RSS
Facebook
Twitter

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urban fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urban fantasy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 listopada 2013

Jesteś pewny, że wiesz co czytasz?

Zastanawialiście się kiedyś tak dogłębnie co czytacie? Tak naprawdę konkretnie? Które elementy powieści kochacie, a od których zaczyna was boleć głowa?

Od jakiegoś półtora roku byłam przekonana, że tak. Sądziłam, że wyrosłam już w dużej mierze z książek młodzieżowych; że wolę sięgnąć po starego dobrego Dicka czy Lema, niż nowy bestseller czekający na ekranizację; prędzej do mnie pasuje "Gra o Tron" czy "Wiedźmin" niż kolejna babskie romansidło; że polscy autorzy są warci czytania i znaczenie bardziej odpowiada mi wschodnioeuropejskie fantasy niż zachodnie nie wiadomo co. Krótko mówiąc, byłam przekonana, że czytam lepsze, inteligentniejsze, bardziej wymagające książki od moich rówieśników.

Całkiem niedawno wydarzyło się coś, co nieco naruszyło moją pewność siebie związaną z ulubionymi tytułami, bo które sięgam często i polecam wszystkim.
Kilka dni temu odbyłam z dobrym kolegą z klasy rozmowę, która w pewnym momencie zeszła na temat czytelnictwa, a konkretnie czytelnictwa kolegi, bo kolega chce zacząć czytać. A że już cała klasa wie, że prowadzę bloga książkowego (w tym momencie pragnę pozdrowić koleżanki, które "niechcący" wygadały się na godzinie wychowawczej), kolega - nazwijmy go M. - po pomoc przyszedł do mnie (no dobra. to też nie do końca tak. w klasie jest jeszcze kilka osób o hipotetycznie podobnym guście do M., ale ja po prostu byłam pod ręką. i to przeze mnie w ogóle doszliśmy do kwestii książek. więc jakby obowiązek spadł na mnie).
Sądziłam, że zadanie nie będzie zbyt trudne - na podstawie rozmów o filmach i serialach (ach, te nasze poniedziałkowe przedinformatyczne rozmowy <3) oraz paru pytań o wcześniej przeczytane pozycje, wynikało, że gust raczej podobny do mojego, więc będę mogła pożyczyć swoje książki, by później zamęczać M. rozmowami na temat moich perełek (tu bardzo pasowała by emotka z facebooka kryjąca się pod znakami " 3:) ". tylko nieco bardziej złowieszcza *evil laugh*). Tak więc zaczęłam rozglądać się po pokoju, w poszukiwaniu odpowiednich tytułów. Oczywiście trzeba było odsiać trudniejsze i bardziej wymagające tytuły. Było ich przytłaczająco mało. Z racji, że to jednak facet, trzeba było odsunąć na bok również babskie fantasy, którego miałam zaskakująco dużo. Wyłączając ze zbioru pozycje młodzieżowe... No cóż. Z 140 tytułów, zostało jakieś 50, które wchodzą w skład ok. 9 serii + kilka wolnych książek. W tym momencie na pomoc przyszli Dada, Maciek i Ilajla, za co całej trójce serdecznie dziękuję.

W tym momencie zaczęłam się zastanawiać czy aby na pewno czytam tak dobre i wymagające książki, jak myślałam. Usiadłam więc na moim łóżku, przybrałam pozę a'la "Myśl, Puchatku, myśl" i... myślałam. A w trakcie tych rozmyślań wpadłam na pomysł, by to moje doświadczenie zawrzeć w słowach i się nim z wami podzielić na blogu (wpływ mogła też mieć książka  "Ludzie to idioci!", w której autor stara się wskazać odpowiednią drogę do zmian w życiu czytelników i poprowadzić ich do sukcesu (recenzja soon). Poddałam się temu, a że OJ wpisałam na listę rzeczy dla mnie ważnych, czas odkurzyć bloga i upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.) W trakcie przygotowań wpadłam na pomysł zdjęcia, które mogłabym dodać do wpisu, a stąd było już bardzo blisko, do tego, co za chwilę wam zaprezentuję.

Na moim własnym przykładzie uświadomiłam sobie, że osób zdeklarowanych tylko i wyłącznie na jeden gatunek książkowy nie jest tak dużo, jak można by się spodziewać. Wiadomo, że każdy ma jakiś tam swój ulubiony, ale nie ogranicza się tylko do niego. Cała zabawia polegać więc będzie na zrobieniu zdjęcia książek, reprezentujących mniej więcej twój gust. NIE BÓJMY SIĘ POKAZAĆ CO CZYTAMY! Miło by było, gdybyś i Ty, potencjalny uczestniku zabawy, widniał na tym zdjęciu. W końcu są to książki opisujące właśnie Ciebie! Nie mniej jednak, jeśli nie masz ochoty udostępniać swojej twarzy w internetach, nie będę mieć nic przeciwko.

Przepis na Twoje zdjęcie:
1. Wstań z tego, na czym właśnie siedzisz
2. Rozejrzyj się po swoim pokoju/domu/mieszkaniu/biblioteczce w poszukiwaniu książek, które lubisz bardzo, lubisz tak zwyczajnie i takich, które czytasz od czasu do czasu
3. Wybierz te, które najbardziej pasują do akcji (nie ma konkretnych kryteriów. jedna książka może opisywać kilka kategorii na raz, ale również jeden gatunek może być rozdrobniony do tego stopnia, że opisywać go będzie kilka książek, bo każda ma coś, czego nie ma ta druga. tylko od Ciebie zależy, co chcesz pokazać)
4. Zgromadź je w jednym miejscu
5. Zrób zdjęcie (możesz również poprosić innych o pomoc, kiedy sam będziesz ustawiać się do zdjęcia)
6. Stwórz nowy post na blogu, w który wkleisz zdjęcie
7. Opisz książki, które się na nim znajdują (tytuł, autor, powód dlaczego właśnie ta książka). Może mieć to formę listy, tekstu ciągłego, komentarzy na zdjęciu - co tylko sobie wymarzysz.
8. Wyzwij kolejnych blogerów! Opublikuj. I ciesz się rezultatami.

A o to moje zdjęcie:


Może uporządkujmy je trochę gatunkowo: "Zwiadowcy" Johna Flanagana są przykładem młodzieżowego fantasy, u mnie reprezentują po prostu moje umiłowanie to książek osadzonych w czymś w podobie naszego Średniowiecza. "Przekraczając granice" Oksany Pankiejewej to hybryda wielowątkowego fantasy z udziałem elfów, magów, paladynów itp, obyczaju i science fiction. Ponadto reprezentuje literaturę wschodnioeuropejskich pisarek. "Zawód: Wiedźma" Olgi Gromyko również znalazło się ze względu na płeć i pochodzenie autora, ale także jest przykładem fantasy opartego na mitologii słowiańskiej. "Czarodzicielstwo" Terry'ego Pratchetta jako humorystyczne prześmiewcze fantasy. "Front burzowy" Jima Butchera znalazł się na zdjęciu nie tylko z powodu etykietki "urban fantasy", ale również mojej miłości do dżentelmenów ratujących świat i kryminału. "Błękit szafiru" Kerstin Gier to lekkie, odprężając młodzieżowe paranormal romance, które lubię czytać od czasu do czasu. Ach! No i oczywiście podróże w czasie! "BZRK" Michaela Granta to przykład sci-fi opisującego niedaleką przeszłość. Na zdjęciu także ze względu na cybernetykę. Szaleńców. Nowy Jork. I autora. "Wurt" Jeffa Noona to również przyszłość - tym razem bliżej niezdefiniowana. Psychodeliczna, narkotyczna opowieść oparta na klasycznych motywach. Zmuszająca do myślenia. Obecność "Wurta" daje wyraz mojej fascynacji brytyjskimi twórcami i uwielbieniu serii wydawniczej "Uczta wyobraźni". "Rozgwiazda" Petera Wattsa reprezentuje moje umiłowanie do powieści, gdzie anty- i aspołeczni bohaterowie odizolowani są razem od reszty świata (innym przykładem jest m.in. "GONE" Granta). Lub też moją miłość do sci-fi posiadającego dość ciemną i mroczną aurę. A na koniec "Cyberiada" Stanisława Lema. Bo Lem. Bo science fiction. Bo polskie. Bo roboty.

Jako, że podejrzewam, że wyjdzie z tego coś w rodzaju tych wszystkich blogowych wyzwań i łańcuszków, takie akcje nie mogą obyć się bez nominowania kolejnych blogerów. W takim przypadku imiennie nominuję Sihhinne, Nadeine i Maćka, a nieimiennie wszystkich, którzy mają ochotę pokazać światu swój gust literacki :).

Mam nadzieję, że zasady są jasne. Jeżeli nie, chętnie odpowiem na pytania.
Enjoy!

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Uwaga! Seria dla czytelników o mocnych nerwach.

"Wciąż w pewien sposób pozostawała Genialną Astrid. (...) Właśnie dlatego mieszkała w lesie, cała pogryziona przez muchy, śmierdząca padliną i dymem, z rękami pełnymi blizn i odcisków. Dlatego w ciągłym napięciu wciąż rozglądała się ostrożnie dookoła, próbując zidentyfikować każdy z dźwięków lasu i dlatego ćwiczyła ładowanie strzelby. Bo przecież tak właśnie musiało wyglądać życie geniusza."


Cztery miesiące temu doszło do Wielkiej Schizmy. Cztery miesiące temu dzieciaki z Perdido Beach podzieliły się na te z PB z królem Cainem na czele i te znad jeziora Tramonto, którymi kierować miał Sam. Przez te cztery miesiące w ETAPie panował kruchy pokój. Również Gaiaphage zaprzestało swojej niszczącej działalności, mocno osłabione po zniknięciu Nemezis. Te cztery miesiące były zapowiedzią nowego zwykłego, normalnego (jak na ETAP) życia - bez Drake'a, bez Gaiaphage, bez Małego Pete'a, bez wojny, pożarów, martwych dzieci. Niestety, stan ten nie trwa długo - ciemne macki powoli oplatają kopułę ich małego, niebezpiecznego i śmiercionośnego świata. Nadchodzi faza piąta: Ciemność.
A z Ciemności i Chaosu wyłoniła się Gaja - matka wszelkiego bóstwa.

Na wstępie mam coś do powiedzenia wszystkim, którzy sądzą, że czas płynie ze stałą prędkością. GUZIK PRAWDA! Wie o tym każdy, który, tak jak ja, ze zniecierpliwieniem oczekiwał najnowszej części GONE. Wie, że czas jednocześnie gna jak zając i wlecze się niczym żółw. Kiedy wspominam cudne zwarcie spowodowane przez przyszłego pana technika, które sprawiło, że przez cały dzień nie było prądu na jednym piętrze szkoły, nie mogę uwierzyć, że działo się to rok temu - przecież to było jeszcze tak niedawno! Kiedy jednak przypominam sobie zakończenie "Plagi", zachodzę w głowę, jak mogłam taaak długo czekać na kolejną część książek Michaela Granta. I jak długo będę czekała na "Światło"...
No, ale! To nie esej na temat natury czasu, a recenzja całkiem sympatycznej książki, więc to na niej powinnam się skupić.

Jedną z pierwszych myśli, które nawiedziły moją głowę, po przeczytaniu "Ciemności" była: "Ale autor namieszał z tymi tytułami!" Każdy, kto jest mniej-więcej zorientowany na jakim etapie pisania serii jest Michael Grant, wie, że nastąpiły pewne problemy z nazwaniem fazy piątej. Bowiem w trakcie pisania tej części, autor książki z autorem okładki doszli do porozumienia, że DARKNESS na okładce się nie zmieści, co sprawia, że trzeba zmienić tytuł książki. A inny tytuł automatycznie zmienia koncepcję całej opowieści. Bez sensu jest jednak pisać całą książkę od początku, lepiej jakoś umiejętnie połączyć jedno z drugim i mieć nadzieję, że nikt nie zauważy. Niestety, od kiedy w książce pojawił się Strach, nastąpiło tak totalne pomieszanie z poplątaniem, że już nikt nie był w stanie stwierdzić, czy pozostać przy nowym FEAR czy wrócić do starej dobrej Ciemności.

"Nie wolno się bać. Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie. Stawię mu czoło. Niechaj przejdzie po mnie i przeze mnie. A kiedy przejdzie, obrócę oko swej jaźni na jego drogę. Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic."

Muszę przyznać, że "Ciemność", pod względem fabuły i akcji jest jedną z moich ulubionych części GONE, co okazało się nie małym zaskoczeniem zarówno dla moich przyjaciół jak i dla mnie. Kiedy pierwszego czerwca w moim skromnym domostwie zawitał Leniwiec Osiedlowy z ogromną paczką od Jaguara, rzuciłam się na nowe, pachnące jeszcze klejem książeczki i nie zważając na gorączkę, ból brzucha i głowy oraz brak żadnego "odmóżdżacza" pod ręką (który pomógłby mi odzyskać równowagę emocjonalną po lekturze kolejnej części totalnie psychicznej serii) zatraciłam się w lekturze na niemal cały dzień, by w weekend odłożyć ją - już przeczytaną - z satysfakcją na półkę. Książkę czytało się zaskakująco miło, szybko i przyjemnie. Niesamowicie wciągająca, nie dało jej się odłożyć choćby na minutę. Jak zwykle przerażająca, jednak nie "ryjąca" mózgu, jak dotychczas. Właśnie na takie GONE czekałam, przez cały czas trwania tej serii.

Zmiany dosięgają również bohaterów. Dzieciaki dorastają, zmieniają swoje spojrzenie na świat. Z całą pewnością nie spotkamy już niewinnej, bogobojnej Genialnej Astrid. Nie spotkamy już pijanego, bezmyślnego Orca. Możemy pożegnać się z osamotnioną, żyjącą w bałaganie Laną. Zapracowany Pan-Wszystkich-Dzieci Sam, nie jest już Panem-Wszystkich-Dzieci Samem. Dekka nie jest tą samą tragicznie zakochaną Dekką, Jack nie jest tym tchórzliwym Jackiem, którym był. Nawet Diana z Cainem nie są tymi do szpiku kości złymi ludźmi co wcześniej, a i chora na umyśle Penny sprawia, że Drake nie jest już aż tak przerażający. Tylko irytujący, tchórzliwy biznesman Albert jest wciąż tym samym irytującym, tchórzliwym biznesmanem Albertem co zawsze.
Jestem jak najbardziej na "tak"!

Owszem, książka dla niektórych może się wydawać bardziej "lajtowa" niż swoje poprzedniczki. Owszem, niektórzy mogą uznać, że jest zbyt łagodna. Owszem, niektórzy mogą uważać, że to już nie to samo GONE co za czasów "Niepokoju". Jednak czy to źle? Osobiście o wiele bardziej wolę charakter nieco łagodniejszej, acz wciąż tak samo wciągającej (jeśli nie bardziej!) "Ciemności", niż surowego "Niepokoju" lub niezwykle brutalnych "Kłamstw". "Fazę piątą: Ciemność" autorstwa Michaela Granta odkładam na półeczkę "Ulubione" i ze zniecierpliwieniem odliczam do premiery "Światła".

"Sam siedział za kółkiem, Dekka obok niego. Komputerowy Jack wciśnięty był w wąską przestrzeń za siedzeniem kierowcy i nie wyglądał na zadowolonego.
- Bez urazy, Sam, ale zjeżdżasz z drogi. Zjeżdżasz z drogi! Sam! Zjeżdżasz z drogi!
- Nieprawda. Zamknij się - warknął Sam, wyjeżdżając z powrotem na drogę, po tym jak samochód omal nie wylądował w rowie."

Autor: Michael Grant
Tytuł: Faza piąta: Ciemność
Seria: GONE
Tłumacz: Natalia Mętrak
Liczba stron: 464
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 30 maja 2012

"Fazę piątą: Ciemność" autorstwa Michaela Granta dostałam od wydawnictwa Jaguar. Ślicznie dziękuję :3

wtorek, 1 maja 2012

 Bezdusznie tajemnicza, bezzmiennie zabawna, bezgrzesznie ciekawa i bezwzględnie wciągająca!

W słowniku lady Maccon nie ma takiego słowa jest „nuda” czy „lenistwo”. Nawet będąc w ósmym miesiącu ciąży, Alexia ma pełne ręce roboty. Zbliża się pełnia. Wampiry z ula westminsterskiego czyhają na życie bezdusznej i jej nienarodzonego dziecka. Lord Akeldama pragnie adoptować małego duszokrada, co sprawia, że  wataha Woolsey musi przenieść się ze spokojnych zielonych terenów do zatłoczonego Londynu. Biffy nie potrafi pogodzić się z myślą, że został wilkołakiem, madame Levoux wygląda coraz mizerniej, a Felicity postanawia zostać sufrażystką.  Na domiar złego w domu przyjaciela-wampira pojawia się duch informujący o zamachu na królową. Po drodze Alexia dowiaduje się wielu ciekawych rzeczy, jak np. kim była wielka miłość profesora Lyalla, kto był odpowiedzialny za zdradę stanu w watasze Kingair, gdzie można trzymać kilkukondygnacyjne oktomatony i co podają na podwieczorek w wampirzym ulu.


Gdy tylko skończyłam ostatnią stronę „Bezgrzesznej”, nie mogłam się doczekać kolejnej przygody Alexii i londyńskiej watahy, zawartej w „Bezwzględnej”. Tym większa była moja radość, gdy dowiedziałam się, że mogę ją zrecenzować dla portalu. Kiedy więc nowa powieść Gail Carriger trafiła w moje ręce, nie mogłam się oprzeć i, nie zważając na okoliczności, rzuciłam się na książkę, ciekawa, co tym razem zaserwuje nam autorka.


Cała recenzja na


-------------------------------------------------------------------------------------------------------

PRZYPOMINAM O URODZINOWYM KONKURSIE.
Do wygrania Ruiny Gorlanu, Żelazny Cierń, Piosenki dla Pauli oraz Z ciemnością jej do twarzy ;)
Szczegóły po kliknięciu na obrazek.

wtorek, 20 marca 2012

Dozwolone od lat osiemnastu...


WSCHODZĄCY KSIĘŻYC
Melborne - stolica Australii - nigdy nie było spojonym miastem. Chodzące po ulicach wampiry, wilkołaki, zombie i zmiennokształtni to nic nowego. Tak samo kluby nocne dla paranormalnych. Ale żeby tak bezczelnie w środku nocy napadać na klub dla ludzi? Albo stać nago przed drzwiami mieszkania? Albo porywać ni z tego ni z owego brata? Riley Janson ma ostatnimi czasy pełne ręce roboty. Rhoan znika bez śladu, śmierdzący Gautier cały czas jej się czepia, Jack wciąż przypomina jej o wolnym stanowisku strażnika, Talon i Misha coś przed nią ukrywają, a Quinn... No cóż - Quinn musi jak najszybciej znaleźć jakieś ubranie i dowiedzieć się, czemu ktoś go pozbawił wspomnień z kilku ostatnich dni. Na domiar złego ktoś poluje także na samą Riley, by ją zabić. Albo, co gorsze, wykorzystać!

CAŁUJĄC GRZECH
Świat Riley Jenson tętni pożądaniem i niebezpieczeństwem. I kiedy budzi się naga i cała we krwi w nieznanym miejscu, jedyne co wie, to że musi uciekać. Nie pamięta ostatniego tygodnia, nie wie gdzie jest i co się z nią działo, ani co najważniejsze, kto jej to zrobił. Uciekając uwalnia przetrzymywanego w laboratorium Kade’a – jednego z najseksowniejszych zmiennokształtnych jakiego widziała. Sekret krwi płynącej w jej żyłach powoduje, że zostaje ponownie wplątana w śledztwo Departamentu Innych Ras. Otoczona jest przez kochanków, z których każdy ma wobec niej jakieś zamiary, nie zawsze miłosne. Wrogów ciężko odróżnić od przyjaciół i Riley czuje, że nie uniknie kłopotów.*

Nigdy nie przepadałam za książkami z gatunku paranormal romance. Wszystkie z reguły są takie same i kończą się tak samo. Ja natomiast lubię przygodę i różnorodność, oryginalność i nieprzewidywalność. Nic więc dziwnego, że stojąc przed wyborem: mało znane fantasy czy hiper popularny romans paranormalny, zawsze wybieram to pierwsze. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy doszłam do wniosku... Że Zew Nocy nie jest taki zły. A czemu wcześniej uznałam, że jest "taki zły"? No cóż...

Obecnie mam lat naście. I to takie naście, że gorsze być nie może. Istnieje bowiem taki stereotyp, że "piętnastki" i "szesnastki" to nie robią nic innego, tylko obściskują się w ubikacjach. Nie twierdzę, że tak nie jest (nastoletnie ciąże - yey!), ale jest i taka grupa młodych ludzi, co to nawet się nie całowała. I właśnie ta grupa młodych ludzi (a właściwie ta, którą też jakoś szczególnie nie ciągnie do doznań erotycznych), szalenie ubolewa nad częścią kryminalnodetektywistycznoposzukiwawczą**. Pomysł na całą historię był bardzo dobry - wielopiętrowa intryga, afery genetyczne, porwania, sztuczne zapładnianie, tworzenie niezniszczalnych hybryd. Jak dla mnie wystarczyłoby nieco dopracować tę całą aferę i lekko doprawić to wszystko jakimś wątkiem miłosnym, a serię pokochałabym na miejscu.
Na szczęście (lub nieszczęście) "Zew nocy" jest przeznaczony dla czytelników dorosłych, więc moje zdanie się w tej kwestii właściwie się nie liczy.

Jeśli chodzi o bohaterów... Jedną z najbardziej irytujących postaci, zaraz po Gautierze (który był na wskroś zły, grr..., ale taki był chyba zamiar, więc wybaczam), był...a Riley. Ta na pół wampirzyca na pół wilkołaczka przypomina mi te wszystkie boChaterki z opowiadań aŁtoreczek, które można czytać na różnego rodzaju analizatorniach***. Na przykład - w jednym momencie mówi, że nie chce być strażnikiem, bo nienawidzi zabijać i nie wie, jak do tego zdolny jest jej brat, a w drugim zabija trzy wampiry obcasem buta jak zawodowy zabójca! Albo - przez cały "Wschodzący księżyc" przekonywała wszystkich dookoła, że ona dzieci mieć nie chce, a później w drugiej części Zewu Nocy mówi, że w sumie to nie taki głupi pomysł założyć tę rodzinę...
Z kolei osobą, którą pokochałam od pierwszego przeczytania był Liander. Gdybym miała opisać idealnego faceta dla mnie to w wielu przypadkach, byłby on bardzo podobny to opisu Liandera. Ten czuły i kochający mężczyzna jest jednocześnie silny i męski, w dodatku zraniony przez nieodwzajemnioną miłość. Aż szkoda, że nie istnieje i marnuje się u boku Rhoana...

Napisany lekkim i przyjemnym językiem Zew Nocy autorstwa Keri Arthur, jest książką dobrą - dla czytelników +18 lubujących się w romansach. Ciekawy pomysł na fabułę i ciekawi i sympatyczni bohaterowie, których na szczęście jest więcej niż tych irytujących, sprawiają, że i reszta czytelników jest w stanie przeczytać książki z przyjemnością, jeśli nie będzie się wymagało od nich za dużo. Osobiście z sympatii do Liandera, afery biologiczne i z czystej ciekawości, z chęcią sięgnę po kolejne części Zewu Nocy, choć sceny erotyczne są zdecydowanie nie w moim huście


*Opis pochodzi z oficjalnej strony Instytutu Wydawniczego ERICA
** czy coś w ten deseń
***np. NAKWa

Autor: Keri Arthur
Tytuł: Wschodzący księżyc
           Całując grzech
Seria: Zew nocy
Tłumacz: Kinga Składanowska
Liczba stron: 439(WK), 440 (CG)
Wydawnictwo: ERICA Instytut Wydawniczy
Data wydania: 9 marca 2011(WK), 15 czerwca 2011 (CG)

Książki Keri Arthur dostałam dzięki uprzejmości pani Kawałkowskiej z Erici. Dziękuję ślicznie ;).

---------------------------------------
Param, param! Mam kilka ogłoszeń.
Zacznijmy od tego, że pod koniec kwietnia będę świętować podwójne urodziny - bloga i swoje własne. Postanowiłam więc mały konkursik z tej okazji. Problem polega na tym, że nie wiem co mogłoby być nagrodą, więc chciałabym was poprosić, byście głosowali w ankiecie na początku bloga.

Drugie ogłoszenie to takie, że wkrótce powinna pojawić się nowa strona, na którą rzucę książki, które z chęcią wymienię (w ostateczności sprzedam), więc warto być czujnym ;).
W kolejnym, trzecim, chciałabym poinformować, że wkrótce będę miała testy gimnazjalne, a nauczyciele ostatnimi czasy codziennie zapowiadają nam sprawdziany, więc częstotliwość dodawania nowych postów będzie jeszcze mniejsza (choć i tak już jest na dość marnym poziomie).
I na koniec, jakby miał ktoś ochotę, to na Pingerze znajduje się prolog do czegoś (nie wiem jeszcze czego). Jeśli ma ktoś wolną chwilkę albo jeśli jest ciekawy mojej innej twórczości to zapraszam do czytania. Opinie na temat prologu mile widziane ;).

czwartek, 16 lutego 2012

Gdzie ofiara staje się łowcą...

Tym razem wcielmy się w rolę Gideona – 19-letniego absolwenta szkoły z internatem „Greenwich”, który był kapitanem szkolnej drużyny polo. Przyszłego studenta medycyny, grającego na skrzypcach, a którego wykonania słuchał sam hrabia de Saint Germain na balu w XVIII wieku. Tancerza, potrafiącego nauczyć tańczyć walca zarówno przy klasycznym podkładzie jak i do „Papercut” zespołu Linkin Park. Podróżnika w czasie, mającego mieszkanie w Chelsea, choć i tak przebywającego cały czas ze swoją daleką rodziną – zarówno z powodów przeskoków w czasie, jak i tego, że matka wraz z jego bratem Raphaelem i ze swoim nowym mężem wyjechała do  Francji. Diament, który dostał jasny rozkaz – „masz uwieść Rubin”. I wszystko było dobrze, dopóki miejsce Charlotty Montrose nie zajęła Gwendolyn Sheperd, która naprawdę jest niezwykłą osobistością. No bo która dziewczyna jest w staniu po pijaku zaśpiewać piosenkę z musicalu „Cats” na osiemnastowiecznym balu i jeszcze zmusić się, do zagrania podkładu? Która czyta jednocześnie najbanalniejsze książki młodzieżowe i sir Arthura Conana Doyle'a, Grubera, Szekspira i całą masę wspaniałych, acz mało znanych pisarzy? Która ze zwierzyny staje się łowcą i sprawia, że nie sposób żebyś jej nie pokochał?

„Błękit szafiru” jest kontynuacją „Czerwieni rubinu”. Jest równie dobry, równie wciągający i pełen niezwykłych przygód co pierwsza część Trylogii. Między obiema książkami właściwie nie widać różnicy – kończąc jedną od razu zaczynamy drugą, nie czuć żadnej przerwy. Cała historia stanowi jedną całość, nie podzieloną na segmenty, dlatego też z tej przyczyny tak bardzo nie możemy doczekać się trzeciej części Trylogii – „Zieleni szmaragdu”.

Na końcu niektórych rozdziałów czekały na Czytelnika  pewne niespodzianki. Nie były co prawda kupony do Carrefour’a ani Reserved, nie były to wzory do drukowania fałszywych pieniędzy (dajmy na to, dolarów amerykańskich) ani przepisy na ciasto z jagodami (choć szkoda), ale wciąż było to coś, co stanowi, że książkę czyta się jeszcze przyjemniej, o ile w tym przypadku to w ogóle możliwe: to różnego rodzaju przypisy, tabelki i ciekawostki z życia… A raczej z książki wzięte, które sprawiają, że wydaje nam się ona jeszcze bardziej rzeczywista, niż do tej pory. Mamy tam fragmenty z pamiętnika hrabiego de Saint-Germain, drzewa genealogiczne rodzin Montrose i de Villiers a także różne źródła historyczne. Choć to niby niewiele, podnoszą one bardzo wartość książki, tak, że Czytelnicy pokochają ją jeszcze bardziej. Te dodatki to naprawdę świetny zabieg, już nie raz się o tym przekonaliśmy: to samo stosował przecież Sapkowski w naszym ukochanym „Wiedźminie”.

Przy recenzji „Czerwieni rubinu” wspomniałam (a przynajmniej miałam wspomnieć), że język jakim operuje autorka Trylogii Czasu sprawia, iż czytelnik jest w stanie uwierzyć w istnienie Gideona czy Gwen. Wszystko, co składa się na wykreowanie postaci było w oparciu o codzienne życie młodzieży. A przecież sporo czasu zajmuje młodym ludziom szkoła. Skoro więc Kertin Gier postawiła na naturalność u swoich bohaterów, to i liceum, do którego chodzą, musi być „naturalne” i rzeczywiste. A odpowiedzialne za to są schody.
Bo to właśnie na schodach Liceum Saint Lennox zdarzają się najbardziej „życiowe” sytuacje. Nigdy nie zapomnę sceny, w której Cynthia wyznała zauroczenie Panem Whitmanem, kiedy ten stał za jej plecami. Lub ta, w której Gideon rozmawiał z Charlottą przy limuzynie, a Gwen wraz z Leslie, Cynthią i Gordonem się twemu przyglądali. I choć, jak przyznała nasza narratorka, jest to zachowanie absurdalne i niedorzeczne, dzieje się tak w większości szkół na świecie.

Ostatnio pisałam, że bohaterkami, które podbiły moje serce, są Leslie i Gwen. Te radosne, pełne życia, miłe i niezwykle pomocne „wojowniczki” podbijają serca wielu. Czym byłaby jednak dobra książka, bez choćby jednego złego charakteru? A złym charakterem (dosłownie!) może poszczycić się Charlotta.
Kto by się po niej spodziewał, prawda? W końcu była to dobrze wychowywana dziewczyna, dostawała zawsze najlepsze stopnie, nauczyciele ją uwielbiają. Świetnie tańczy, gra na fortepianie, interesuje się historią, zna dobre maniery. I choć już wcześniej była pyszna i wredna, to po „mianowaniu” Gwendolyn Rubinem, całkiem jej odbiło. Jestem w stanie zrozumieć rozgoryczenie i złość, ale to co opowiadała o Gwen podczas kolacji z Gideonem i Raphaelem przekraczało wszelkie granice przyzwoitości.
Z kolei całkiem sympatycznym gościem okazał się Gideon. Ten utalentowany młody człowiek, był całkiem sympatycznym jegomościem, gdy opiekował się Gwen w czasie przeskoków. Choć w „Czerwieni rubinu” był dość oschły i „niezdecydowany” względem uczuć do panny Sheperd (przyczynę znajdujemy pod koniec drugiej części Trylogii Czasu), w „Błękicie Szafiru” staje się cudownym, miłym facetem, który podbija serca nie tylko bohaterom książki, ale i czytelniczkom.

Podsumowując… Druga część Trylogii Czasu autorstwa Kertin Gier – „Błękit szafiru” – trzyma poziom swojej poprzedniczki. Bohaterowie nadal są doskonale kreowani, świat przedstawiony nadal jest dokładnie taki sam jak nasz, akcja książki nadal zaskakuje, satysfakcjonuje i sprawia nam przyjemność. Kto lubi podróże w czasie i ciekawe książki musi sięgnąć po „Czerwień rubinu”. Kto sięgnął po „Czerwień” musi przeczytać „Błękit szafiru”, a kto przeczytał „Błękit” nie może żyć bez „Zieleni Szmaragdu”.
Serdecznie polecam!

Autor: Kerstin Gier
Tytuł: Błękit szafiru
Seria: Trylogia Czasu
Tłumacz: Agata Janiszewska
Liczba stron: 364
Wydawnictwo: Literacki Egmont
Data wydania: 19 października 2011

"Błękit szafiru" dostałam dzięki uprzejmości pani Edyty z wydawnictwa Egmont. Serdecznie dziękuję ;).
Za pomoc przy recenzji dziękuję Tirindeth, Sihhinne, a przede wszystkim kochanej Adwokat, dzięki której ta recenzja nie wyglądałaby tak jak wygląda teraz. Strasznie, strasznie, strasznie dziękuję!

niedziela, 12 lutego 2012

Początek doskonałej serii w doskonałej oprawie graficznej...

Wyobraź sobie: nazywasz się Charlotta, masz 16 lat, mieszkasz w Londynie z matką, dwoma ciotkami, trojgiem kuzynostwa, babcią i kamerdynerem. Jesteś najlepszą uczennicą w szkole, nauczyciele cię uwielbiają, no i w końcu brzydka też nie jesteś. Może nie masz zbyt wielu przyjaciół (jeżeli w ogóle), ale czym są przyjaciele, gdy ma się gen podróży w czasie, dzięki któremu możesz nie tylko przenosić się w przeszłość, ale i poznać Gideona de Villiers – 19-letniego nieziemsko przystojnego młodzieńca, który gra w polo. W dodatku łączy was o wiele więcej niż tylko spotkania tajemniczego zakonu w londyńskich podziemiach. Jesteś Rubinem. Od urodzenia uczono cię jak być doskonałym podróżnikiem, a już wkrótce odbędziesz swoją pierwszą podróż. I nagle całe twoje życie staje na głowie. Ni z tego, ni z owego twoja durna kuzynka Gwendolyn z głupią blizną na skroni przychodzi ze swoją stukniętą matką i twierdzi, że to ona jest Rubinem, a nie ty. Nikt co prawda im nie wierzy, ale jedynym sposobem by pokazać, że nie mają racji ma być twój przeskok w czasie. A przecież powinien się zdarzyć już parę dni temu! Ooooj, nie. Jesteś Charlotta Montrose i nikt nie ma prawa odbierać czegoś, o co troszczyłaś się przez całe życie.

Kiedy kończymy czytać jakąś książkę, możemy spodziewać się kilku(dziesięciu) różnych reakcji. Pierwsza z nich i zarazem jedna z najrzadszych to typ „trafiło się ślepej kurze ziarno”: „O mój boże! Ta książka jest boska! Miałam/em fuksa – książkę kupiłam/em w ciemno, bez czytania żadnych opinii, ani nic. Naaajs.”. Natomiast jedną z najczęstszych: „Nie mogę się doczekać kontynuacji! (Dajmy na to) Skrzetuski jest taki cudowny!”. Z kolei gdzieś pomiędzy częstotliwością „OMG! OMG! OMFG! Kocham tę książkę! Chcę za nią wyjść i urodzić jej/spłodzić z nią dzieci! Zginę za nią na wojnie o wolność dla książek!” a „No. Ujdzie w tłumie.”, znajduje się: „Raaaaaanyyy! Co za badziewie! Dlaczego ja w ogóle sięgnęłam/ąłem po to coś?!”. No właśnie – dlaczego? Książka może mieć, np. wiele pozytywny recenzji. Na portalach książkowych – wiele gwiazdek. Na forum wszyscy piszą, że książka jest fenomenalna, co potwierdzają rozmowy – zarówno te na gg i facebookowym chacie, jak i te w szkole/na uczelni/ w pracy. Lektura taka może być o tematyce jaką uwielbiasz i poruszać problemy, o których kochasz dyskutować. Nie mówiąc już o tym, że niemal pod każdym twoim postem musi się pojawić co najmniej jeden komentarz polecający daną pozycję. W dodatku akurat nadarza się okazja, by ją tanio nabyć. Ba! Nawet czas, żeby przeczytać w spokoju. No i co zrobić w tej sytuacji? Przeczytać – nie ma innej opcji.

W takiej sytuacji znalazłam z „Czerwienią Rubinu” Kerstin Gier. Świat skrzyknął się z Życiem i Losem i wymusił na mnie lekturę tej książki. Jak to się skończyło?

Zacznijmy jednak od czegoś miłego, przyjemnego i prostego – a mianowicie od języka, narracji i fabuły. Pierwszoosobowa narracja prowadzona jest przez szesnastoletnią Gwen, w pierwszej części „Trylogii Czasu” spotykamy się więc z prostym, młodzieżowym językiem, nadającym książce pewnego rodzaju „swojskiego” klimatu – ot miasto, jak każde inne w Europie, na początku XXI w., w którym możemy mieć do czynienia zarówno z młodymi geniuszami jak i całkowitymi idiotami. Jeżeli szukamy górnolotnych słów i homerowskich porównań, powinniśmy się od tej książki trzymać z daleka. Jeśli zaś chodzi o fabułę – choć na pierwszy rzut oka przez długi czas nic się nie dzieje (autorka sporą część książki poświęciła na spory na temat Gwen i jej rzekomego bycia Rubinem), Kerstin Gier cały czas, jak na dobrego gospodarza przystało, serwuje nam pod nos coraz to cieplejsze i smaczniejsze kąski, takie jak przezabawne teorie spiskowe Leslie i Gwen, dziwne zachowanie Gideona  czy podejrzane wymówki Grace, przez co nie możemy oderwać się od książki choćby na minutkę.

A skoro już o bohaterach mowa… Postacią, która wzbudziła we mnie najcieplejsze uczucia, jest Leslie Hay – najlepsza przyjaciółka Gwen. Ta miła i pogodna dziewczyna jako jedyna bezinteresownie postanowiła pomóc swojej przyjaciółce, gdy ta znalazła się w trudnym położeniu. Zawsze towarzyszyła dziewczynie i była godna zaufania - nic więc dziwnego, że znała wszystkie jej sekrety, nawet te, o których nie powinna nic wiedzieć. Zachowała jasność umysłu, gdy podróżniczka w czasie straciła głowę, i pomogła jak tylko mogła, używając wszystkich możliwych źródeł informacji. Mam nadzieję, że gdyby mi się przytrafiła podobna historia, zachowałabym się zupełnie jak Leslie.
Jedną z ciekawszych bohaterek była i nasza narratorka – Gwendolyn Sheperd. Chodź wydarzyło jej się coś zupełnie nie z tej Ziemi, w miarę szybko opanowała sytuację (wraz ze swoją przyjaciółką) i odnalazła się w nowym życiu. Wielbicielka banalnych filmów i głębokich, mało komu znanych książek zawładnęła moim sercem nie tylko z powodu podobnych zainteresowań czy możliwością podróży w czasie, ale tym, że po całym zamieszaniu nadal pozostawała sobą – ot zwykłą uczennicą w londyńskiej szkole, która po prostu… Ma nieco ciekawsze zajęcia popołudniami.

Nie mogłam oczywiście zapomnieć o podróżach w czasie – czyli tym na czym opiera się cała książka, a co Jenny lubi najbardziej. Jak już niegdyś pisałam, bardzo trudno mnie zadowolić w tej kwestii. Autor książki nie może zapomnieć o efekcie motyla, o ciągłości Czasu, o jego stałości i niezmienności. Z Czasem nie może igrać. Z Czasem nie może się bawić. Z Czasem nie może walczyć. Czas rządzi się własnymi prawami i nikt nie wygra z nim walki. Nic więc dziwnego, że tak rzadko ktoś podejmuje się tematyki podróży w czasie, a jeszcze rzadziej czytelnicy są zadowoleni z takiego przedstawienia sprawy. Kerstin Gier jednak pisze tak, jakby doskonale znała jego naturę. Szanuje Czas, współpracuje z nim, a nie walczy.  To właśnie dzięki temu tak bardzo pokochałam Trylogię Czasu. Co prawda przeszkadzają mi te nagłe „przeskoki”, które czasem zdarzają się bohaterom, a także fakt, że muszą „odfajkować swoje” w przeszłości, sądzę jednak, że był to, niestety, jedyny sposób, by wszystko ze sobą pogodzić, więc przymykam na to oko.

Podsumowując… „Czerwień rubinu” autorstwa Kerstin Gier jest pozycją rewelacyjną, napisana ciekawym, choć prostym, językiem z niesamowitą fabułą. Pozycja doskonała dla młodzieży, aczkolwiek dorośli spokojnie mogą po nią sięgnąć – by przypomnieć sobie, jak było mieć lat „naście” lub choćby dla fenomenalnych podróży w czasie. Od Trylogii Czasu trudno się oderwać i trudno jej nie pokochać. Ze zniecierpliwieniem czekam na ostatnią część – „Zieleń Szmaragdu” – a „Czerwień rubinu” i „Błękit Szafiru” odkładam na półeczkę „Ulubione”.

Autor: Kerstin Gier
Tytuł: Czerwień rubinu
Seria: Trylogia Czasu
Tłumacz: Agata Janiszewska
Liczba stron: 341
Wydawnictwo: Literacki Egmont
Data wydania: 29 kwietnia 2011

"Czerwień rubinu" dostałam dzięki uprzejmości pani Edyty z wydawnictwa Egmont. Serdecznie dziękuję ;).

poniedziałek, 2 stycznia 2012

 Szykują się międzygatunkowe i... międzynarodowe kłopoty!
Alexia jest w ciąży. Tak, tak. Ta sama Alexia jaką znaliśmy: żona Conalla Maccona, córka Alessandra Tarabottiego, przyjaciółka lorda Akeldamy, madame Levoux i państwa Tunstell, bezduszna, muhjah królowej Wiktorii, wielbicielka parasoli i miłośniczka herbaty – nie koniecznie w tej kolejności. I byłoby cudownie, radośnie i wspaniale, gdyby nie fakt, że… Wilkołaki nie mogą mieć dzieci. Bezduszni bezdusznymi, ale lord Maccon po kontakcie z żoną jest po prostu martwy, nie może więc posiadać potomstwa. Posądziwszy Alexię o zdradę, wyrzuca ją z domu, a sam z rozpaczy upija się… formaliną. Tymczasem załamana bezduszna szuka schronienia u rodzinki, która bezczelnie wyrzuca ją za próg, a następnie u lorda Akeldamy, który przy okazji, rozwiązałby problem z dzieckiem, które nie ma prawa istnieć. Niestety wywiało go z miasta – nikt nie wie gdzie jest i dlaczego uciekł. Jedyne co pozostało Alexii, to prosić profesora Lyalla o opiekę nad Woolsey i Conallem, by samej z madame Levoux i Floote’em wyruszyć we wspólną podróż do Włoch, a tam spotkać się z Templariuszami, którzy jako jedyni potrafią wyjaśnić istnienie dziecka bezdusznej i wilkołaka.

Od początku wiedziałam, że książki Gail Carriger są szalone – to właśnie z tego powodu postanowiłam je przeczytać. Pełne niespodzianek, zabójczego humoru i skomplikowanych zagadek opowieści o Alexii Tarabotti były lekiem na śmiertelną powagę tego świata. Kiedy zaczynałam trzecią część Protektoratu Parasola pomyślałam: „OK. „Bezzmienna” mnie totalnie zaskoczyła, ale „Bezgrzesznej” się nie dam. Wiem, czego mam się spodziewać, więc mogę powrócić do myśli, że będę krok przed Alexią.” Niestety – nie dość, że lady Maccon wyprzedziła mnie o dobre 100 metrów, to jeszcze całkowicie ogłuszyła niespodziewanymi i absurdalnymi wydarzeniami z życia jej męża.

Cała recenzja na

poniedziałek, 5 grudnia 2011

 O podróży sterowcem w odmętach eteru...
Sięgając po raz pierwszy po Protektorat Parasola, miałam najróżniejsze wyobrażenia „Bezzmiennej”. Spodziewałam się wszystkiego: od ckliwego romansu, przez dramat psychologiczny, do arcyskomplikowanego kryminału. A jednak mimo wszystko książka mnie zaskoczyła.
Lorda Conalla Maccona nie trzeba nikomu przedstawić. Ten gwałtowny, porywczy i dość głośny Szkot jest jednym z najsłynniejszych dżentelmenów wiktoriańskiego Londynu. Dżentelmenem, który przez niemal dwieście lat był kawalerem! Na szczęście, nie długo po poznaniu panny Alexii Tarabotti, londyńskie gazety mogły oświadczyć, że alfa watahy Woolsey znalazł sobie małżonkę. Szczęście młodej pary (a właściwie Alexii) nie trwa jednak długo: małżonek nagle znika, zostawiając na jej głowie pułk nadprzyrodzonych żołnierzy i tabun zaklętych duchów na trawniku, przyjaciółka wychodzi za mąż, matka przywozi irytującą siostrę, nie mówiąc już o tym, że w Londynie panuje dziwny wirus śmiertelności.  O nie! – lady Maccon nie pozwoli na to, by wszystko to spoczywało na jej barkach!  Wyrusza z garstką przyjaciół, służby i szpiegów do Szkocji śladami męża, by znaleźć powód jego nieoczekiwanego wyjazdu. Nikt się jednak nie spodziewa takiego obrotu sprawy…

Gdy tylko skończyłam ostatnią stronę drugiego tomu serii Gail Carriger zaczęłam się zastanawiać jak krótko, acz precyzyjne opisać tę książkę, tak by spodobało się to moim znajomym. Uznałam, że „paranormalna powieść detektywistyczna z wątkiem miłosnym w tle” doskonale odzwierciedli charakter książki.  I choć wątkowi detektywistycznemu jest bliżej do Byka Kreteńskiego z Herkulesem Poirot niż do Psa Baskerville’ów z Sherlockiem Holmes’em, nadal mamy do czynienia z intrygującą zagadką. Wątki miłosne dodają historii smaczku (zamiary Felicity względem Tunstella były całkowicie nieodpowiednie – podobnie zresztą jak zamiary panny Ivy – a zachowanie madame Lefoux było co najmniej niepoprawne i niezwykle kontrowersyjne!), a obecność wampirów, wilkołaków, bezdusznych i duchów było wisienką na szczycie tortu (choć dla mnie bardziej odpowiednie byłoby porównanie do warstwy cukru-pudru na napoleonce).

Cała recenzja na

piątek, 9 września 2011

Kiedy książkowe historie ożywają, a sztuki teatralne stają się życiem…

O serii: Kiedy Kelley Winslow przeprowadziła się do Nowego Jorku, sądziła, że to jedyna szansa, by stać się sławną aktorką, by zaistnieć w świecie sław. Los jednak przygotował dla niej coś zupełnie innego. Sonny Flannery – Przystojny Nieznajomy, którego poznała w Ogrodzie Szekspira w nowojorskim Central Parku – mówi jej ni stąd i zowąd, że jest córką Oberona – Króla Elfów i pana królestwa Usneelie – znanego jej z dramatu „Sen nocy letniej” angielskiego pisarza. Od tego czasu Kelley grozi straszne niebezpieczeństwo. Dziewczyna musi, niczym Tytania, nie tylko użerać się z Oberonem o „poddanego”, ale i ze swoją matką o bezpieczeństwo dla Miasta, Które Nigdy Nie Zasypia. A przecież Wielki Quentin, reżyser spektaklów, w których gra Kelley, nie będzie robił dla niej wyjątków tylko dlatego, że jest elfem!

O książce: Przed siedemnastoletnią Kelley Winslow stoi wielka okazja – dziesięć dni przed premierą „Snu nocy letniej” Williama Szekspira aktorka grająca Królową Elfów – Tytanię – łamie sobie nogę w kostce, przez co dublerka musi zająć jej miejsce. Dziewczyna nie zdaje sobie jednak sprawy, jak wiele łączy ją z bohaterami dramatu. A wszystko zaczyna się od spotkania Przystojnego Nieznajomego w Ogrodzie Szekspira, kiedy sama postanowiła przećwiczyć swoją rolę. I choć Kelley uważa, że młodzieniec po prostu ją prześladuje, Sonny Flannery ma ważniejsze rzeczy na głowie niż śledzenie młodziutkiej aktorki. Sonny jest Janusem i w dziewięcionoc, która zaczyna się już następnej nocy, musi strzec Bramy Samhain, która znajduje się w Central Parku, przed ucieczką – zarówno elfów do świata śmiertelników jak i Zabłąkanych z powrotem do Zaświatów. I choć chłopak wraz z pozostałymi Janusami bardzo się starają, od czasu do czasu do Nowego Jorku przedostają się tajemnicze i groźne stworzenia. Jedno z nich – kelpie z dereszowymi koralikami w grzywie i ogonie – trafiło pod dach Kelley. Od tego momentu wszystko zaczyna, niczym elementy układanki, składać się w całość i ściągać na dziewczynę kłopoty. W Zaświatach natomiast trony dwóch królestw są zagrożone. A Oberon nie cofnie się przed niczym, by odzyskać pewną pozycję.

„W kółko, z górki i pod górkę
Będzie wodził całą czwórkę
Robin, postrach miast i siół:
W kółko, w górę i znów w dół!”

Bardzo lubię dyskusje z ludźmi na temat niedawno przeczytanych książek. Szczególnie te z Mattem o historiach, które właśnie skończyliśmy. Uświadamiam sobie wtedy co tak naprawdę o danej książce uważam. Co więc sądzę o „Oddechu Nocy”? No cóż…

„Oddech nocy” Lesley Livingston, pierwsza część trylogii o Kelley Winslow i Sonnym Flannery, jest jednocześnie niesamowicie oryginalna, ale i niewyobrażalnie banalna. Nie powiem – ciekawe zestawienie. Co, gdzie, jak i dlaczego? Już wyjaśniam. :)
Czemu oryginalna? - No, a nie? Szekspir jest pisarzem dość znanym. Napisał wiele dramatów i sonetów, lecz, według mnie, najczęściej kojarzony jest z „Romeem i Julią” (jak na złość – to nie on napisał opowieść dwojga tych kochanków jako pierwszy ;]), a że była to historia romantyczna i wzruszająca, ludzie na całej Ziemi postanowili z niej czerpać inspirację i pomysły. Ile powstało utworów, filmów i książek na podstawie tragedii tej dwójki młodych ludzi! Nie sposób ich zliczyć na palcach u rąk i nóg. Lesley Livingston – jako niewątpliwa znawczyni (choćby amatorsko) dzieł tego wielkiego angielskiego pisarza – postanowiła pójść w nieco innym kierunku i zamiast skoncentrować się na rozkochanych Włochach, skupiła swoją uwagę na świecie elfów, na Oberonie i Tytanii czy Puku i Piramie. I choć kocham wręcz wszystko co oparte jest na Romeo i Julii (druga ciekawostka – nigdy tej sztuki nie przeczytałam, nawet, gdy miałam ją za lekturę) – co oznacza także, że z chęcią sięgnę po „Cień światła” – jestem jak najbardziej na „tak”, jeśli chodzi o „Sen nocy letniej” na podkład do historii.

Co jest jeszcze na plus? Z pewnością jestem wdzięczna autorce za wplecenie fragmentów wypowiedzi bohaterów „Snu nocy letniej” i „Makbeta” w akcję książki. Nadaje to historii pewien specyficzny klimat i odrobinę „magii”.
To chyba tyle, jeśli mówimy o oryginalności.

Jeśli chodzi o akcję – no dobrze, była. Praktycznie od początku zawsze się coś działo: a to atakujące piskie, a to próby Kelley, a to ratowanie kelpie, a to śledzenie głównej bohaterki przez Sonny’ego, a to tamto, a to siamto. Fabuła była jednak łatwa do przewidzenia, nie licząc może z trzech momentów, w których, niczego nie podejrzewałam, i nieco banalna. Wiadomo było, że Sonny i Kelley będą razem, mimo, że autorka przy każdej możliwej okazji zaznaczała, że ta dwójka bohaterów za sobą nie przepada. I choć z początku wyśmienicie jej szło, w pewnym momencie – sama nie jestem pewna w którym – potknęła się i cała misterna pajęczyna ich chłonnych zachowań została brutalnie zerwana.

Jeśli chodzi o resztę bohaterów… Autorka nie wykorzystuje do końca ich potencjału. Oberon czy Robin byli  bohaterami dość mdłymi i „pustymi”. Miało się wrażenie, że byli jedynie naszkicowani, a przecież pani Livingston nie musiała się wybitnie wysilać z wymyślaniem dla nich charakteru, jako że ich postacie powstały ileśtam lat temu.

Jak w większości książek narracja jest trzecioosobowa, lecz dwutorowa – jeden narrator towarzyszy Kelley, drugi natomiast Sonny’emu. Muszę jednak przyznać, że ta trzecioosobowa narracja pasuje do tej książki jak pięść do nosa. Ilekroć odrywałam się od mojego „filmu” i zwracałam uwagę na sposób pisania, byłam zaskoczona, że narratorką opowieści nie jest Kelley.

A mimo tego wszystkiego książka niebotycznie mi się podobała. Mimo relacji z nikąd wziętych, przewidywalnej fabuły, braku rozwinięcia charakterów bohaterów drugoplanowych i dziwnej narracji, książka nadal mi się podoba. Ma w sobie to „coś”, co przyciąga mnie do niej. I choć „Oddech nocy” nie należy do moich najulubieńszych książek, będę do niego wracała często i z największą czułością, a na kontynuację czekam ze zniecierpliwieniem.


„Twoja cudowność do wyznań mnie zmusza:
O Tobie tylko marzy moja dusza.
Nie jestem zwykłym duchem, lecz królową
którą okrywa chwałą co dzień nową
wieczyste lato. Kocham cię.”
Autor: Lesley Livingston
Tytuł: Oddech nocy
Seria: O Kelley
Tłumacz: Zuzanna Byczek
Liczba stron: -------- (267)
Wydawnictwo: Jaguar


PREMIERA: 21 WRZEŚNIA 2011


"Oddech nocy" Lesley Livingston dostałam przedpremierowo od Wydawnictwa Jaguar. Dziękuję ślicznie :).

wtorek, 28 czerwca 2011

Sponsorem dzisiejszego posta jest hasło: „Jak już pisałam w poprzedniej recenzji…” :) 

O serii: Marzyliście kiedyś o tym, by zostać obdarowanym mocą? By musieć walczyć ze złem? By być kimś więcej niż kolejną osobą w anonimowym tłumie przechodniów? One z pewnością wiele by dały, by wam to wszystko oddać i wrócić do normalnego życia. Cztery dziewczyny z Los Angeles - Vanessa, Catty, Serena i Jimena - są kimś więcej niż przyjaciółkami. Są Córkami Księżyca, a każda z nich posiada moce, które czasem są prawdziwymi zmorami, szczególnie, gdy chłopak twoich marzeń ma cię właśnie pocałować. Sprawy nie ułatwia im Atrox i jego ofiary (tzn... Wyznawcy, ale ostatecznie to nie robi różnicy), którzy czyhają na życie dziewczyn. Na domiar złego oprócz problemów z cieniami, pojawiają się problemy z facetami - bo w końcu z facetami zawsze muszą być jakieś problemy ;).

O książce: 

NOCNY CIEŃ
W życiu piętnastoletniej Jimeny Castillo - Córki Księżyca potrafiącej przewidywać przyszłość, byłej gangsterce, dwa razy będącej w zakładzie i posiadającej dwa więzienne tatuaże - zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Przede wszystkim wraca do niej Veto - miłość jej życia, która zginęła rok wcześniej w wojnie gangów! Oprócz tego od Cassandry - Wyznawczyni niegdyś zakochanej na zabój w Stantonie - czuć na kilometr, że coś knuje. I choć z biegiem czasu wszystko zaczyna się układać – Veto wrócił na stałe, Cassandra gdzieś niknęła, a trzęsienia ziemi ustały, nadchodzi czas spotkania z Maggie, która informuje Córki Księżyca o nadchodzącym niebezpieczeństwie i prosi o ostrożność, ponieważ Antrox jest niezwykle podstępny. Nie mówiąc już o wizjach, w których Jimena po raz kolejny traci ukochanego. A przecież jej wizje zawsze się sprawdzają…

TAJEMNY ZWÓJ
Dla Catty Turner – Córki Księżyca, która potrafi podróżować w czasie – był to ciężki dzień. Z klasówki z geometrii dostała D, Vanessa się na nią obraziła za tekst o Michaelu Saratodze, a na koniec Kendra – przybrana matka Catty – informuje, że dzwonili do niej z biura Koronera Okręgowego Los Angeles. Dziewczyna dowiaduje się, że jej biologiczna matka nie żyje. Kiedy Córka Księżyca miała 6 lat, Kendra znalazła ją na poboczu drogi prowadzącej przez pustynię. Kiedy Kendra wraz z Catty proszą recepcjonistkę o dowód, że Zoe Reese naprawdę jest matką dziewczyny, ta wyciąga klasówkę Córki Księżyca, z którego dostała A. A właściwie z którego dostanie, bo na klasówce miała być dopiero w przyszłym tygodniu! Na odwrocie kartki były dane dziewczyny napisane jej własną ręką! A wyżej już innym charakterem pisma: „W nagłym wypadku skontaktować się z moją córką”. W między czasie tajemniczy nieznajomy daje jej pewny tajemny zwój, a matka prosi, by nie ufać Maggie. Na domiar złego Chris – chłopak dziewczyny – dziwnie się zachowuje.

Podobnie jak poprzednie części, druga część „Córek Księżyca” autorstwa Lynne Ewing jest książką miłą, sympatyczną, uroczą i odstresowującą, przy której czas leci w zastraszającym tempie. Po raz kolejny jednym z ważniejszych problemów jest chłopak - tym razem należy uratować i zrozumieć dlaczego się dziwnie zachowuje.


W recenzji „W zimnym ogniu” wspomniałam, że jedynym źródłem humoru są kłótnie Jimeny z Collinem. I, niestety, tak jak powiedziałam – kiedy się skończyły, skończył się także humor. Mogę was jednak pocieszyć, że pojawiający się od czasu do czasu w „Nocnym cieniu” Collin i jego zachowanie, sprawia, że nie potrafimy się nie uśmiechnąć. W „Tajemnym zwoju” sytuacja przedstawia się już nieco inaczej – Jimena z Collinem spadają na dalszy plan, natomiast na pierwszym pojawia się Catty – choć ta część przygód Córek Księżyca jest ogólnie… nieco inna od reszty.


Coś co podobało mi się piekielnie w serii, a co jest, z przyczyn oczywistych, spotykane najczęściej w „Nocnym cieniu”, to przypisy. I nie chodzi mi tu przypisy typu „Czym są papryczki jalapeño?” czy „Z czego są zrobione quesadilla?” (co nie znaczy, że i te nie są przydatne ;]), tylko o wyjaśnienia hiszpańskich słów, które co jakiś czas wypowiadane są przez Jimenę. Ja - osoba zakochana w hiszpańskim, a która nie ma warunków do uczenia się tego cudnego latynoskiego języka – jestem tym zachwycona i piszczę ze szczęścia za każdym razem, kiedy widzę, że mam szansę nauczyć się kolejnego słówka.


A jeśli już jesteśmy przy tłumaczeniach… Muszę wspomnieć o tłumaczach (ostatnio spotkałam się z opinią, że recenzenci w ogóle nie zwracają na nich uwagi, a przecież tłumacze tłumacząc utwory sami stają się jakby współautorami książki i to od nich w sporej mierze zależy czy dana pozycja będzie się podobać czytelnikowi czy nie). Szczerze mówiąc wątpię, by komentarze do ich pracy pojawiały się dość często, ze względu na to, że zazwyczaj nie mam porównania i nie wiem czy tłumacz dobrze się sprawdził, jednak w tym przypadku sobie na to pozwolę, ponieważ „Córki Księżyca” były tłumaczone przez trzy różne osoby. W poprzedniej recenzji wspomniałam o „opisach wtórnych”. Kiedy sięgnęłam po „Nocnego cienia” szybko pożałowałam swojej opinii. Czytając przygodę Jimeny miałam nieustające wrażenie déjà vu i długo zastanawiałam się, czy to było naprawdę déjà vu czy może taki sam opis znajdował się w poprzedniej części „Córek”. Kiedy jednak zaczęłam „Tajemny zwój” zdałam sobie sprawę, że napisanie dobrych „opisów wtórnych” jest naprawdę trudne, a mimo to Ewa Bobocińska stanęła na wysokości wyzwania. Czytając „powtórki z rozrywki” czasami nie zdawałam sobie nawet sprawy, że wcześniej dana sytuacja nastąpiła, ponieważ opis idealnie wpasował się w akcję powieści. I mimo że jestem pełna szacunku do Tomasza Illga za doskonałą znajomość dwóch języków obcych, zawiódł mnie strasznie używaniem gotowych tłumaczeń. Za każdym razem jestem oburzona, kiedy recenzenci kopiują opis książki z innych stron, więc takie zagrywki ze strony tłumacza są dla mnie niedopuszczalne.


Na koniec… Napisałam to w poprzedniej recenzji i muszę napisać to i w tej. Krótko, bo krótko, ale muszę. Mam wrażenie, że akcja zbyt szybko idzie do przodu. Wszystko co zaczyna się w danej części, musi się w danej części skończyć. Brak „długodystansowych” wątków, które mogłyby trwać dłużej niż jedna część serii. Nie mamy czasu przyzwyczaić się jakiegoś stanu rzeczy, ponieważ wszystko się nagle kończy, a rozpoczyna coś zupełnie innego.

Oczami Jenny: Jak już pisałam w poprzedniej części – „Córki Księżyca” nie są wymagającą lekturą, a mimo to potrafi zaskakiwać. Za ten fenomen odpowiedzialny jest punkt kulminacyjny. A właściwie dwa punkty kulminacyjne. Jesteśmy nauczeni z książek czy filmów, że jest on jeden, że mowa o nim przez cały czas i że po nim akcja zwalnia, wszystko powoli jest wyjaśniane i nie można spodziewać się czegoś niespodziewanego. Twórczość Lynne Ewing łamie jednak te zasady. Kiedy nie spodziewamy się już niczego nowego, kiedy walka ze złem została już stoczona, okazuje się, że to nie koniec przygody. Wręcz przeciwnie – czeka nas coś naprawdę niezwykłego. I nie boję się teraz o tym mówić, ponieważ nawet mając tę świadomość, bez problemów nabieramy się na dwa punkty kulminacyjne :).

Autor: Lynne Ewing
Tytuł: Nocny cień; Tajemny zwój
Seria: Córki Księżyca
Liczba stron: 360
Wydawnictwo: Jaguar

Data wydania: 15 czerwca 2011 

Polecam:
Wydawnictwo Jaguar 
Forum Córki Księżyca 

Córki Księżyca na facebooku

„Córki Księżyca” dostałam od wydawnictwa Jaguar. Ślicznie dziękuję :).

niedziela, 19 czerwca 2011

Historie idealne po ciężkim tygodniu... :)

O serii: Marzyliście kiedyś o tym, by zostać obdarowanym mocą? By musieć walczyć ze złem? By być kimś więcej niż kolejną osobą w anonimowym tłumie przechodniów? One z pewnością wiele by dały, by wam to wszystko oddać i wrócić do normalnego życia. Cztery dziewczyny z Los Angeles - Vanessa, Catty, Serena i Jimena - są kimś więcej niż przyjaciółkami. Są Córkami Księżyca, a każda z nich posiada moce, które czasem są prawdziwymi zmorami, szczególnie, gdy chłopak twoich marzeń ma cię właśnie pocałować. Sprawy nie ułatwia im Atrox i jego ofiary (tzn... Wyznawcy, ale ostatecznie to nie robi różnicy), którzy czyhają na życie dziewczyn. Na domiar złego oprócz problemów z cieniami, pojawiają się problemy z facetami - bo w końcu z facetami zawsze muszą być jakieś problemy ;).

O książce: Pierwsza myśl jaka nasuwa się po spotkaniu Sereny Killingworth - specyficzna dziewczyna. Krótkie czarne włosy z rudymi końcówkami, kolczyk w języku, niepowtarzalny styl i nieodłączna wiolonczela. Przykładna uczennica, odważna, nigdy się nie poddająca, potrafiąca wróżyć z kart tarota, wspaniała przyjaciółka, mająca niesamowicie przystojnego brata surfera. Ideał. Nikt by się nie spodziewał, że to właśnie ona wraz z przyjaciółkami – Jimeną, Vanessą i Catty – jest Córką Księżyca, choć nie przeszkadza jej to, a nawet cieszy się, że może zrobić coś więcej niż większość ludzi. Do pełni szczęścia brakuje jej jedynie chłopaka. Kiedy ostatnim razem umówiła się z kimś na randkę, była tak zdenerwowana, że odpowiadała na pytania towarzysza, choć nie zadał żadnego z nich. Serena odpowiadała na jego myśli, bowiem ma moc wchodzenia w czyjeś umysły. Pewnego wieczora, kiedy dziewczyna spacerowała po plaży, była świadkiem jednej z ceremonii Antroxa – Frigidus ignis, w której Lecta lub Lectus – Wybranka lub Wybraniec z grona Wyznawców- zyskiwali nieśmiertelność. Następnego dnia Córką Księżyca zainteresował się nowy uczeń – Zahi – który przyjechał z Francji, a na którego to „lecą” wszystkie dziewczyny w szkole. I choć Serena zadurzyła się w nim po uszy, Maggie – podopieczna Córek Księżyca – uważa, że dziewczyna powinna się go wystrzegać. Nie mówiąc już o wizji Jimeny, kiedy to Bogini wchodzi do ziemnego ognia będąc Lectą. Podobnie sądzi Stanton, który zapewnia ją, że Zahi usuwa jej wspomnienia. Tylko niby dlaczego Serena ma ufać Stantonowi?


Podobnie jak poprzednia część, "W zimnym ogniu" jest opowieścią miłą, sympatyczną, uroczą i odstresowującą. Poraz kolejny jednym z ważnejszych problemów głównej bohaterki jest chłopak - tym razem należy go znaleźć, uwieść, schwytać i nie puścić. Schytanym i uwiedzionym jest tym razem Zahi i choć dalszy rozwój wydarzeń jest tak łatwy do przewidzenia - i tak wzdychałam ilekroć jego imię pojawiało się w tekście, choć moje serce w tej serii nadal należy (ogólnie do Johna Tolkiena i Charlesa Williamsa z Kronik Imaginarium Geographica oraz Halta ze Zwiadowców) do Stantona.

Muszę przyznać - fabuła jest przewidywalna. Zaczynając od problemów z chłopakiem, przez Zahiego, aż do ceremonii Frigidus ignis. Cieszę się jednak z tego. Dzięki temu nie... Może nie powinnam mówić dalej, żeby chociaż to pozostało owiane mgiełką tajemnicy? Pogadamy jak przeczytacie :).
Prosty język, wartka akcja i nastoletnie problemy (jakby nie patrzeć - nieco śmieszne. Chłopak?) sprawiają, że książkę czyta się łatwo, szybko i przyjemnie. Kiedy zaczyna się lekturę - nie można od niej tak łatwo odejść.

Kusi mnie, żeby napisać, że humor w książce sprawia, że możemy bez wyrzutów sumienia wybuchnąć śmiechem, jednak... Napisanie tego byłoby kłamstwem. Przynajmniej z moim poczuciem humoru. Sądzę jednak, że nie jest to zbrodnia. Autorka chce utrzymać książkę przynajmniej na takim poziomie, na którym nie ma bezsensowych sytuacji, które nie mają dalszego znaczenia w akcji. Z własnego doświadczenia (ach, to gimnazjum... -.-') wiem, że humor współczesnych młodych ludzi nie jest... Emm... zbyt wymagający i inteligentny (tzn... nie ma w nim nic śmiesznego. Jest zboczony, oparty na przekleństwach i brak mu jakiegokolwiek sensu), więc pominięcie tego elementu życia amerykańskich nastolatek było chyba dobrym pomysłem, choć, jakby nie patrzeć, brakuje mi czasem inteligentnego żartu czy ironii. Jedynym momentem, w którym możemy się pośmiać lub choćby pouśmiechać pod nosem, to rozmowy Jimeny z Collinem - bratem Sereny - którzy za sobą nie przepadają. Subtelne insynuacje i "walnenie prosto z mostu" w rozmowach tych dwojga, sprawia, że mam ochotę czytać ich na okrągło. Jednak i tu mam dla was złą wiadomość - Bogini i surfer pogodzili się pod koniec książki, a z biegiem czasu Collinowi zaczyna podobać się Jimena. Choć biorąc pod uwagę wydarzenia z "Nocnego cienia", nic nie jest jeszcze stracone. Chyba.

A skoro jesteśmy już przy Jimenie i Collinie i ich zgodzie... Mam wrażenie, że mamy do czynienia z kolejną autorką, która za wszelką cenę chce skończyć zaczęty wątek i rozpocząć nowy (jak to miało miejsce w "Z ciemnością jej do twarzy" K. Keaton). Wątek kłótni Bogini i surfera rozpoczął się w "Zimnym ogniu" i w "Zimnym ogniu" się skoczył, czego szalenie żałuję. Kontynuowanie tego pomysłu wniosło by nieco "pikanterii" z normalnego życia do książek, nie mówiąc już wcześniej wspomnianym humorze. Nie wspominając jeszcze o owej Tajemnicy*. Seria "Córki Księżyca" liczy sobie w oryginale 13 części, a już w drugiej żegnamy się z kłótniami i możliwością budowania napięcia związanego z Tajemnicą (którą myślałam poznać dopiero w piątej części!).


Oczami Jenny: Coś, co mi się potwornie spodobało w książkach to tzw. przeze mnie "opisy wtórne" (niestety, nie mogłam znaleźć fachowej nazwy, o ile taka w ogóle istnieje). Chodzi mi o momenty, w których autorka krótko opisuje wydarzenia z poprzedniej części przygód bohaterek. Choć zdania na ten temat są podzielone ("To tylko utrudnia czytanie." "Kto normalny zaczyna czytać serię od połowy?"), uważam, że to bardzo dobre rozwiązanie dla tych, którzy dopiero co zaczynają swoją przygodnę z "Córkami". Dzięki temu nie muszą zaczynać od samego początku, a od części, którą aktualnie mają w ręce, a później dopiero mogą wrócić do części poprzednich, jeśli są ciekawi jak to wyglądało w wersji oryginalnej. Jestem jak najbardziej za :).


Autor: Lynne Ewing
Tytuł: W zimnym ogniu
Seria: Córki księżyca
Tłumacz: Błażej Kubacki
Liczba stron: 174
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 18 maja 2011

Polecam:
Wydawnictwo Jaguar
Forum Córki Księżyca
Córki Księżyca na facebooku

„Córki Księżyca” dostałam od wydawnictwa Jaguar. Ślicznie dziękuję :).
--------
* pisząc Tajemnicę z wielkiej litery, mam nadzieję was Nią zaiteresować, byście w końcu sięgnęli po "Córki" :)

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Uwaga! Seria dla czytelników o mocnych nerwach.

O serii: Wszyscy powyżej 15 roku życia znikają. Nauczyciele. Lekarze. Policjanci. Rodzice. A nawet uczniowie. Wolność? Swoboda? Brak zasad? Z pewnością. Nikt jednak nie spodziewa się, że może to doprowadzić do nieopisanej katastrofy. W Perdido Beach - miasteczku na zachodnim wybrzeżu Oceanu Spokojnego, gdzieś w Californii - zapanował chaos. Pół tysiąca dzieciaków zostało bez rodziców, a wszystko spoczywa na barkach Sama Temple - surfera, który do tej pory nie miał żadnych zmartwień. Ponad to: Orc i jego ludzie próbują objąć władzę, wokół miasteczka wyrósł znikąd tajemniczy mur, z Coates Academy przyjechał Caine z "kolegami", a tajemnicza Ciemność próbuje pożreć dzieci. I aż trudno uwierzyć, że za to wszystko odpowiedzialny jest pięcioletni chłopiec...


O książce: Lekcja historii. Wszystko tak jak zawsze: gorąco, duszno, nauczyciel nudzi wojną secesyjną, a każdy robi cokolwiek, byle tylko nie zasnąć. I nagle wszystko się zmieniło. Wraz ze zniknięciem dorosłych - ład i porządek. Dzieciaki czując się wolne, robią co tylko chcą. Grają na konsolach przez cały dzień, obżerają się słodyczami, warzywa i owoce wyrzucają do śmieci. Kradną, uciekają, powodują bójki. Pragną władzy. Jednym słowem: chaos. A wraz z nim do serc młodych ludzi zakrada się niepokój. W jednej chwili wszyscy pojmują, że potrzebują przywódcy. Pech chciał, że stał się nim Sam Temple - młody surfer, z którego, jeszcze niedawno wszyscy szydzili. I choć nie ma na to najmniejszej ochoty, musi walczyć, by tego stanowiska nie objął okrutny Orc z lizusem Howardem czy niebezpieczny Caine z tajemniczą Dianą i  psychicznym Drake'iem. A przecież ma tylko niecałe 300 godzin...

Cała seria "GONE" nie jest lekką lekturą, choć z pewnością "Niepokój" jest najłatwiejszy. Postapokalityczny świat - ETAP (Ekstremalne Terytorium Alei Promieniotwórczej) - w którym muszą żyć bohaterowie historii, jest bardzo realistyczny pod względem życia codziennego. Większość dzieciaków w wieku 8-15 lat nie ma jeszcze świadomości, jakie mogą być konsekwencje ich czynów. I właśnie tego próbuje nauczyć autor serii - Michael Grant. Próbuje nauczyć, że istnieje coś takiego jak ciąg przyczynowo-skutkowy, a także, że każdy czyn ma swoje konsekwencje. A ponieważ przekazuje tę wiedzę w dość radykalny sposób, każdy, kto przeczytał jego książki, wiedzę na ten temat zdobył.

Gdyby możliwe było posiadanie mocy, opis wydarzeń zawartych w książce również odpowiadałby nam zachowaniu nastolatek w normalnym świecie. Z początku niepokój i respekt przed dzieciakami posiadającymi niezwykłe zdolności, a później bunty i bójki (choć te jeszcze nie mają miejsca w fazie pierwszej). Skąd to wiem? Wystarczy spojrzeć na nieco zamożniejsze dzieciaki (zarówno te, które się tym szczycą, jak i te, które tego nie chcą) i ludzi wokół nich (zazdrosne, pogardzające, jak i mające wszystko gdzieś). Według mnie sytuacja jest identyczna i doskonale opisana przez autora z dreszczykiem emocji.
Wbrew pozorom książka jest napisana naprawdę prostym językiem, który łatwo trafia do młodzieży. Ponadto - większość problemów jakie dotyka bohaterów, są bardziej realne niż może nam się to wydawać. Szkolne osiłki, pierwsze miłości, zdrady przyjaciół są prawdziwymi problemami młodych ludzi. Nie potrzeba nam więc tajemniczych stworzeń, niezwykłych zdolności i zmutowanych zwierząt, by stworzyć niesamowity thriller (choć te z pewnością nie przeszkadzają w takiej sytuacji).

Jeśli chodzi o rozwój akcji... Proszę się nie zrażać początkiem. Pierwsza połowa książki jest dość nudna i opisuje - no cóż - początki, więc (szczerze mówiąc) nijak można wprowadzić tam żwawą akcję. Jednak kiedy dotrzemy do momentu, w którym pojawia się Caine z Dianą i Drake'm, nie możemy się oderwać od książki, mimo, że tak tak naprawdę dopiero co się rozpoczyna.

Oczami Jenny: Celowo w recenzję wplatałam co rusz słowo "niepokój". Sama długo zastanawiałam się, dlaczego faza pierwsza w polskiej wersji jest właśnie "Niepokojem" - w oryginale książki są po prostu nazwane GONE, HUNGER, LIES, PLAGUE, FEAR, LIGHT. Z początku sądziłam, że wydawnictwo wybrało "pierwsze lepsze" słowo, bowiem za pierwszym razem tego "niepokoju" u dzieciaków nie widać. Kiedy jednak zagłębiamy się w opowieść (jak zrobiłam to ja, pisząc tę recenzję), zauważamy, że faktycznie - dzieciaki się boją, są pełne niepokoju i potrzebują kogoś, kto zapewni im bezpieczeństwo. Pech chciał, że padło na Sama, który chyba nie do końca sobie z wszystkim radzi... :)
Jestem przyjemnie zaskoczona i dumna z wydawnictwa Jaguar - lepszego tytułu na fazę pierwszą opowieści GONE nie mogli znaleźć.

Autor: Michael Grant
Tytuł: Faza pierwsza: Niepokój
Seria: GONE
Tłumacz: Jacek DrewnowskiLiczba stron: 528
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 23(?) września 2009

Polecam:
Wydawnictwo Jaguar
Forum GONE
GONE na facebooku

niedziela, 15 maja 2011

"Bogini Nocy" to historia odpowiedzialna za powstanie tego bloga...


O serii: Marzyliście kiedyś o tym, by zostać obdarowanym mocą? By musieć walczyć ze złem? By być kimś więcej niż kolejną osobą w anonimowym tłumie przechodniów? One z pewnością wiele by dały, by wam to wszystko oddać i wrócić do normalnego życia. Cztery dziewczyny z Los Angeles - Vanessa, Catty, Serena i Jimena - są kimś więcej niż przyjaciółkami. Są córkami księżyca, a każda z nich posiada moce, które czasem są prawdziwymi zmorami, szczególnie, gdy chłopak twoich marzeń ma cię właśnie pocałować. Sprawy nie ułatwia im Atrox i jego ofiary (tzn... Wyznawcy, ale ostatecznie to nie robi różnicy), którzy czyhają na życie dziewczyn. Na domiar złego oprócz problemów z cieniami, pojawiają się problemy z facetami - bo w końcu z facetami zawsze muszą być jakieś problemy ;).

O książce:  Vanessa czuje, że wszystko wymyka jej się z rąk. Ktoś zaczął ją śledzić, Catty co rusz zabiera ją w podróż w czasie, Michael Saratoga - miłość jej życia - zaprasza ją na randkę, a gdy chce ją pocałować, jej molekuły zaczynają wariować i dziewczyna zaczyna znikać. Na domiar złego pojawia się dziwny chłopak - Stanton, wizje Sereny przepowiadają poważne kłopoty, jedna z jej przyjaciółek znika, a druga zapada na dziwną chorobą i traci nadzieję. Ponadto pewna emerytowana nauczycielka historii mówi jej, że jest córką księżyca, co rzekomo miało dać odpowiedzi, a tak naprawdę zrodziło jeszcze więcej pytań. I jak tu nie stracić głowy w tym wszystkim?

Kiedy Agnieszka Pohl napisała na swoim blogu, że odłożyła POTTERA na rzecz "Córek" byłam zaskoczona. "Książka do recenzji czy nie - Pottera nie można tak po prostu odłożyć." - myślałam. Kiedy jednak otworzyłam swój plik w komputerze, oderwała mnie od niego jedynie późna pora i świadomość, że już za tydzień muszę oddawać prace na konkurs. Jednak żadna siła nie była wstanie wyrwać mnie z transu "Bogini" następnego dnia. Gdyby nie fakt, że nie miałam skończonej recenzji "Zwiadowców" i internetu na dworze, post ten ukazałby się już tydzień temu.
Nie ma się co oszukiwać - książki Lynne Ewing nie są wymagającymi lekturami. Są dobrym sposobem na zajęciem nimi nudnego dnia, czasu spędzonego na plaży czy oczekiwania na znajomych, choć - UWAGA! - nie wtedy, kiedy niedługo ma się wydarzyć coś niezwykłego, dzień jest naprawdę słoneczny lub gdy przyjaciele przyjdą za 5 minut, bo książka mimo wszystko wciąga. Choć problemy wydają się naprawdę banalne, niektórzy bohaterowie idiotyczni a kilka fragmentów jest przereklamowanych (np. opisy ciuchów) to od opowieści naprawdę trudno się oderwać. Dowodem są moje spalone nogi, ręce i dekolt :). I choć cała seria skierowana jest raczej do płci pięknej, prawdziwi miłośnicy fantastyki (tj. oni) nie powinni pogardzić tą lekturą.

Oczami Jenny: Seria idealnie nadaje się do "odmóżdżenia" po ciężkiej pracy, konkursach (z fizyki ;]) czy po psychicznej "Pladze" (GONE). Historia jest naprawdę tak przyjemna i lekka, że zaraz po przeczytaniu ma się ochotę przeczytać ją jeszcze raz. Poza tym - doskonale uzmysłowiła mi, jak naprawdę wygląda zakochanie się "na zabój", którego w moim młodym życiu jeszcze nie zaznałam. Ze względu na to, że mam manię utożsamiania się z głównymi bohaterkami, piekielnie spodobał mi się Michael Saratoga i, mimo, że czasami był prawdziwym palantem, wybaczałam mu za każdym razem kiedy odchodził i miałam ochotę go całować ilekroć wracał.

Autor: Lynne Ewing
Tytuł: Bogini Nocy
Seria: Córki księżyca
Tłumacz: Błażej Kubacki
Liczba stron: 267
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 18 maja 2011

Polecam:
Wydawnictwo Jaguar
Forum Córki Księżyca
Córki Księżyca na facebooku

„Córki Księżyca” dostałam od wydawnictwa Jaguar. Ślicznie dziękuję :).