zwykłym duchem, lecz królową
którą okrywa chwałą co dzień nową
wieczyste lato. Kocham cię.”
Autor: Lesley Livingston
Tytuł: Oddech nocy
Seria: O Kelley
Tłumacz: Zuzanna Byczek
Liczba stron: -------- (267)
Wydawnictwo: Jaguar


PREMIERA: 21 WRZEŚNIA 2011


"Oddech nocy" Lesley Livingston dostałam przedpremierowo od Wydawnictwa Jaguar. Dziękuję ślicznie :).

sobota, 27 sierpnia 2011


„Jeśli mamy prowadzić wojnę, równie dobrze możemy to robić w dobrym stylu.”

O serii: Nadszedł koniec wszystkiego. Nie ma już żadnych zasad. Ellie, Homer, Corrie, Kevin, Robyn, Lee i Fiona po tygodniu spędzonym w Piekle – dolinie leżącej za Szwem Krawca, której do tej pory nie skalano ludzką obecnością – mimo fantastycznie spędzonego czasu, cieszyli się z powrotu do domu. Nie sądzili jednak, że to 5 dni z dala od cywilizacji może tak zmienić ich życie. Małe miasteczko Wirawee, na wybrzeżu Australii, w dniu obchodów Dnia Pamięci, kiedy to wszyscy z okolic zbierają się na terenie wystawowym, zostało zaatakowane przez wrogie wojska. I choć nikomu nic się nie stało, wiadomo, że nie jest dobrze. Jedynie grupie nastolatków udało się uniknąć losu najbliższych. Jako jedni z nielicznych, pozostali na wolności i teraz muszą sami walczyć za swoje rodziny. Za miasto. Za kraj. Za nowe, lepsze jutro.

„Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego dorośli robią z dorastania taki skomplikowany proces. Oczekują, że będziesz nieustannie szukać okazji do różnych wyskoków. Czasami nawet sami podsuwają ci pomysły. (…) Ale najzabawniejsze jest to, że kiedy rodzice podejrzewali nas o jakieś grzeszki, zawsze byliśmy grzeczni, a kiedy myśleli, że jesteśmy niewinni, zazwyczaj coś knuliśmy.”

O książce: Ellie, Homer, Corrie, Kevin, Robyn, Lee i Fiona postanowili udać się do Piekła – miejsca za Szwem Krawca, które nie zostało skalane ludzką obecnością, nie licząc tajemniczego Pustelnika, który podobno zabił swoją żonę i dziecko. Te pięć dni w Piekle ich zmieniło. Co niektórych do siebie zbliżyło. I choć wszyscy byli zachwyceni tą niezwykłą przygodną, tęsknili za domami. Żadne z nich nie spodziewało się tego, co zastali po powrocie. Martwe psy, zdychające krowy, owce, ptaki i żadnych śladów po rodzinach. Wspólnie uznają, że przelot samolotów w jedną z nocy nie miało nic wspólnego z obchodami Dnia Pamięci. Wirawee, miasteczko w którym mieszkali, chodzili do szkoły i na imprezy, zostało zaatakowane przez wroga, a jego armie uwięziły wszystkich mieszkańców zarówno miasteczka, jak i okolicznych terenów rolnych. I choć przyjaciele zdecydowali się na powrót do Piekła, wiedzieli, że nie mogą tak tkwić bezczynnie. Nadeszło jutro, tak różne od dotychczasowego życia. Nadszedł czas walki.

Kiedy w swoje ręce dostałam „Jutro. Kiedy zaczęła się wojna”, w moim sercu zakwitło pewne uczucie. Uczucie dobrze mi znane – niepokój. Oczywiście – pierwsza część serii Johna Marsdena zdobyła wiele nagród, wielu ludzi uważa ją za lekturę fantastyczną, niewiarygodną, wyśmienitą. Jednak już dawno temu nauczyłam się nie ufać opinii tłumu, tym bardziej, że kiedy wchodzi jakaś nowa „moda” na książki, filmy czy muzykę, od razu dostaję na to alergii, a jak każdy alergik, trzymam się od swojego alergenu z daleka. Nic więc dziwnego, że trochę bałam się sięgnąć po „Jutro”, mimo, że sama wybrałam pozycję do recenzji. Kiedy jednak Ellie zaczęła mi opowiadać swoją historię, nie mogłam się od niej oderwać.

Kiedy się pomyśli o „Jutrze”, ma się przed sobą dwa obrazy. Jeden, to beztroskie życie w Piekle, a drugi to walka z oprawcami w Wirawee. Długo zastanawiałam się, co może się w takiej książce dziać. Nim zaczęłam czytać nowy bestseller, wiedziałam o wyjedzie grupy przyjaciół do Piekła, a później, że spotykają się z wojną i postanawiają walczyć. I o ile potrafiłam jeszcze sobie wyobrazić to, co mogło zajść między bohaterami w dziczy, za nic nie mogłam zrozumieć, co takiego będą oni robili, by sprzeciwić się wrogom. Okazuje się jednak, że mogą zrobić bardzo wiele.

Książka naszpikowana jest różnego rodzaju wydarzeniami, nie dając czytelnikowi okazji do nudy. Zaczynając od wygłupów na wyjeździe, które nie są niemożliwie wymyślne, ale które satysfakcjonują czytelnika, ze względu na realność wydarzenia, przez przeszukiwanie domów bohaterów i przeszpiegi w Wirawee, do akcji z mostem i powrotu do Piekła. A mimo to, nadal znajdujemy chwilę na opisy otaczającej bohaterów rzeczywistości i rozmowy między nimi – zarówno na tematy poważne, jaki i te nieco mniej. Mamy więc po raz kolejny do czynienia z książką, która w niewielkiej ilości stron, zmieści w sobie multum zdarzeń i wydarzeń, rozmyślań i rozmów, uczuć i myśli.

Język jest łatwy, prosty do zrozumienia, ale nie prymitywny. Mimo, że zarówno oryginał jak i tłumaczenie były pisane przez osoby dorosłe i doświadczone, bez przeszkód możemy uznać, że pisała to osoba młoda, która po prostu kocha to co robi i nie zamierza niczego ukrywać przed światem.

 „Homer umiał wnikać w umysły żołnierzy, myśleć jak oni i widzieć ich oczami. Zdaje się, że nazywają to wyobraźnią.”

Narracja jest pierwszoosobowa z pewnej perspektywy czasowej. Narratorką wydarzeń jest Ellie – jedna z pomysłodawczyń biwaku w Piekle. Bohaterka od początku daje nam do zrozumienia, że robi to po namowie „współlokatorów”, że to co pisze jest jej subiektywnym zdaniem i, że reszta nie powinna się na nią za to obrażać, że to, co robi, robi dla uczczenia czynów swoich jak i swoich przyjaciół, by to, co zrobili nie odeszło w zapomnienie. Jednak aż do końca książki czytelnik nie może się domyśleć, czy wydarzenia opisywane przez Ellie miało miejsce 3 dni od ich zdarzenia czy 3 lata, co z pewnością jest plusem.

Co do bohaterów – są charyzmatyczni, konkretni, widoczni, z dobrze zarysowanym charakterem, stylem mówienia, bycia, z typowymi tylko dla nich zachowaniami. I choć zmieniają się psychicznie i emocjonalnie w ciągu książki, nadal pozostawiają sobą, a ich zmiany są bardzo płynne i bardzo dobrze przeprowadzone, dzięki czemu nie mamy wrażenia pomieszania z wymieszaniem zachowań bohaterów między sobą.
Ogólnie – książka wyśmienita pod każdym względem. Bohaterowie są cudnie wystylizowani, mamy ciągłą akcję, a mimo to, możemy także na chwilę przystanąć i zamyślić się nad tą prawdopodobną rzeczywistością, nad uczuciami przyjaciół, pozachwycać się naturą wokół i przerazić chaosem na ulicach małego miasteczka. Historię czyta się łatwo, szybko i przyjemnie, jest co najmniej intrygująca i ze zniecierpliwieniem czekam na dalsze części serii jak i film :). 

Oczami Jenny: Książka jest napisana niezwykle realistycznie. Gdyby to nam przytrafiła się taka historia, zostawiłaby ona w nas głębokie rany, o których nie zapomnielibyśmy do końca życia i przez które zmienilibyśmy się nie do poznania. I to samo dzieje się z naszymi bohaterami. Nie są oni niezniszczalni, odporni na wszystkie wydarzenia, niezmienni. Wręcz przeciwnie! Homer – ten sam Homer, który na przerwach grał w grecką ruletkę, który irytował wszystkie dziewczyny w szkole, a nauczycielom dawał nieźle w kość – stał się człowiekiem poważnym, myślącym długofalowo, głównodowodzącym. Delikatnej Fi, która nie była aniołem tylko dlatego, że nie posiadała skrzydeł, spodobała się adrenalina i była często bardziej opanowana od szalonej Ellie, która nie potrafiła długo usiedzieć w miejscu i niezwykle często wyjeżdżała z Corrie na różne biwaki. Cicha i pobożna Robyn, która na samo brzmienie słowa „krew” mdlała, nie mogła się doczekać kolejnego zastrzyku dla Lee i zdejmowaniu mu szwów. Bohaterowie czuli głód, tęsknotę, złość, ból. Nie byli maszynami, które miały do odegrania jedynie konkretną rolę, ale wydawali się ludźmi z krwi i kości, dzięki czemu stali się nam bliscy.
 
„- To sytuacja bez wyjścia – wyjaśnił Kevin. – Gdybyśmy mieli czekoladę, znalazłbym w sobie energię, żeby wyruszyć do samochodu po więcej czekolady. Ale bez czekolady nie uda mi się pokonać nawet pierwszego stopnia.”

Autor: John Marsden
Tytuł: Jutro. Kiedy zaczęła się wojna
Seria: Jutro
Tłumacz: Anna Gralak
Liczba stron: 270
Wydawnictwo: Znak Literanova
Data wydania: 6 kwietnia 2011

Polecam:
Wydawnictwo Znak
Seria Jutro na facebook’u
Oficjalna strona serii Jutro

„Jutro” Johna Marsdena dostałam od wydawnictwa Znak Literanova. Dziękuję ślicznie :).

wtorek, 26 lipca 2011

Miła niespodzianka, która wypchnęła z kolejki "Jumpera" i drugą część Wohli Rednej...


"Zwycięzcy piszą historię, a pokonani tworzą nowe mity, aby usprawiedliwić przeszłość i osłodzić przyszłość"
Morris West


O serii: Nie od dziś Porządek walczy z Chaosem i nie od dziś Zakon zmienia bieg historii, by wygrać tę odwieczną potyczkę. Porządek nie może na to pozwolić, więc powołał Straż, która ma strzec przeszłości przed Chaosem i jej Zakonem. Nadszedł jednak czas. Narodzili się ludzie, o których mówi pradawne Proroctwo. Wybrańcy muszą poznać swą  tożsamość i stanąć w walce, która została wpisana w ich przeznaczenie.


O książce: Na szesnastoletniego Ethana czekała fantastyczna informacja. Arkarian - jego dawny Nauczyciel - oznajmił mu, że już wkrótce chłopak zostanie pełnoprawnym członkiem Straży - organizacji powołanej przez Porządek do walki z Chaosem i jej Zakonowi. Ponadto zostanie mu przypisany Uczeń. A właściwie... Uczennica. Choć o rok młodsza Isabel - siostra byłego najlepszego przyjaciela chłopaka, która swego czasu kochała się w Ethanie - wielu rzeczy nauczyła się sama, nadal potrzebuje Nauczyciela. I choć Matt - brat dziewczyny - nie jest zachwycony, musi pogodzić się z tym, że jego siostra i Ethan będą spędzali ze sobą wiele czasu (pod pretekstem wspólnego projektu z historii). Nauczyciel i Uczennica mają tylko trzy tygodnie do kolejnej misji Ethana, w której Isabel będzie uczestniczyła. Czasu mają niewiele, a Matt zaczyna coś podejrzewać... No i gdzie leży legendarny Veridian?

Pierwsze co rzuca się w oczy, to dwutorowa narracja oczami Ethana i Isabel. Pomysł godny pokłonów. W wielu książkach możemy spotkać się z narracją pierwszoosobowa (choć i tak króluje trzecioosobowa), dzięki której możemy poznać bohatera od środka. Zastosowanie dwutorowej narracji pierwszoosobowej sprawia, że oprócz poznania obojga bohaterów, możemy spojrzeć na różne rzeczy z dwóch różnych perspektyw. I choć bardziej podobała mi się narracja Isabel, więcej było Ethana (o dwa rozdziały, bo o dwa, ale więcej).

Fabuła książki jest niemożliwa! Jestem niemal pewna, że autorka postawiła sobie za punkt honoru pozostawienie Ethanowi i Isabel oraz innym bohaterom serii i czytelnikom całe mnóstwo pracy, misji, niespodzianek i zasadzek. Ogólnie - dużo akcji i innych atrakcji. I z całą pewnością wybroniła swój honor. W 431 stronach opowieści dzieje się niemożliwie wiele rzeczy. Sprzeczki, rozmowy, treningi, misje, niebezpieczeństwa i potyczki, które trudno zliczyć. Autorka żągluje różnymi wydarzeniami, zgrabnie wplątując je w ogólny świat przedstawiony, który jest bliski nam a jednocześnie niewymownie fantastyczny. Akcja jest płynna, nieprzerwana, swego rodzaju jednolita (w pozytywnym tego słowa znaczeniu - wszystko pasuje do siebie, nie ma wydarzenia, które jakoś specjalnie wybija się na tle historii). Z jednej strony jestem pełna podziwu, że tyle wydarzeń zmieściło się w tych 431 stronach, a z drugiej nieco żałuję, że autorka nie poświęciła nieco więcej miejsca na wydarzenia, sprawiając, że możemy nieco przywyknąć do pewnego stanu rzeczy.

Język jest miły, prosty w odbiorze, sprawia, że książkę się połyka w całości (choć akcja też jest niezwykle istotna). Wydaje się, że sposób wyrażania się bohaterów nieznacznie różni się od siebie w zależności na czyją narrację natrafimy. I choć raz pierwszy spotykam się z tłumaczeniem Pani Małgorzaty Kaczarowskiej, jestem nim zachwycona. Ma ona o wiele "lżejsze pióro" niż Tomasz Illg (również wyd. Jaguar), z którego tłumaczeniami już kilka razy się spotkałam. Kłaniam się - tym razem tłumaczowi :).
Bohaterowie są wyraziści, z dobrze zarysowanym charakterem, ideami, sposobem bycia i wyrażania się. Jeśli ktoś ma depresję, to ją ma. Jeśli kogoś boli, że odszedł od niego ojcec, to go boli. Jeśli komuś na czymś zależy, to mu zależy. Jeśli ktoś komuś nie ufa, to mu nie ufa. Jeśli ktoś nie może się otrząsnąć ze śmierci córki po dwunastu latach, nie otrząśnie się z niej dopóki jego syn nie oznajmi mu, że dołączył  do Straży. Jedynie zachowania dwójki bohaterów wydają mi się nieco przerysowane - Shauna i Cartera, możliwe jednak, że był to zabieg celowy, który miał na celu nakreślenie konsekwencji podjętych w przeszłości decyzji. Tak czy inaczej - książka potrafi zaskoczyć, jednak czujny czytelnik będzie zachwycony wiedząc, że podejrzewał już coś wcześniej.

Oczami Jenny: Nie ma co robić z tego ogromnej tajemnicy - istotnym elementem książki są podróże w czasie, a właściwie w przeszłość (były AŻ dwie, ale to się wytnie ;]). I zrobiły na mnie wrażenie. A skoro zrobiły na mnie wrażenie, to znaczy, że są dobre. Autorka bardzo ładnie wybrnęła z problemu samych przenosin, a także ze znajomości języka, akcentu, wszystkich istotnych wydarzeń i wyglądu samych bohaterów, kiedy muszą znaleźć się, ot choćby, w czasach młodu króla Ryszarda czy choroby Abigeil - przyszłej żony przyszłego vice-, a następnie prezydenta Stanów Zjednoczonych: Johna Adamsa. Oprócz tego nie miała "gdzieś" konsekwencji zmian w przeszłości. Jeśli w przeszłości zostało coś zmienione - miejsca, rzeczy, ludzie - teraźniejszość także się zmienia: ludzie giną, miejsca zanikają, rzeczy przestają istnieć. Kolokwialnie mówiąc - efekt motyla nie został bezkarnie olany. Jestem z tego powodu niewymiernie szczęśliwa. Składam pokłony.

"Twoje lęki będą tam zwielokrotnione. jeśli im się poddasz, istoty z twoich koszmarów staną się rzeczywistością. Jeśli zachowasz jasność myśli, nic ci nie grozi. W tym miejscu znajdujesz dobro i zło, ale najczęściej wędrujące zabłąkane dusze, istoty nieświadome nawet tego, że są martwe. One właśnie przybiorą postać twoich lęków."
~Arkarian

Autor: Marianne Curley
Tytuł: Straż
Seria: Strażnicy Veridianu
Tłumacz: Małgorzata Kaczarowska
Liczba stron: 431
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 4 maja 2011

Polecam:
Wydawnictwo Jaguar
Na ratunek "Strażnikom Veridianu"! Pomóżmy dobrej książce!

"Straż" dostałam od wydawnictwa Jaguar. Ślicznie dziękuję :).

wtorek, 28 czerwca 2011

Sponsorem dzisiejszego posta jest hasło: „Jak już pisałam w poprzedniej recenzji…” :) 

O serii: Marzyliście kiedyś o tym, by zostać obdarowanym mocą? By musieć walczyć ze złem? By być kimś więcej niż kolejną osobą w anonimowym tłumie przechodniów? One z pewnością wiele by dały, by wam to wszystko oddać i wrócić do normalnego życia. Cztery dziewczyny z Los Angeles - Vanessa, Catty, Serena i Jimena - są kimś więcej niż przyjaciółkami. Są Córkami Księżyca, a każda z nich posiada moce, które czasem są prawdziwymi zmorami, szczególnie, gdy chłopak twoich marzeń ma cię właśnie pocałować. Sprawy nie ułatwia im Atrox i jego ofiary (tzn... Wyznawcy, ale ostatecznie to nie robi różnicy), którzy czyhają na życie dziewczyn. Na domiar złego oprócz problemów z cieniami, pojawiają się problemy z facetami - bo w końcu z facetami zawsze muszą być jakieś problemy ;).

O książce: 

NOCNY CIEŃ
W życiu piętnastoletniej Jimeny Castillo - Córki Księżyca potrafiącej przewidywać przyszłość, byłej gangsterce, dwa razy będącej w zakładzie i posiadającej dwa więzienne tatuaże - zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Przede wszystkim wraca do niej Veto - miłość jej życia, która zginęła rok wcześniej w wojnie gangów! Oprócz tego od Cassandry - Wyznawczyni niegdyś zakochanej na zabój w Stantonie - czuć na kilometr, że coś knuje. I choć z biegiem czasu wszystko zaczyna się układać – Veto wrócił na stałe, Cassandra gdzieś niknęła, a trzęsienia ziemi ustały, nadchodzi czas spotkania z Maggie, która informuje Córki Księżyca o nadchodzącym niebezpieczeństwie i prosi o ostrożność, ponieważ Antrox jest niezwykle podstępny. Nie mówiąc już o wizjach, w których Jimena po raz kolejny traci ukochanego. A przecież jej wizje zawsze się sprawdzają…

TAJEMNY ZWÓJ
Dla Catty Turner – Córki Księżyca, która potrafi podróżować w czasie – był to ciężki dzień. Z klasówki z geometrii dostała D, Vanessa się na nią obraziła za tekst o Michaelu Saratodze, a na koniec Kendra – przybrana matka Catty – informuje, że dzwonili do niej z biura Koronera Okręgowego Los Angeles. Dziewczyna dowiaduje się, że jej biologiczna matka nie żyje. Kiedy Córka Księżyca miała 6 lat, Kendra znalazła ją na poboczu drogi prowadzącej przez pustynię. Kiedy Kendra wraz z Catty proszą recepcjonistkę o dowód, że Zoe Reese naprawdę jest matką dziewczyny, ta wyciąga klasówkę Córki Księżyca, z którego dostała A. A właściwie z którego dostanie, bo na klasówce miała być dopiero w przyszłym tygodniu! Na odwrocie kartki były dane dziewczyny napisane jej własną ręką! A wyżej już innym charakterem pisma: „W nagłym wypadku skontaktować się z moją córką”. W między czasie tajemniczy nieznajomy daje jej pewny tajemny zwój, a matka prosi, by nie ufać Maggie. Na domiar złego Chris – chłopak dziewczyny – dziwnie się zachowuje.

Podobnie jak poprzednie części, druga część „Córek Księżyca” autorstwa Lynne Ewing jest książką miłą, sympatyczną, uroczą i odstresowującą, przy której czas leci w zastraszającym tempie. Po raz kolejny jednym z ważniejszych problemów jest chłopak - tym razem należy uratować i zrozumieć dlaczego się dziwnie zachowuje.


W recenzji „W zimnym ogniu” wspomniałam, że jedynym źródłem humoru są kłótnie Jimeny z Collinem. I, niestety, tak jak powiedziałam – kiedy się skończyły, skończył się także humor. Mogę was jednak pocieszyć, że pojawiający się od czasu do czasu w „Nocnym cieniu” Collin i jego zachowanie, sprawia, że nie potrafimy się nie uśmiechnąć. W „Tajemnym zwoju” sytuacja przedstawia się już nieco inaczej – Jimena z Collinem spadają na dalszy plan, natomiast na pierwszym pojawia się Catty – choć ta część przygód Córek Księżyca jest ogólnie… nieco inna od reszty.


Coś co podobało mi się piekielnie w serii, a co jest, z przyczyn oczywistych, spotykane najczęściej w „Nocnym cieniu”, to przypisy. I nie chodzi mi tu przypisy typu „Czym są papryczki jalapeño?” czy „Z czego są zrobione quesadilla?” (co nie znaczy, że i te nie są przydatne ;]), tylko o wyjaśnienia hiszpańskich słów, które co jakiś czas wypowiadane są przez Jimenę. Ja - osoba zakochana w hiszpańskim, a która nie ma warunków do uczenia się tego cudnego latynoskiego języka – jestem tym zachwycona i piszczę ze szczęścia za każdym razem, kiedy widzę, że mam szansę nauczyć się kolejnego słówka.


A jeśli już jesteśmy przy tłumaczeniach… Muszę wspomnieć o tłumaczach (ostatnio spotkałam się z opinią, że recenzenci w ogóle nie zwracają na nich uwagi, a przecież tłumacze tłumacząc utwory sami stają się jakby współautorami książki i to od nich w sporej mierze zależy czy dana pozycja będzie się podobać czytelnikowi czy nie). Szczerze mówiąc wątpię, by komentarze do ich pracy pojawiały się dość często, ze względu na to, że zazwyczaj nie mam porównania i nie wiem czy tłumacz dobrze się sprawdził, jednak w tym przypadku sobie na to pozwolę, ponieważ „Córki Księżyca” były tłumaczone przez trzy różne osoby. W poprzedniej recenzji wspomniałam o „opisach wtórnych”. Kiedy sięgnęłam po „Nocnego cienia” szybko pożałowałam swojej opinii. Czytając przygodę Jimeny miałam nieustające wrażenie déjà vu i długo zastanawiałam się, czy to było naprawdę déjà vu czy może taki sam opis znajdował się w poprzedniej części „Córek”. Kiedy jednak zaczęłam „Tajemny zwój” zdałam sobie sprawę, że napisanie dobrych „opisów wtórnych” jest naprawdę trudne, a mimo to Ewa Bobocińska stanęła na wysokości wyzwania. Czytając „powtórki z rozrywki” czasami nie zdawałam sobie nawet sprawy, że wcześniej dana sytuacja nastąpiła, ponieważ opis idealnie wpasował się w akcję powieści. I mimo że jestem pełna szacunku do Tomasza Illga za doskonałą znajomość dwóch języków obcych, zawiódł mnie strasznie używaniem gotowych tłumaczeń. Za każdym razem jestem oburzona, kiedy recenzenci kopiują opis książki z innych stron, więc takie zagrywki ze strony tłumacza są dla mnie niedopuszczalne.


Na koniec… Napisałam to w poprzedniej recenzji i muszę napisać to i w tej. Krótko, bo krótko, ale muszę. Mam wrażenie, że akcja zbyt szybko idzie do przodu. Wszystko co zaczyna się w danej części, musi się w danej części skończyć. Brak „długodystansowych” wątków, które mogłyby trwać dłużej niż jedna część serii. Nie mamy czasu przyzwyczaić się jakiegoś stanu rzeczy, ponieważ wszystko się nagle kończy, a rozpoczyna coś zupełnie innego.

Oczami Jenny: Jak już pisałam w poprzedniej części – „Córki Księżyca” nie są wymagającą lekturą, a mimo to potrafi zaskakiwać. Za ten fenomen odpowiedzialny jest punkt kulminacyjny. A właściwie dwa punkty kulminacyjne. Jesteśmy nauczeni z książek czy filmów, że jest on jeden, że mowa o nim przez cały czas i że po nim akcja zwalnia, wszystko powoli jest wyjaśniane i nie można spodziewać się czegoś niespodziewanego. Twórczość Lynne Ewing łamie jednak te zasady. Kiedy nie spodziewamy się już niczego nowego, kiedy walka ze złem została już stoczona, okazuje się, że to nie koniec przygody. Wręcz przeciwnie – czeka nas coś naprawdę niezwykłego. I nie boję się teraz o tym mówić, ponieważ nawet mając tę świadomość, bez problemów nabieramy się na dwa punkty kulminacyjne :).

Autor: Lynne Ewing
Tytuł: Nocny cień; Tajemny zwój
Seria: Córki Księżyca
Liczba stron: 360
Wydawnictwo: Jaguar

Data wydania: 15 czerwca 2011 

Polecam:
Wydawnictwo Jaguar 
Forum Córki Księżyca 

Córki Księżyca na facebooku

„Córki Księżyca” dostałam od wydawnictwa Jaguar. Ślicznie dziękuję :).

niedziela, 19 czerwca 2011

Historie idealne po ciężkim tygodniu... :)

O serii: Marzyliście kiedyś o tym, by zostać obdarowanym mocą? By musieć walczyć ze złem? By być kimś więcej niż kolejną osobą w anonimowym tłumie przechodniów? One z pewnością wiele by dały, by wam to wszystko oddać i wrócić do normalnego życia. Cztery dziewczyny z Los Angeles - Vanessa, Catty, Serena i Jimena - są kimś więcej niż przyjaciółkami. Są Córkami Księżyca, a każda z nich posiada moce, które czasem są prawdziwymi zmorami, szczególnie, gdy chłopak twoich marzeń ma cię właśnie pocałować. Sprawy nie ułatwia im Atrox i jego ofiary (tzn... Wyznawcy, ale ostatecznie to nie robi różnicy), którzy czyhają na życie dziewczyn. Na domiar złego oprócz problemów z cieniami, pojawiają się problemy z facetami - bo w końcu z facetami zawsze muszą być jakieś problemy ;).

O książce: Pierwsza myśl jaka nasuwa się po spotkaniu Sereny Killingworth - specyficzna dziewczyna. Krótkie czarne włosy z rudymi końcówkami, kolczyk w języku, niepowtarzalny styl i nieodłączna wiolonczela. Przykładna uczennica, odważna, nigdy się nie poddająca, potrafiąca wróżyć z kart tarota, wspaniała przyjaciółka, mająca niesamowicie przystojnego brata surfera. Ideał. Nikt by się nie spodziewał, że to właśnie ona wraz z przyjaciółkami – Jimeną, Vanessą i Catty – jest Córką Księżyca, choć nie przeszkadza jej to, a nawet cieszy się, że może zrobić coś więcej niż większość ludzi. Do pełni szczęścia brakuje jej jedynie chłopaka. Kiedy ostatnim razem umówiła się z kimś na randkę, była tak zdenerwowana, że odpowiadała na pytania towarzysza, choć nie zadał żadnego z nich. Serena odpowiadała na jego myśli, bowiem ma moc wchodzenia w czyjeś umysły. Pewnego wieczora, kiedy dziewczyna spacerowała po plaży, była świadkiem jednej z ceremonii Antroxa – Frigidus ignis, w której Lecta lub Lectus – Wybranka lub Wybraniec z grona Wyznawców- zyskiwali nieśmiertelność. Następnego dnia Córką Księżyca zainteresował się nowy uczeń – Zahi – który przyjechał z Francji, a na którego to „lecą” wszystkie dziewczyny w szkole. I choć Serena zadurzyła się w nim po uszy, Maggie – podopieczna Córek Księżyca – uważa, że dziewczyna powinna się go wystrzegać. Nie mówiąc już o wizji Jimeny, kiedy to Bogini wchodzi do ziemnego ognia będąc Lectą. Podobnie sądzi Stanton, który zapewnia ją, że Zahi usuwa jej wspomnienia. Tylko niby dlaczego Serena ma ufać Stantonowi?


Podobnie jak poprzednia część, "W zimnym ogniu" jest opowieścią miłą, sympatyczną, uroczą i odstresowującą. Poraz kolejny jednym z ważnejszych problemów głównej bohaterki jest chłopak - tym razem należy go znaleźć, uwieść, schwytać i nie puścić. Schytanym i uwiedzionym jest tym razem Zahi i choć dalszy rozwój wydarzeń jest tak łatwy do przewidzenia - i tak wzdychałam ilekroć jego imię pojawiało się w tekście, choć moje serce w tej serii nadal należy (ogólnie do Johna Tolkiena i Charlesa Williamsa z Kronik Imaginarium Geographica oraz Halta ze Zwiadowców) do Stantona.

Muszę przyznać - fabuła jest przewidywalna. Zaczynając od problemów z chłopakiem, przez Zahiego, aż do ceremonii Frigidus ignis. Cieszę się jednak z tego. Dzięki temu nie... Może nie powinnam mówić dalej, żeby chociaż to pozostało owiane mgiełką tajemnicy? Pogadamy jak przeczytacie :).
Prosty język, wartka akcja i nastoletnie problemy (jakby nie patrzeć - nieco śmieszne. Chłopak?) sprawiają, że książkę czyta się łatwo, szybko i przyjemnie. Kiedy zaczyna się lekturę - nie można od niej tak łatwo odejść.

Kusi mnie, żeby napisać, że humor w książce sprawia, że możemy bez wyrzutów sumienia wybuchnąć śmiechem, jednak... Napisanie tego byłoby kłamstwem. Przynajmniej z moim poczuciem humoru. Sądzę jednak, że nie jest to zbrodnia. Autorka chce utrzymać książkę przynajmniej na takim poziomie, na którym nie ma bezsensowych sytuacji, które nie mają dalszego znaczenia w akcji. Z własnego doświadczenia (ach, to gimnazjum... -.-') wiem, że humor współczesnych młodych ludzi nie jest... Emm... zbyt wymagający i inteligentny (tzn... nie ma w nim nic śmiesznego. Jest zboczony, oparty na przekleństwach i brak mu jakiegokolwiek sensu), więc pominięcie tego elementu życia amerykańskich nastolatek było chyba dobrym pomysłem, choć, jakby nie patrzeć, brakuje mi czasem inteligentnego żartu czy ironii. Jedynym momentem, w którym możemy się pośmiać lub choćby pouśmiechać pod nosem, to rozmowy Jimeny z Collinem - bratem Sereny - którzy za sobą nie przepadają. Subtelne insynuacje i "walnenie prosto z mostu" w rozmowach tych dwojga, sprawia, że mam ochotę czytać ich na okrągło. Jednak i tu mam dla was złą wiadomość - Bogini i surfer pogodzili się pod koniec książki, a z biegiem czasu Collinowi zaczyna podobać się Jimena. Choć biorąc pod uwagę wydarzenia z "Nocnego cienia", nic nie jest jeszcze stracone. Chyba.

A skoro jesteśmy już przy Jimenie i Collinie i ich zgodzie... Mam wrażenie, że mamy do czynienia z kolejną autorką, która za wszelką cenę chce skończyć zaczęty wątek i rozpocząć nowy (jak to miało miejsce w "Z ciemnością jej do twarzy" K. Keaton). Wątek kłótni Bogini i surfera rozpoczął się w "Zimnym ogniu" i w "Zimnym ogniu" się skoczył, czego szalenie żałuję. Kontynuowanie tego pomysłu wniosło by nieco "pikanterii" z normalnego życia do książek, nie mówiąc już wcześniej wspomnianym humorze. Nie wspominając jeszcze o owej Tajemnicy*. Seria "Córki Księżyca" liczy sobie w oryginale 13 części, a już w drugiej żegnamy się z kłótniami i możliwością budowania napięcia związanego z Tajemnicą (którą myślałam poznać dopiero w piątej części!).


Oczami Jenny: Coś, co mi się potwornie spodobało w książkach to tzw. przeze mnie "opisy wtórne" (niestety, nie mogłam znaleźć fachowej nazwy, o ile taka w ogóle istnieje). Chodzi mi o momenty, w których autorka krótko opisuje wydarzenia z poprzedniej części przygód bohaterek. Choć zdania na ten temat są podzielone ("To tylko utrudnia czytanie." "Kto normalny zaczyna czytać serię od połowy?"), uważam, że to bardzo dobre rozwiązanie dla tych, którzy dopiero co zaczynają swoją przygodnę z "Córkami". Dzięki temu nie muszą zaczynać od samego początku, a od części, którą aktualnie mają w ręce, a później dopiero mogą wrócić do części poprzednich, jeśli są ciekawi jak to wyglądało w wersji oryginalnej. Jestem jak najbardziej za :).


Autor: Lynne Ewing
Tytuł: W zimnym ogniu
Seria: Córki księżyca
Tłumacz: Błażej Kubacki
Liczba stron: 174
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 18 maja 2011

Polecam:
Wydawnictwo Jaguar
Forum Córki Księżyca
Córki Księżyca na facebooku

„Córki Księżyca” dostałam od wydawnictwa Jaguar. Ślicznie dziękuję :).
--------
* pisząc Tajemnicę z wielkiej litery, mam nadzieję was Nią zaiteresować, byście w końcu sięgnęli po "Córki" :)

niedziela, 12 czerwca 2011

Miał być nowy podpunkt "Bohaterowie" jednak wspomniałam o nich po drodze, a "Oczami Jenny" nie ma, bo... Jakoś nie znalazłam w książce nic, co bym uznała za zaskakujące i ciekawe jednocześnie.




O serii: Nie będzie łatwo. Od zawsze Ari wiedziała, że wyróżnia się z tłumu. Długie, niemal białe włosy i nienaturalnie intensywne zielone oczy są zmorą dziewczyny, których chce się pozbyć  za wszelką cenę. Kiedy jednak dowiaduje się kim jest jest matka, ojciec i ona sama, okazuje się, że jej wygląd jest najmniejszym z jej problemów. Na jej żyje czyha Atena, a jej niesamowite zdolności pragnie posiąść Novem, które opiekuje się Nowym 2 – starym Nowym Orleanem, na które spłynęły dwie klęski żywiołowe jednocześnie. Nie będzie łatwo, jednak Ari ma pod ręką przyjaciół – Sebastiana, mieszkańców domu przy First Street 1331, Michela i resztę dawnych więźniów Ateny – a i Novem nie zamierza zostawiać dziewczyny bez ochrony. Przyszedł czas zemsty.

O książce: Rok 2027. Siedemnasto- i pół –letnia Aristanae próbuje dowiedzieć się kim była jej matka, która porzuciła ją zaraz po wydarzeniach w Nowym 2, a sama zgłosiła się do szpitala psychiatrycznego Rocquemore House. Składając wizytę w ów szpitalu, dziewczyna dowiaduje się, że matka w wigilię swoich dwudziestych pierwszych urodzin popełniła samobójstwo i zostawia córce pudełko po butach z biżuterią i dwoma listami. Jeden z nich adresowany jest do Ari, drugi do Eleni – jej matki. Oba listy miały podobną treść. Nadawczyniom nie udało się uciec od przeznaczenia, na ich rodzinie ciąży klątwa, należy  znaleźć sposób, by ją zdjąć i nie można pozwolić na to, by je złapano. Wbrew zakazowi przybranych rodziców – Bruce’a i Casey – Ari wybiera się do Nowego 2. Tam poznaje Bastiana, Crank, Violet, Duba i Henriego. Z ich pomocą dziewczyna dowiaduje się więcej o rodzicach i klątwie, która na niej spoczywa. Jednak Łowcy τέρας wciąż depczą jej po piętach.

Książka zaskakuje. I to zaskakuje tym jak bardzo idzie po szablonie. Z początku książka robiła na mnie ogromne wrażenie. Podziwiałam autorkę – Kelly Keaton (a właściwie Kelly Gay)– za to, że nie bała się zastosować zużytych już chwytów, jak np. sposóbu opisu wyglądu bohaterki. „Spojrzałam w lustro i zobaczyłam to i to. Kiedyś coś tam z czymś tam. Do tej pory nie mogę uporać się z tym i tamtym. Nie mówiąc już tym i o tym. Mam już tego dość.” Z biegiem czasu zauważyłam jednak, że to nie odwaga, a po prostu styl pisania. Kiedy ma się wrażenie, że nie może być mniej oryginalnie, dochodzi się do momentu, który powala resztę na kolana. Czytając pierwszą część serii o Ari, miałam wrażenie jakbym czytała książkę napisaną przez nastolatkę, która pragnie w przyszłości zostać pisarką. Szczerze mówiąc – gdybym chciała czytać takie książki cały czas, zostałabym nauczycielką języka polskiego w gimnazjum, zadawałabym co rusz opowiadanie do napisania i dodawała co jakiś czas przekleństwa do tych lepszych wśród przeciętnych. I mówię to ja – uczennica gimnazjum kończącz drugą klasę, która prace klasowe z języka polskiego pisze na cztery albo słabe pięć.


Rozumiem, że autorka pisała trochę czasu tę książkę, przywiązała się już do bohaterów i żyje kolejnymi częściami, jednak mam wrażenie, że relacje między uczestnikami wydarzeń zbyt szybko się rozwijają, np. te między Ari a Bastianem. Dziewczyna poznała Sebastiana pierwszego dnia wieczorem, w dodatku nie za bardzo za sobą przepadali. Drugiego dnia, natomiast, wystarczyło, żeby zemdlała na środku ulicy, a tuż po jej przebudzeniu zaczynają się tulić, kleić do siebie i całować. Nie, że mam coś przeciwko ich związkowi (mnie Bastian spodobał się od pierwszej chwili), mam jednak wrażenie, że wszystko dzieje się zbyt szybko. 

Nie mówiąc już o tym, że później autorka jakby zapomniała o tym, że tych dwoje bohaterów jest razem.
Poza tym – w pewnym momencie doświadczyłam „wszechwiedzącego autora”, tzn. autor wie wszystko, a czytelnik nic. Żeby wyjaśnić o co chodzi, muszę uchylić rąbka tajemnicy – Ari jest gorgoną. A dowiadujemy się o tym ni stąd, ni zowąd, więc zaczynamy się zastanawiać czy nie skleiły nam się przypadkiem kartki. W końcu Ari boi się węży, jej matka „miała omamy”, że wychodzą z je głowy, a tu nagle widzimy:

„Węże. Co najmniej trzydzieści. Zebrały się na brzegu mokradeł, tam gdzie woda stykała się z ziemią. Unosiły się na powierzchni. Razem. Zwabione tutaj. Wpatrywały się w grobowiec. We mnie. Wpatrywały się we mnie. (…)Moim ciałem wstrząsnął gwałtowny dreszcz. Mocno potarłam twarz, próbując zetrzeć obraz tkwiący w mojej głowie i pozbyć się przerażającej świadomości, że węże przybyły po to, by zobaczyć mnie. By oddać cześć swojej królowej. Meduzie. Gorgonie.”
i przez co najmniej piętnaście minut zastanawiamy się kiedy się o tym dowiedzieliśmy. Dopiero później przypominamy sobie, że kilka stron wcześniej było o tym, że Atena rzuciła na potomkinię Ari klątwę, która „niesie za sobą brzydotę i truciznę” jednak to tyle co wiemy o tym, jak zrodziła się Meduza. Co prawda istnieje prawdopodobieństwo, że zabieg był celowy, jednak… Chyba żadnemu czytelnikowi nie przypadł do gustu. 


Ponadto – odniosłam wrażenie, że w połowie książki autorka postanowiła zmienić koncept dotyczący głównej bohaterki. Z początku Ari wydawała mi się postacią silną, pewną siebie, która nie daje sobie w kaszę dmuchać, która potrafi skopać tyłek największym mięśniakom, a bliski kontakt z bogami nic by jej nie zrobił. W pewnym momencie dziewczyna zmienia się nie do poznania niewiadomo kiedy i z jakiego powodu. Staje się krucha, delikatna, ulotna. Gdyby ją dotknąć – rozsypałaby się w drobny mak. Naiwna, straciła zdolność łączenia faktów i racjonalnego myślenia w trudnych sytuacjach. A pod koniec książki – żądna krwi. Gdyby Novem nie zgodziło się na żądania, jakie im przedstawiła, momentalnie rozniosłaby w pył całe Nowe 2. Gdyby jeszcze te zmiany były czymś spowodowane… Wydaje się jednak, że autorka zmienia osobowość Ari dla jej „widzi mi się” lub dlatego, że zapomniała, jaka była przed chwilą (przy czym druga możliwość wydaje mi się mało prawdopodobna). 


Co, oprócz tego wszystkiego, doprowadzało mnie jeszcze do szewskiej pasji? Opisy strojów! Byłam wdzięczna autorce, kiedy opisała suknie balowe Ari i Violet, jednak w reszcie przypadków mogła sobie dać spokój. Tym bardziej, że główna bohaterka i tak zawsze była ubrana na czarno od stóp do głów. 
Mimo to – widzę potencjał. Pomysł na historię jest ciekawy, bohaterowie konkretni (nie licząc nieszczęsnej Ari), z biegiem czasu talent autorki się rozwinie i nie będzie musiała stosować starych chwytów rodem z blogów („zrobiła poranne czynności, letki (sic!) makijaż i zeszła na dół na śniadanie”). Choć na to już chyba nieco za późno – po wydaniu czterech książek i trzech latach pracy nad nimi. 


Niezłą robotę wykonał także grafik, który wykonał okładkę do książki. Szczerze mówiąc to właśnie przez nią postanowiłam sięgnąć po tę pozycję. Kiedy stałam we Wrocławskim „Notabene” i musiałam wybrać między „Z ciemnością jej do twarzy” (K. Keaton), „Skrzydła Laurel” (A.Pike) a „Syreną” (T.Raybun), wybrałam właśnie „Ciemność” ze względu na okładkę. Szłam w ślepo – nie czytałam wcześniej żadnych opinii, tytuły podanych książek obiły mi się jedynie raz czy dwa o uszy, a na tyle okładki patrzała wyłącznie, by sprawdzić cenę. Jak widać – przysłowie „Nie oceniaj książki po okładce” jest wciąż aktualne.




Autor: Kelly Keaton
Tytuł: Z ciemnością jej do twarzy
Seria: O
Tłumacz: Anna Gralak
Liczba stron: 264
Wydawnictwo: Znak emotikon

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Uwaga! Seria dla czytelników o mocnych nerwach.

O serii: Wszyscy powyżej 15 roku życia znikają. Nauczyciele. Lekarze. Policjanci. Rodzice. A nawet uczniowie. Wolność? Swoboda? Brak zasad? Z pewnością. Nikt jednak nie spodziewa się, że może to doprowadzić do nieopisanej katastrofy. W Perdido Beach - miasteczku na zachodnim wybrzeżu Oceanu Spokojnego, gdzieś w Californii - zapanował chaos. Pół tysiąca dzieciaków zostało bez rodziców, a wszystko spoczywa na barkach Sama Temple - surfera, który do tej pory nie miał żadnych zmartwień. Ponad to: Orc i jego ludzie próbują objąć władzę, wokół miasteczka wyrósł znikąd tajemniczy mur, z Coates Academy przyjechał Caine z "kolegami", a tajemnicza Ciemność próbuje pożreć dzieci. I aż trudno uwierzyć, że za to wszystko odpowiedzialny jest pięcioletni chłopiec...


O książce: Lekcja historii. Wszystko tak jak zawsze: gorąco, duszno, nauczyciel nudzi wojną secesyjną, a każdy robi cokolwiek, byle tylko nie zasnąć. I nagle wszystko się zmieniło. Wraz ze zniknięciem dorosłych - ład i porządek. Dzieciaki czując się wolne, robią co tylko chcą. Grają na konsolach przez cały dzień, obżerają się słodyczami, warzywa i owoce wyrzucają do śmieci. Kradną, uciekają, powodują bójki. Pragną władzy. Jednym słowem: chaos. A wraz z nim do serc młodych ludzi zakrada się niepokój. W jednej chwili wszyscy pojmują, że potrzebują przywódcy. Pech chciał, że stał się nim Sam Temple - młody surfer, z którego, jeszcze niedawno wszyscy szydzili. I choć nie ma na to najmniejszej ochoty, musi walczyć, by tego stanowiska nie objął okrutny Orc z lizusem Howardem czy niebezpieczny Caine z tajemniczą Dianą i  psychicznym Drake'iem. A przecież ma tylko niecałe 300 godzin...

Cała seria "GONE" nie jest lekką lekturą, choć z pewnością "Niepokój" jest najłatwiejszy. Postapokalityczny świat - ETAP (Ekstremalne Terytorium Alei Promieniotwórczej) - w którym muszą żyć bohaterowie historii, jest bardzo realistyczny pod względem życia codziennego. Większość dzieciaków w wieku 8-15 lat nie ma jeszcze świadomości, jakie mogą być konsekwencje ich czynów. I właśnie tego próbuje nauczyć autor serii - Michael Grant. Próbuje nauczyć, że istnieje coś takiego jak ciąg przyczynowo-skutkowy, a także, że każdy czyn ma swoje konsekwencje. A ponieważ przekazuje tę wiedzę w dość radykalny sposób, każdy, kto przeczytał jego książki, wiedzę na ten temat zdobył.

Gdyby możliwe było posiadanie mocy, opis wydarzeń zawartych w książce również odpowiadałby nam zachowaniu nastolatek w normalnym świecie. Z początku niepokój i respekt przed dzieciakami posiadającymi niezwykłe zdolności, a później bunty i bójki (choć te jeszcze nie mają miejsca w fazie pierwszej). Skąd to wiem? Wystarczy spojrzeć na nieco zamożniejsze dzieciaki (zarówno te, które się tym szczycą, jak i te, które tego nie chcą) i ludzi wokół nich (zazdrosne, pogardzające, jak i mające wszystko gdzieś). Według mnie sytuacja jest identyczna i doskonale opisana przez autora z dreszczykiem emocji.
Wbrew pozorom książka jest napisana naprawdę prostym językiem, który łatwo trafia do młodzieży. Ponadto - większość problemów jakie dotyka bohaterów, są bardziej realne niż może nam się to wydawać. Szkolne osiłki, pierwsze miłości, zdrady przyjaciół są prawdziwymi problemami młodych ludzi. Nie potrzeba nam więc tajemniczych stworzeń, niezwykłych zdolności i zmutowanych zwierząt, by stworzyć niesamowity thriller (choć te z pewnością nie przeszkadzają w takiej sytuacji).

Jeśli chodzi o rozwój akcji... Proszę się nie zrażać początkiem. Pierwsza połowa książki jest dość nudna i opisuje - no cóż - początki, więc (szczerze mówiąc) nijak można wprowadzić tam żwawą akcję. Jednak kiedy dotrzemy do momentu, w którym pojawia się Caine z Dianą i Drake'm, nie możemy się oderwać od książki, mimo, że tak tak naprawdę dopiero co się rozpoczyna.

Oczami Jenny: Celowo w recenzję wplatałam co rusz słowo "niepokój". Sama długo zastanawiałam się, dlaczego faza pierwsza w polskiej wersji jest właśnie "Niepokojem" - w oryginale książki są po prostu nazwane GONE, HUNGER, LIES, PLAGUE, FEAR, LIGHT. Z początku sądziłam, że wydawnictwo wybrało "pierwsze lepsze" słowo, bowiem za pierwszym razem tego "niepokoju" u dzieciaków nie widać. Kiedy jednak zagłębiamy się w opowieść (jak zrobiłam to ja, pisząc tę recenzję), zauważamy, że faktycznie - dzieciaki się boją, są pełne niepokoju i potrzebują kogoś, kto zapewni im bezpieczeństwo. Pech chciał, że padło na Sama, który chyba nie do końca sobie z wszystkim radzi... :)
Jestem przyjemnie zaskoczona i dumna z wydawnictwa Jaguar - lepszego tytułu na fazę pierwszą opowieści GONE nie mogli znaleźć.

Autor: Michael Grant
Tytuł: Faza pierwsza: Niepokój
Seria: GONE
Tłumacz: Jacek DrewnowskiLiczba stron: 528
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 23(?) września 2009

Polecam:
Wydawnictwo Jaguar
Forum GONE
GONE na facebooku

niedziela, 15 maja 2011

"Bogini Nocy" to historia odpowiedzialna za powstanie tego bloga...


O serii: Marzyliście kiedyś o tym, by zostać obdarowanym mocą? By musieć walczyć ze złem? By być kimś więcej niż kolejną osobą w anonimowym tłumie przechodniów? One z pewnością wiele by dały, by wam to wszystko oddać i wrócić do normalnego życia. Cztery dziewczyny z Los Angeles - Vanessa, Catty, Serena i Jimena - są kimś więcej niż przyjaciółkami. Są córkami księżyca, a każda z nich posiada moce, które czasem są prawdziwymi zmorami, szczególnie, gdy chłopak twoich marzeń ma cię właśnie pocałować. Sprawy nie ułatwia im Atrox i jego ofiary (tzn... Wyznawcy, ale ostatecznie to nie robi różnicy), którzy czyhają na życie dziewczyn. Na domiar złego oprócz problemów z cieniami, pojawiają się problemy z facetami - bo w końcu z facetami zawsze muszą być jakieś problemy ;).

O książce:  Vanessa czuje, że wszystko wymyka jej się z rąk. Ktoś zaczął ją śledzić, Catty co rusz zabiera ją w podróż w czasie, Michael Saratoga - miłość jej życia - zaprasza ją na randkę, a gdy chce ją pocałować, jej molekuły zaczynają wariować i dziewczyna zaczyna znikać. Na domiar złego pojawia się dziwny chłopak - Stanton, wizje Sereny przepowiadają poważne kłopoty, jedna z jej przyjaciółek znika, a druga zapada na dziwną chorobą i traci nadzieję. Ponadto pewna emerytowana nauczycielka historii mówi jej, że jest córką księżyca, co rzekomo miało dać odpowiedzi, a tak naprawdę zrodziło jeszcze więcej pytań. I jak tu nie stracić głowy w tym wszystkim?

Kiedy Agnieszka Pohl napisała na swoim blogu, że odłożyła POTTERA na rzecz "Córek" byłam zaskoczona. "Książka do recenzji czy nie - Pottera nie można tak po prostu odłożyć." - myślałam. Kiedy jednak otworzyłam swój plik w komputerze, oderwała mnie od niego jedynie późna pora i świadomość, że już za tydzień muszę oddawać prace na konkurs. Jednak żadna siła nie była wstanie wyrwać mnie z transu "Bogini" następnego dnia. Gdyby nie fakt, że nie miałam skończonej recenzji "Zwiadowców" i internetu na dworze, post ten ukazałby się już tydzień temu.
Nie ma się co oszukiwać - książki Lynne Ewing nie są wymagającymi lekturami. Są dobrym sposobem na zajęciem nimi nudnego dnia, czasu spędzonego na plaży czy oczekiwania na znajomych, choć - UWAGA! - nie wtedy, kiedy niedługo ma się wydarzyć coś niezwykłego, dzień jest naprawdę słoneczny lub gdy przyjaciele przyjdą za 5 minut, bo książka mimo wszystko wciąga. Choć problemy wydają się naprawdę banalne, niektórzy bohaterowie idiotyczni a kilka fragmentów jest przereklamowanych (np. opisy ciuchów) to od opowieści naprawdę trudno się oderwać. Dowodem są moje spalone nogi, ręce i dekolt :). I choć cała seria skierowana jest raczej do płci pięknej, prawdziwi miłośnicy fantastyki (tj. oni) nie powinni pogardzić tą lekturą.

Oczami Jenny: Seria idealnie nadaje się do "odmóżdżenia" po ciężkiej pracy, konkursach (z fizyki ;]) czy po psychicznej "Pladze" (GONE). Historia jest naprawdę tak przyjemna i lekka, że zaraz po przeczytaniu ma się ochotę przeczytać ją jeszcze raz. Poza tym - doskonale uzmysłowiła mi, jak naprawdę wygląda zakochanie się "na zabój", którego w moim młodym życiu jeszcze nie zaznałam. Ze względu na to, że mam manię utożsamiania się z głównymi bohaterkami, piekielnie spodobał mi się Michael Saratoga i, mimo, że czasami był prawdziwym palantem, wybaczałam mu za każdym razem kiedy odchodził i miałam ochotę go całować ilekroć wracał.

Autor: Lynne Ewing
Tytuł: Bogini Nocy
Seria: Córki księżyca
Tłumacz: Błażej Kubacki
Liczba stron: 267
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 18 maja 2011

Polecam:
Wydawnictwo Jaguar
Forum Córki Księżyca
Córki Księżyca na facebooku

„Córki Księżyca” dostałam od wydawnictwa Jaguar. Ślicznie dziękuję :).