RSS
Facebook
Twitter

czwartek, 16 lutego 2012

Gdzie ofiara staje się łowcą...

Tym razem wcielmy się w rolę Gideona – 19-letniego absolwenta szkoły z internatem „Greenwich”, który był kapitanem szkolnej drużyny polo. Przyszłego studenta medycyny, grającego na skrzypcach, a którego wykonania słuchał sam hrabia de Saint Germain na balu w XVIII wieku. Tancerza, potrafiącego nauczyć tańczyć walca zarówno przy klasycznym podkładzie jak i do „Papercut” zespołu Linkin Park. Podróżnika w czasie, mającego mieszkanie w Chelsea, choć i tak przebywającego cały czas ze swoją daleką rodziną – zarówno z powodów przeskoków w czasie, jak i tego, że matka wraz z jego bratem Raphaelem i ze swoim nowym mężem wyjechała do  Francji. Diament, który dostał jasny rozkaz – „masz uwieść Rubin”. I wszystko było dobrze, dopóki miejsce Charlotty Montrose nie zajęła Gwendolyn Sheperd, która naprawdę jest niezwykłą osobistością. No bo która dziewczyna jest w staniu po pijaku zaśpiewać piosenkę z musicalu „Cats” na osiemnastowiecznym balu i jeszcze zmusić się, do zagrania podkładu? Która czyta jednocześnie najbanalniejsze książki młodzieżowe i sir Arthura Conana Doyle'a, Grubera, Szekspira i całą masę wspaniałych, acz mało znanych pisarzy? Która ze zwierzyny staje się łowcą i sprawia, że nie sposób żebyś jej nie pokochał?

„Błękit szafiru” jest kontynuacją „Czerwieni rubinu”. Jest równie dobry, równie wciągający i pełen niezwykłych przygód co pierwsza część Trylogii. Między obiema książkami właściwie nie widać różnicy – kończąc jedną od razu zaczynamy drugą, nie czuć żadnej przerwy. Cała historia stanowi jedną całość, nie podzieloną na segmenty, dlatego też z tej przyczyny tak bardzo nie możemy doczekać się trzeciej części Trylogii – „Zieleni szmaragdu”.

Na końcu niektórych rozdziałów czekały na Czytelnika  pewne niespodzianki. Nie były co prawda kupony do Carrefour’a ani Reserved, nie były to wzory do drukowania fałszywych pieniędzy (dajmy na to, dolarów amerykańskich) ani przepisy na ciasto z jagodami (choć szkoda), ale wciąż było to coś, co stanowi, że książkę czyta się jeszcze przyjemniej, o ile w tym przypadku to w ogóle możliwe: to różnego rodzaju przypisy, tabelki i ciekawostki z życia… A raczej z książki wzięte, które sprawiają, że wydaje nam się ona jeszcze bardziej rzeczywista, niż do tej pory. Mamy tam fragmenty z pamiętnika hrabiego de Saint-Germain, drzewa genealogiczne rodzin Montrose i de Villiers a także różne źródła historyczne. Choć to niby niewiele, podnoszą one bardzo wartość książki, tak, że Czytelnicy pokochają ją jeszcze bardziej. Te dodatki to naprawdę świetny zabieg, już nie raz się o tym przekonaliśmy: to samo stosował przecież Sapkowski w naszym ukochanym „Wiedźminie”.

Przy recenzji „Czerwieni rubinu” wspomniałam (a przynajmniej miałam wspomnieć), że język jakim operuje autorka Trylogii Czasu sprawia, iż czytelnik jest w stanie uwierzyć w istnienie Gideona czy Gwen. Wszystko, co składa się na wykreowanie postaci było w oparciu o codzienne życie młodzieży. A przecież sporo czasu zajmuje młodym ludziom szkoła. Skoro więc Kertin Gier postawiła na naturalność u swoich bohaterów, to i liceum, do którego chodzą, musi być „naturalne” i rzeczywiste. A odpowiedzialne za to są schody.
Bo to właśnie na schodach Liceum Saint Lennox zdarzają się najbardziej „życiowe” sytuacje. Nigdy nie zapomnę sceny, w której Cynthia wyznała zauroczenie Panem Whitmanem, kiedy ten stał za jej plecami. Lub ta, w której Gideon rozmawiał z Charlottą przy limuzynie, a Gwen wraz z Leslie, Cynthią i Gordonem się twemu przyglądali. I choć, jak przyznała nasza narratorka, jest to zachowanie absurdalne i niedorzeczne, dzieje się tak w większości szkół na świecie.

Ostatnio pisałam, że bohaterkami, które podbiły moje serce, są Leslie i Gwen. Te radosne, pełne życia, miłe i niezwykle pomocne „wojowniczki” podbijają serca wielu. Czym byłaby jednak dobra książka, bez choćby jednego złego charakteru? A złym charakterem (dosłownie!) może poszczycić się Charlotta.
Kto by się po niej spodziewał, prawda? W końcu była to dobrze wychowywana dziewczyna, dostawała zawsze najlepsze stopnie, nauczyciele ją uwielbiają. Świetnie tańczy, gra na fortepianie, interesuje się historią, zna dobre maniery. I choć już wcześniej była pyszna i wredna, to po „mianowaniu” Gwendolyn Rubinem, całkiem jej odbiło. Jestem w stanie zrozumieć rozgoryczenie i złość, ale to co opowiadała o Gwen podczas kolacji z Gideonem i Raphaelem przekraczało wszelkie granice przyzwoitości.
Z kolei całkiem sympatycznym gościem okazał się Gideon. Ten utalentowany młody człowiek, był całkiem sympatycznym jegomościem, gdy opiekował się Gwen w czasie przeskoków. Choć w „Czerwieni rubinu” był dość oschły i „niezdecydowany” względem uczuć do panny Sheperd (przyczynę znajdujemy pod koniec drugiej części Trylogii Czasu), w „Błękicie Szafiru” staje się cudownym, miłym facetem, który podbija serca nie tylko bohaterom książki, ale i czytelniczkom.

Podsumowując… Druga część Trylogii Czasu autorstwa Kertin Gier – „Błękit szafiru” – trzyma poziom swojej poprzedniczki. Bohaterowie nadal są doskonale kreowani, świat przedstawiony nadal jest dokładnie taki sam jak nasz, akcja książki nadal zaskakuje, satysfakcjonuje i sprawia nam przyjemność. Kto lubi podróże w czasie i ciekawe książki musi sięgnąć po „Czerwień rubinu”. Kto sięgnął po „Czerwień” musi przeczytać „Błękit szafiru”, a kto przeczytał „Błękit” nie może żyć bez „Zieleni Szmaragdu”.
Serdecznie polecam!

Autor: Kerstin Gier
Tytuł: Błękit szafiru
Seria: Trylogia Czasu
Tłumacz: Agata Janiszewska
Liczba stron: 364
Wydawnictwo: Literacki Egmont
Data wydania: 19 października 2011

"Błękit szafiru" dostałam dzięki uprzejmości pani Edyty z wydawnictwa Egmont. Serdecznie dziękuję ;).
Za pomoc przy recenzji dziękuję Tirindeth, Sihhinne, a przede wszystkim kochanej Adwokat, dzięki której ta recenzja nie wyglądałaby tak jak wygląda teraz. Strasznie, strasznie, strasznie dziękuję!

15 komentarzy:

  1. Jak dla mnie część druga jest nawet lepsza od pierwszej, a trzecia jest NAJLEPSZA ze wszystkich :D Podoba mi się to, że trochę opowiedziałaś o Gideonie, ten facet jest po prostu boski *_* I z tego co pamiętam, on już był studentem medycyny chyba nawet pierwszego roku, gdy zaczęła się cała opowieść :P

    OdpowiedzUsuń
  2. No ładnie, ładnie... A podziękowania dla mnie? *wrzeszczy w ekran: nie będzie Zieleni, oj nie będzie!* ^^

    No i znowu (jak zawsze) wyszło z humorem, a przy okazji ujęłaś trafnie wszystkie aspekty tej książki.

    Mistrzu... (:

    OdpowiedzUsuń
  3. Tirindeth: Wiem, wiem. Pisałaś nie raz i nie dwa :D.
    A mi nadal coś z tym studiowaniem nie pasuje. Jakoś nie mogę tego wszystkiego ze sobą połączyć.

    Matt: Tobie już dziękowałam ;p. I to kilka razy, zaraz po tym jak zgodziłeś się być pośrednikiem. Tym razem wszystkie zasługi należą się Adwokat - naprawdę mi pomogła *tuli*

    OdpowiedzUsuń
  4. Po prostu recenzja cudo, podczas czytania nawet nie zauważyłam, że ma taką objętość.

    OdpowiedzUsuń
  5. Uwielbiam "Trylogię czasu". Gwarantuję Ci, że "Zieleń..." jest jeszcze lepsza, mimo że trudno w to uwierzyć :)

    OdpowiedzUsuń
  6. AnnieK: Oj tam, objętość. Nie pisząc ją, nie doszłam nawet do 60 wersów Calibri11 :D. Ale dziękuję ;)

    Rosemary: No wiem, wiem. Tirin mnie już od trzech dni torturuje ;).

    OdpowiedzUsuń
  7. Książkę mam za sobą, jest fantastyczna, i strasznie mnie skręca od czekania na premierę ostatniej części:)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  8. Jenn, no wiesz co! Przeć ja Cię nie torturuję! Ja tylko uświadamiam wspaniałość Zieleni :P

    OdpowiedzUsuń
  9. Ależ ja doskonale o tym wiem, ale trochę mnie tym torturujesz. Mówiłam ci przecież, że w akcie desperacji po "Szafirze" zaczęłam czytać niemieckie forum :D
    Ale, proszę, nie odchodź! *uwiesza się w pasie*


    Maruda007: No ba! Jak każdy ^^

    OdpowiedzUsuń
  10. Jejku... Jak tak czytam te pozytywne recenzje, mam ochotę już teraz sięgnąć po tę książkę :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Na szczęście premiera "Zieleni" już niedługo, a Twoje podsumowanie na końcu recenzji to strzał w dziesiątkę. ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Olivia: No to nie ma na co czekać! Bierzemy książeczki i czytamy ^^

    Jane: Dziękuję ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ciekawa recenzja. :) Książkę przeczytałam i ubóstwiam.Pozdrawiam i zapraszam do mnie. [ksiazki-patrycja.blog.onet.pl]

    OdpowiedzUsuń
  14. Książkę uwielbiam, jednak Gideona nie cierpię :P Ten gościu mnie po prostu wkurza ... xd

    OdpowiedzUsuń
  15. Patrycja: Dziękuję :). Zajrzę niedługo ;).

    Tristezza: Czasami się zastanawiam czy ty tak serio czy robisz mi na złość. JAK MOŻNA NIE CIERPIEĆ GIDEONA! JA GO KOCHAM, A TY Z CZYMŚ TAKIM WYJEŻDŻASZ?!

    OdpowiedzUsuń