RSS
Facebook
Twitter

poniedziałek, 18 lipca 2011

Stosik - odsłona 2.

Wróciłam! ^^
Wyjazd był bardzo udany, jednak wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. W ciągu wyjazdu przeczytałam dwie książki ("Straż" i "Zawód: wiedźma" cz.1) i zaczęłam trzecią ("Ręce precz od tej książki!"), jednak jest ona dla mnie zbyt "ciężka" i zwyczajnie żal mi autora, bo po dwóch zakazanych w Niemczech pozycjach, spróbował po raz trzeci i wygląda to trochę jakby szedł po trupach do celu. Nie  mówiąc już o tym, że psychikę ma ładnie zjechaną.
No, ale powracając... Już na początku tygodnia Matt oznajmił mi, że dogadałam się z Ericą z czego jestem potwornie szczęśliwa. Później, że wygrałam u Nadeine Bree Tanner, po czym już w ogóle cieszyłam się jak dziecko. A jak już w rozmowie z babcią dowiedziałam się, że przyszły książki (5!), to już w ogóle byłam cała w skowronkach. Tak więc - prezentuję swój stosik.

fot. Jennifer Laugh
(zdjęcie to robiłam trzy razy. Za pierwszym zapomniałam o "Jumperze", za drugim - o "Straży")
Od dołu:

  1. Trylogia arturiańska: Zimowy Monarcha - Bernard Cornwell (Instytut Wydawniczy Erica) 
  2. Trylogia arturiańska: Nieprzyjaciel Boga - Bernard Cornwell (Instytut Wydawniczy Erica)
  3. Trylogia arturiańska: Excalibur - Bernard Cornwell (Instytut Wydawniczy Erica)
  4. Jumper - Steven Gould (Amber)
  5. Strażnicy Veridianu: Straż - Marianne Curley (Jaguar)
  6. Zew nocy: Wschodzący księżyc - Keri Arthur (Instytut Wydawniczy Erica/Darkdoor)
  7. Zew nocy: Całując grzech - Keri Arthur (Instytut Wydawniczy Erica/Darkdoor)
Książki wysłane przez Ericę - w ramach współpracy.
Jumper - za dychę w Matrasie.
Straż - m.in. w ramach eventu.

Do tego:

ZAKŁADKI! Śliczne *_*. Wszystkie od Erici. Z początku znalazłam tylko jedną - z trylogii. Dopiero późniem mnie podkusiło, żeby sprawdzić resztę ^^.

I coś na co czekałam od miesiąca!


Koszulka z akcji: "NIE BIEGAM". Obiecuję! - będę ją nosiła na wf! Ciekawe jak zareaguje na to wfistka ^^.

No i co? Wypadałoby się teraz zabrać za lekturę. Problem polega na tym, że: 
  1. Nie skończyłam jeszcze poprzedniego stosika (Została druga część W.Rednej, którą na szczęście kupiłam, więc nie muszę się z nią śpieszyć)
  2. Zaczęłam już dawno Jumpera, a terminy naglą
  3. Od czego zacząć? O.o

czwartek, 7 lipca 2011

Coś dla fanek przygód Ali Makoty.


O książce: Siedemnastoletnia Dominika - przyjaciółka słynnej Ali Makoty - przechodzi poważny kryzys. Rodzice coś przed nią ukrywają, jej przyjaciel się w niej zakochał, jego matka znalazła nowego faceta, a Misio - jej ukochany - znalazł sobie jakiego babsztyla "o zbyt długich nogach i zbyt pełnych piersiach". Rozwiązanie? Jak powiedział Lew Tołstoj: "Większość życiowych problemów rozwiązuje się jak algebraiczne równania - sprowadzeniem do najprostrzej postaci".

Cóż mogę powiedzieć o tej książce? Jest to historia dla dziewczyn (płci przeciwnej nie polecam), które nie darzą wielką miłością wielopiętrowych intryg, namiętnych wątków miłosnych i zapierającej w dech piersiach akcji. Opowieść jest krótka, lekka, prosta, swego rodzaju przyjemna. Język jest prosty, niewymagający ogromnego skupienia. Sama fabuła... Nie ma co ukrywać - jest przewidywalna. Ale tak przewidywalna, że aż zaskakująca :). Wiele razy można uśmiechnąć pod nosem czy cicho zaśmiać. Ponadto - między stronami druku od czasu do czasu natykamy się na ilustracje wykonane przez Katarzynę Kołodziejak opatrzone "sympatycznym" komentarzem Dominiki. Coś co mi się bardzo podobało to "chmurki", w których autorka zamieściła cytaty znanych i tych nie co mniej ludzi.
Podsumowując (tę jakże krótką ocenę): choć lektura jest krótka, bohaterka nieco naiwna, a akcja banalna - "Dominika. Pierwsza miłość" to książka, którą miło wspominam i do której lubię wracać.

"W życiu niewiasty rozróżnić można siedem okresów:
niemowlę, dziewczynka, dziewczyna, młoda kobieta, młoda kobieta, młoda kobieta, młoda kobieta"
George Bernard Shaw


Autor: Małgorzata Budzyńska
Tytuł: Dominika. Pierwsza miłość
Liczba stron: 152
Wydawnictwo: Świat Książki
Data wydania: 28 października 2009

Polecam:
Wydawnictwo Świat Książki
Dominika. Pierwsza Miłość na facebooku

czwartek, 30 czerwca 2011


Ze strony eventu:
"Inicjatywa Entego Admina!

Kolejna dobra książka dla młodzieży, która zginęła bez wieści, przygnieciona zbitym tłumem wampirzych pociotków, aniołów upadłych i zmaltretowanych oraz innego paranormalnego tatałajstwa. O ile naprawdę lubię historie z dreszczykiem, głupawe romanse, mrrrrrrok, depresję i tragedie rozmaitej maści, o tyle szlag mnie trafia, gdy na półkach nie sposób znaleźć INNYCH DOBRYCH KSIĄŻEK.

No.

Więc bardzo proszę o ratunek dla "Strażników Veridianu" Marianne Curley. Bo:
a: to dobra, ciekawa, nietuzinkowa powieść;
b: bo zwroty akcji są zaskakujące;
c: bo ma tylko trzy tomy i nie będzie ciągnąć się w nieskończoność;
d: bo drugi tom, "Mrok", wyleciał nam na jesień, a jest taaaaaki ładny ;-);
e: bo, kurczę, nie mam pojęcia, jak w dobie paranormali przebić się z czymś, co jest dobre, ale trochę inne...

Zachęcam do ratowania "Straży", "Mroku" i "Klucza", bo niedługo będziemy mogli wybierać tylko między wampirem, duchem i zmaltretowanym aniołem :)"

"Strażnicy Veridianu" to trylogia o parze nastolatków - Ethanie i Isabel - którzy mają do spełnienia ważną misję. Ona musi nauczyć się wszystkiego o Strażnikach w niemożliwie krótkim czasie, a On jest za to odpowiedzialny. Razem podróżują w czasie i walczą po stronie Porządku w walce z Chaosem. Jeśli im się nie uda... Zbyt wiele ludzi to odczuje i zbyt wiele tajemnic wyjdzie na jaw.

Seria zachwyciła mnie momentalnie - opisem, okładką i fragmentem (czyli zaznajomiłam się z treścią choć odrobinę). Co prawda nie miałam jej jeszcze w ręce, co nie znaczy, że mogę obok takiej akcji, jaką jest ratownie "Strażników" z odmętów wampirów, aniołów i innych mhocznych straszydeł, przejść obojętnie. Byłam jedną z pierwszych osób, które przyłączyły się do wydarzenia i obiecałam sobie, że nie będzie to tylko symboliczne kliknięcie "Wezmę udział" czy "Lubię to" na facebooku.

Proszę więc was. Ruszmy się i coś zróbmy. Cokolwiek. Promujmy książkę wśród znajomych, na blogach, profilach różnych serwisów. Nie możemy pozwolić, by "Strażnicy" zostali brutelnie zeżarci przez krwiożercze potwory i modę początku XXI wieku!

Strona eventu:
Serdecznie zapraszam.

wtorek, 28 czerwca 2011

Sponsorem dzisiejszego posta jest hasło: „Jak już pisałam w poprzedniej recenzji…” :) 

O serii: Marzyliście kiedyś o tym, by zostać obdarowanym mocą? By musieć walczyć ze złem? By być kimś więcej niż kolejną osobą w anonimowym tłumie przechodniów? One z pewnością wiele by dały, by wam to wszystko oddać i wrócić do normalnego życia. Cztery dziewczyny z Los Angeles - Vanessa, Catty, Serena i Jimena - są kimś więcej niż przyjaciółkami. Są Córkami Księżyca, a każda z nich posiada moce, które czasem są prawdziwymi zmorami, szczególnie, gdy chłopak twoich marzeń ma cię właśnie pocałować. Sprawy nie ułatwia im Atrox i jego ofiary (tzn... Wyznawcy, ale ostatecznie to nie robi różnicy), którzy czyhają na życie dziewczyn. Na domiar złego oprócz problemów z cieniami, pojawiają się problemy z facetami - bo w końcu z facetami zawsze muszą być jakieś problemy ;).

O książce: 

NOCNY CIEŃ
W życiu piętnastoletniej Jimeny Castillo - Córki Księżyca potrafiącej przewidywać przyszłość, byłej gangsterce, dwa razy będącej w zakładzie i posiadającej dwa więzienne tatuaże - zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Przede wszystkim wraca do niej Veto - miłość jej życia, która zginęła rok wcześniej w wojnie gangów! Oprócz tego od Cassandry - Wyznawczyni niegdyś zakochanej na zabój w Stantonie - czuć na kilometr, że coś knuje. I choć z biegiem czasu wszystko zaczyna się układać – Veto wrócił na stałe, Cassandra gdzieś niknęła, a trzęsienia ziemi ustały, nadchodzi czas spotkania z Maggie, która informuje Córki Księżyca o nadchodzącym niebezpieczeństwie i prosi o ostrożność, ponieważ Antrox jest niezwykle podstępny. Nie mówiąc już o wizjach, w których Jimena po raz kolejny traci ukochanego. A przecież jej wizje zawsze się sprawdzają…

TAJEMNY ZWÓJ
Dla Catty Turner – Córki Księżyca, która potrafi podróżować w czasie – był to ciężki dzień. Z klasówki z geometrii dostała D, Vanessa się na nią obraziła za tekst o Michaelu Saratodze, a na koniec Kendra – przybrana matka Catty – informuje, że dzwonili do niej z biura Koronera Okręgowego Los Angeles. Dziewczyna dowiaduje się, że jej biologiczna matka nie żyje. Kiedy Córka Księżyca miała 6 lat, Kendra znalazła ją na poboczu drogi prowadzącej przez pustynię. Kiedy Kendra wraz z Catty proszą recepcjonistkę o dowód, że Zoe Reese naprawdę jest matką dziewczyny, ta wyciąga klasówkę Córki Księżyca, z którego dostała A. A właściwie z którego dostanie, bo na klasówce miała być dopiero w przyszłym tygodniu! Na odwrocie kartki były dane dziewczyny napisane jej własną ręką! A wyżej już innym charakterem pisma: „W nagłym wypadku skontaktować się z moją córką”. W między czasie tajemniczy nieznajomy daje jej pewny tajemny zwój, a matka prosi, by nie ufać Maggie. Na domiar złego Chris – chłopak dziewczyny – dziwnie się zachowuje.

Podobnie jak poprzednie części, druga część „Córek Księżyca” autorstwa Lynne Ewing jest książką miłą, sympatyczną, uroczą i odstresowującą, przy której czas leci w zastraszającym tempie. Po raz kolejny jednym z ważniejszych problemów jest chłopak - tym razem należy uratować i zrozumieć dlaczego się dziwnie zachowuje.


W recenzji „W zimnym ogniu” wspomniałam, że jedynym źródłem humoru są kłótnie Jimeny z Collinem. I, niestety, tak jak powiedziałam – kiedy się skończyły, skończył się także humor. Mogę was jednak pocieszyć, że pojawiający się od czasu do czasu w „Nocnym cieniu” Collin i jego zachowanie, sprawia, że nie potrafimy się nie uśmiechnąć. W „Tajemnym zwoju” sytuacja przedstawia się już nieco inaczej – Jimena z Collinem spadają na dalszy plan, natomiast na pierwszym pojawia się Catty – choć ta część przygód Córek Księżyca jest ogólnie… nieco inna od reszty.


Coś co podobało mi się piekielnie w serii, a co jest, z przyczyn oczywistych, spotykane najczęściej w „Nocnym cieniu”, to przypisy. I nie chodzi mi tu przypisy typu „Czym są papryczki jalapeño?” czy „Z czego są zrobione quesadilla?” (co nie znaczy, że i te nie są przydatne ;]), tylko o wyjaśnienia hiszpańskich słów, które co jakiś czas wypowiadane są przez Jimenę. Ja - osoba zakochana w hiszpańskim, a która nie ma warunków do uczenia się tego cudnego latynoskiego języka – jestem tym zachwycona i piszczę ze szczęścia za każdym razem, kiedy widzę, że mam szansę nauczyć się kolejnego słówka.


A jeśli już jesteśmy przy tłumaczeniach… Muszę wspomnieć o tłumaczach (ostatnio spotkałam się z opinią, że recenzenci w ogóle nie zwracają na nich uwagi, a przecież tłumacze tłumacząc utwory sami stają się jakby współautorami książki i to od nich w sporej mierze zależy czy dana pozycja będzie się podobać czytelnikowi czy nie). Szczerze mówiąc wątpię, by komentarze do ich pracy pojawiały się dość często, ze względu na to, że zazwyczaj nie mam porównania i nie wiem czy tłumacz dobrze się sprawdził, jednak w tym przypadku sobie na to pozwolę, ponieważ „Córki Księżyca” były tłumaczone przez trzy różne osoby. W poprzedniej recenzji wspomniałam o „opisach wtórnych”. Kiedy sięgnęłam po „Nocnego cienia” szybko pożałowałam swojej opinii. Czytając przygodę Jimeny miałam nieustające wrażenie déjà vu i długo zastanawiałam się, czy to było naprawdę déjà vu czy może taki sam opis znajdował się w poprzedniej części „Córek”. Kiedy jednak zaczęłam „Tajemny zwój” zdałam sobie sprawę, że napisanie dobrych „opisów wtórnych” jest naprawdę trudne, a mimo to Ewa Bobocińska stanęła na wysokości wyzwania. Czytając „powtórki z rozrywki” czasami nie zdawałam sobie nawet sprawy, że wcześniej dana sytuacja nastąpiła, ponieważ opis idealnie wpasował się w akcję powieści. I mimo że jestem pełna szacunku do Tomasza Illga za doskonałą znajomość dwóch języków obcych, zawiódł mnie strasznie używaniem gotowych tłumaczeń. Za każdym razem jestem oburzona, kiedy recenzenci kopiują opis książki z innych stron, więc takie zagrywki ze strony tłumacza są dla mnie niedopuszczalne.


Na koniec… Napisałam to w poprzedniej recenzji i muszę napisać to i w tej. Krótko, bo krótko, ale muszę. Mam wrażenie, że akcja zbyt szybko idzie do przodu. Wszystko co zaczyna się w danej części, musi się w danej części skończyć. Brak „długodystansowych” wątków, które mogłyby trwać dłużej niż jedna część serii. Nie mamy czasu przyzwyczaić się jakiegoś stanu rzeczy, ponieważ wszystko się nagle kończy, a rozpoczyna coś zupełnie innego.

Oczami Jenny: Jak już pisałam w poprzedniej części – „Córki Księżyca” nie są wymagającą lekturą, a mimo to potrafi zaskakiwać. Za ten fenomen odpowiedzialny jest punkt kulminacyjny. A właściwie dwa punkty kulminacyjne. Jesteśmy nauczeni z książek czy filmów, że jest on jeden, że mowa o nim przez cały czas i że po nim akcja zwalnia, wszystko powoli jest wyjaśniane i nie można spodziewać się czegoś niespodziewanego. Twórczość Lynne Ewing łamie jednak te zasady. Kiedy nie spodziewamy się już niczego nowego, kiedy walka ze złem została już stoczona, okazuje się, że to nie koniec przygody. Wręcz przeciwnie – czeka nas coś naprawdę niezwykłego. I nie boję się teraz o tym mówić, ponieważ nawet mając tę świadomość, bez problemów nabieramy się na dwa punkty kulminacyjne :).

Autor: Lynne Ewing
Tytuł: Nocny cień; Tajemny zwój
Seria: Córki Księżyca
Liczba stron: 360
Wydawnictwo: Jaguar

Data wydania: 15 czerwca 2011 

Polecam:
Wydawnictwo Jaguar 
Forum Córki Księżyca 

Córki Księżyca na facebooku

„Córki Księżyca” dostałam od wydawnictwa Jaguar. Ślicznie dziękuję :).